czwartek, 7 lipca 2016

Poza tym wszędzie, absolutnie wszędzie walały się nitki. Wystarczyło się oprzeć o blat, żeby już kilka z nich przyczepiło się do ubrania.

Uwielbiam uczyć się nowych rzeczy, z równym zapałem zabieram się za naukę nowych języków, co za naukę obsługi wyrzynarki do drewna. Przez długie lata chodziła mi po głowie chęć nauczenia się szycia na maszynie. Wstyd się przyznać, ale dotąd świat maszyn do szycia był dla mnie kompletnie obcy, a z każdą poprawką garderoby musiałam biec do zakładu krawieckiego. Lubię zaglądać do pań krawcowych, które mają piękną pracownię w bardzo starym stylu, ale nadarzyła się okazja zdobycia własnego sprzętu. Sąsiad sprzątając piwnicę, znalazł maszynę do szycia w świetnym stanie i wiedząc, że mamy domek na wsi zapytał, czy nie potrzebujemy :) Maszyna jest piękna, więc długo się nie zastanawiałam nad jej przyjęciem i właśnie zaczynamy razem nową przygodę. 

W dzieciństwie z przyjemnością przyglądałam się mamie rozkładającej maszynę do szycia, błyszczącym i migającym srebrnym igiełkom czarującym wraz z dłońmi mamy nad kolorowymi tkaninami. Godzinami przekładałam skarby w pudełeczkach z igłami, z nićmi delikatnymi jak pajęczyna lub grubymi jak końskie włosy, we wszystkich możliwych kolorach tęczy. Dzień szycia zdarzał się bardzo rzadko i miał w sobie coś z domowego święta i magicznego, kolorowego rytuału z furkoczącą maszyną, z błękitną filiżanką z pachnącą kawą, po którą sięgała moja rodzicielka w przerwie pracy. 

Naukę rozpoczęłam od zakupów, a trudno dzisiaj znaleźć srebrzyste bębenki do starej maszyny. Nici znaleźć najłatwiej, mało praktycznie wybrałam kolory żółte, turkusowe, karmazynowe i amarantowe, kierując się ich urodą, mniej praktycznym zastosowaniem. Znowu urządzamy sobie w domu świąteczny dzień szycia za każdym razem, kiedy moja miła nauczycielka ma na to chwilkę czasu. Moje umiejętności nie są jakoś szalenie imponujące, tu przychodzi mi na myśl książkowa bohaterka Gry o tron, moje ściegi są dość siermiężne, póki co. Ale marzyłam o domowej pracowni krawieckiej i mam swój kącik zachwycający feerią barw, z przyborów do szycia cieszę się nawet mocniej niż z nowo nabytych umiejętności. A ponieważ to nadal blog o książkach, warto zajrzeć do literackiej pracowni krawieckiej stworzonej w wyobraźni Emilii Kiereś w "Srebrnym dzwoneczku", o tej delikatnej i urzekającej książce pisałam, którejś zimy :)

Weszły do niedużego pokoiku na końcu korytarza. Przez szerokie odsłonięte okno wpadało jeszcze trochę jasnego światła, ale południowe słońce już kierowało swoje promienie w inną stronę. Pod oknem ciągnął się długi, szeroki blat z dwiema maszynami do szycia; cały zasłany ścinkami kolorowych tkanin i wykrojami. Na podłodze też leżały różne ścinki i skrawki. Pod drugą ścianą ustawiono szerokie regały, na których poukładano tkaniny [...] Były tam tkaniny cieńsze i grubsze; gładkie, w groszki, w kratkę, w prążki, w kwiatki, a nawet w lokomotywy! [...] Z boku stała deska do prasowania i żelazko, a przy drzwiach dwa manekiny. [...] Poza tym wszędzie, absolutnie wszędzie walały się nitki. Wystarczyło się oprzeć o blat, żeby już kilka z nich przyczepiło się do ubrania.*

*Emilia Kiereś "Srebrny dzwoneczek."

wtorek, 5 lipca 2016

Kiedy piszę, że czytam wszystko to jest to prawda absolutna, bo absolutnie wszystko czytam, czyli o skandynawskich sagach i nie wyrzucaniu książek.

Mam w zwyczaju chomikowanie książek i objawia się to na naprawdę różne sposoby :) Na przykład w księgarniach, zwłaszcza tych z tanią książką, kupuję "na zaś" dwa skandynawskie kryminały, bo kiedyś na pewno się przydadzą, kiedy będę mieć ochotę na ten rodzaj literatury, a już zimą i jesienią przydadzą się na pewno na długie, ciemne wieczory przyprawione kryminalnym dreszczykiem. Wychodzi ze mnie chomik również, kiedy składam zamówienie w księgarni internetowej, wtedy zawsze przyplącze mi się jakiś dodatkowy tytuł do zamówienia. Znajomi i rodzina tylko pogłębiają moje chomicze skłonności, ponieważ obdarowują mnie książkami, które już przeczytali, albo otrzymali, jako gratis do czasopisma. 

