wtorek, 16 sierpnia 2016

Czytam, siedząc na starych sankach w stodole.


Czytam, siedząc na starych sankach w stodole, sanki mam wyścielone kocem w czerwoną kratę, podebranym z ogrodowej huśtawki i poduszkami z tarasu, plecami opieram się o stare drewniane wrota, przez które ostatni wóz z sianem wjechał jakąś dekadę temu. Kiedy obracam wzrok w prawo, spoglądam na dom i ogród, na wprost mam sad, w roku ubiegłym zapomnieliśmy o podcinaniu gałęzi, a raczej po prostu zabrakło nam na to czasu, więc drzewa splątały się koronami i tworzą nieco przerażający widok wprost z obrazów Juliusa von Klever, on właśnie w taki sposób malował drzewa, jakby i w swoim ogrodzie nie chciało mu się przycinać gałęzi. 

Zazwyczaj podczas czytania nad głową latają mi stada jaskółek, teraz jest ich mniej i nie są tak zapracowane jak podczas pełni lata, ten ich brak i chłodne powiewy wiatru, które poruszają kartkami mojej książki uświadamiają mi, że pod moją nieobecność zmieniła się w te dwa tygodnie aura rozpalonej pełni lata na dojrzały skłaniający się ku jesieni sierpień, i właśnie dlatego nie lubię na tak długo opuszczać swojej wsi, bo wracam na zmianę pory roku. 

Las za płotem pachnie grzybami, wilgocią i głębszym chłodem końca lata, łąka zamieniła się miejscami w bagno, trawa na niej urosła, jest ciemno, a nie soczyście zielona, sierpniowa. Wieczorem znad rzeki po łące przyjdzie mgła, zatrzyma się za płotem, linię podwórka przekroczy we wrześniu, wtedy zamkniemy rzeźbione wejściowe drzwi, teraz otwarte i wdychające zapach lasu, łąki, rzeki, którymi oddycha potem cały dom, we wrześniu dom oddycha tylko oknami, bo mali mieszkańcy łąk lubią szukać jesiennego schronienia w domach, a wolelibyśmy gościć ich co najwyżej w stodole. Przykro patrzeć jak lato powoli odchodzi, otuchą napawa mnie jednak widok stert zwiezionego drewna, chrustu przyniesionego z lasu, który bajecznie strzela w piecu zimą, złożone w kącie stodoły drzewo pachnie żywicą i jest jeszcze złocisto-żółte, na stoliku w drugim końcu stodoły w wiklinowym koszu malinowy syrop w butelkach czeka na wywiezienie do krakowskiej piwnicy, powoli szykujemy się do zimy. 

Kiedy czytam książki już znane nie muszę za bardzo skupiać na nich uwagi, mogę błądzić myślami po całej okolicy i notować w pamięci całą jej urodę, za "Zdobywam zamek" Dodie Smith zabrałam się ponownie, bo przed snem wypatrzyłam tą książkę na regale i zabrałam następnego dnia ze sobą na wieś, chyba stęskniłam się za jej klimatem i właśnie takiej lektury było mi trzeba ostatnio. 

Lubię podobnie jak główna bohaterka powieści zaczytać się w nietypowym miejscu, nie mam na własność wieży, mam tylko mało romantyczny, bo zagospodarowany strych, dlatego przesiaduję w stodole, która jest najoryginalniejszym, bo najstarszym budynkiem na podwórku, swego czasu dużo się tu działo, jest w starej stodole podwójna ściana z solidnymi, ciężkimi drzwiami, która w czasach okupacji była kryjówką, w której mieszkańcy okolicy chronili się przed wywózkami do Niemiec na roboty, trochę tego niepokoju, który musiał im towarzyszyć podczas ukrywania się w schowku unosi się nadal przy tej ścianie. Chyba za dużo dookoła śladów wojny, na oknie w składziku leży poszarpana część pocisku znaleziona podczas sadzenia iglaków z balkonu, pociski w tej naszej oazie spokoju nie wybuchały na pewno, choć front przebiegał niedaleko, ale mosiądz zawsze można było zużytkować w biedzie panującej na wsi w latach powojennych, gospodarz przyniósł żelastwo i coś  z niego zmajstrował, resztkę wchłonęła ziemia, potem oddała nam, żeby pamiętać. 