Choćby tytuł był kompletnie głupi, a okładka doprowadzała do zgrzytania oczami, książkę zagarniam do torebki, chowam w biurku, a potem zastanawiam się, co też dalej z nią uczynić. Zwykle takie okładkowe straszydła-romansidła lądują na regale w domu na wsi i leżą sobie długie lata, ogrzewane zimą przez znajdujący się w pobliżu piecyk, a latem przez słoneczne promienie wpadające przez okno. 

Znam swoje szarże czytelnicze i wiem, że potrafię się zabrać za czytanie najdziwniejszych serii książek choćby takich dla bardzo małych dzieci, kiedyś dostałam pudełko komiksów Gigant i też przeczytałam w porywie czytelniczego szaleństwa. Więc, kiedy piszę, że czytam wszystko to jest to prawda absolutna, bo absolutnie wszystko czytam i dlatego zbieranie książkowych dziwadeł jest w moim przypadku jak najbardziej uzasadnione ;) 

Ostatnio przyszła w końcu pora na dokładniejsze przyjrzenie się własnym zbiorom i wybranie pośród tomów latami leżakujących na regale kilku książek do bieżącego czytania. Po wymęczeniu "Zamku na wrzosowisku" znalazłam małą, niepozorną powieść, która przed kilku laty otwierała kolekcję książek sprzedawanych, jako dodatek do pewnej gazetki z obrazkami. Ta książka to "Saga o Ludziach Lodu. Tom I: Zauroczenie". 

Kiedyś obiło mi się o uszy nazwisko autorki Margit Sandemo, ale o samej sadze nie słyszałam. O dziwo tę paskudnie wydaną książkę czyta się rewelacyjnie, autorka ma prawdziwy talent do opowiadania historii osadzonych w historycznych realiach, pośród dzikiej, norweskiej przyrody, z bohaterami, których nie sposób nie polubić i tajemnicami, których wyjaśnienia czytelnik oczekuje jak najszybciej. Byłam bardzo sceptyczna zabierając się za lekturę, ale pochłonęłam ją szybko na ogrodowej huśtawce, przerywając czytanie tylko z wyższej konieczności :) Faktem jest, że w pewnym momencie fabuła skręca ostro na harleqinową mieliznę, ale to w końcu bajka dla dorosłych, a nie literatura z wybujałymi ambicjami.

Pierwszy tom sagi przenosi nas w XVI wiek do Norwegii, znajdującej się pod panowaniem duńskim, zarazy dziesiątkują kraj, pośród skał i fiordów nie ma rodziny, która nie utraciła przez chorobę kogoś bliskiego, a żaden odmieniec nie jest bezpieczny w tych trudnych czasach płonących stosów. W tych okolicznościach poznajemy błąkającą się po Trondheim Silje, która przygarnia jednej nocy dwójkę dzieci, ratuje życie mężczyźnie skazanemu na śmierć i zyskuje tajemniczego opiekuna, który ofiaruje jej dach nad głową u zaprzyjaźnionego artysty. Podoba mi się sposób opowiadania losów dwójki bohaterów, pomimo upału miałam wrażenie, że siedzę w drewnianej chacie, za oknami szaleje zamieć, w domu jest ciepło i przytulnie, a ja słucham świetnej historii, która wydarzyła się naprawdę :) Do tego stopnia spodobała mi się ta książka, że pożałowałam, że nie mam dalszego ciągu pod ręką.

Zachęcona tą pierwszą w życiu przeczytaną skandynawską sagą, zaczęłam przegląd regałów w poszukiwaniu kolejnej, wiedziałam, że mam jeszcze jedną książeczkę z jeszcze paskudniejszą okładką (tak, to możliwe). I znów po lekturze pierwszego tomu Sagi grzech pierworodny byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, tym razem bohaterowie nie przykuwają uwagi, a w zasadzie znikają w świetnie opowiedzianym tle. W początkach XX wieku przenosimy się do bogatego norweskiego dworu, zwyczaje weselne, świąteczne, kolejne pory roku i związane z nimi rytuały opowiedziane są z kronikarską dokładnością. Uwielbiam czytać o życiu na wsi w zamierzchłych czasach, dlatego tak bardzo podobała mi się ta książka. Anne-Lise Boge ma wiedzę świetnego etnografa i hojnie się nią z czytelnikiem dzieli. 

Mam nadzieję, że tym przydługim wywodem przekonałam Was do zbierania książek, które w różnych okolicznościach wpadną Wam w ręce, wszak nigdy nie wiadomo na jaki rodzaj literatury przyjdzie molowi książkowemu ochota, przecież nasz apetyt na książki jest nie do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika ;)