Uwielbiam czytać w starej stodole do późnego wieczoru, kiedy ostatnie promienie słońca wpadają przez szpary pomiędzy wyschniętymi, wysłużonymi deskami ścian, lubię czytać książki po dłuższej przerwie, zawsze na nowo się nimi zachwycam, znajduję i znaczę nowe, ulubione fragmenty, nie spieszę się ze swoim czytaniem, nie pędzę za nowościami, wolę to co znam i sprawia mi przyjemność. A wy lubicie wracać do znanych już powieści?

Zapraszam na Instagram wyspy książek https://www.instagram.com/wyspaksiazek/


O powieści "Zdobywam zamek" było już kiedyś na wyspie książek, o, tutaj :D

sobota, 13 sierpnia 2016

Jesienią i zimą pszczoły w ogóle nie wyfruwają z gniazd. Mam przyjaciela pszczelarza. Ralf Butschkow.

Nie poddając się pogodzie przynoszącej pierwsze powiewy jesieni czytam o pełni lata. A, że dla mnie pełnia lata to rozśpiewana łąka z całym zamieszaniem robionym przez milion żyjących na niej owadów, zabrałam się za czytanie i oglądanie książki o pszczołach. W osiedlowej księgarni wypatrzyłam tom o pszczelarzu z serii "Mądra Mysz" i zabrałam do domu, bo temat pszczelarstwa uważam za intrygujący, sama chętnie zajęłabym się kiedyś profesjonalną hodowlą tych owadów na swoim kawałku wsi :)

Uwielbiam swoją łąkę, która zmienia się z tygodnia na tydzień, od wybuchu kolorów i zapachów w maju, poprzez letnie dojrzewanie aż do drugich sianokosów i jesiennego wyzłacania traw, nic nie relaksuje mnie tak, jak rozłożenie się na trawie, wpatrywanie w błękit nieba i słuchanie milionów odmiennych tonów bzyczeń i  brzęczeń owadów zamieszkujących ten zielony mikroświat. Ponieważ jestem też właścicielką wiekowej stodoły, musiałam zaakceptować bliskie sąsiedztwo z osami, które wysoko przy dachu robią sobie gniazda, bo tak jak ja cenią sobie stare drewno. Żyjemy może nie w przyjaźni, bo pełnego zaufania to tego rozbrzęczanego stadka nie mam, ale staramy się nie wchodzić sobie w drogę i jak na razie nikt nikomu krzywdy nie zrobił. Chyba właśnie z powodu pasiastych mieszkańców szarej kuli w stodole lubię czytać o owadach uskrzydlonych, znając ich zwyczaje i wiedząc, jak ważne są dla zachowania równowagi w przyrodzie, staram się im pomagać sadząc rośliny, które lubią. 

Książki z serii "Mądra Mysz"  uważam za wartościowe publikacje, które prezentują najmłodszym różne zawody, w domowej biblioteczce jakiś kącik zajmuje tomik o rolnikach (bo my kiedyś na pewno wylądujemy na wsi) i o zawodzie pielęgniarki. Wiedzy jest tu akurat w sam raz na główkę kilkulatka, książeczka ma cudne ilustracje, bardzo kolorowe i wzmacniające przekaz książki.

Maluch pozna dzięki tej książeczce budowę pracowitej pszczółki od jej mozaikowych oczu, którymi wypatruje kwiatów, z których potem zbiera pyłek i nektar, po koszyczki na tylnych odnóżach w których zanosi skarby z łąki do ula. Potem do akcji wkracza pszczelarz, który ramki z plastrami miodu wkłada do specjalnej maszyny wirówki-miodarki, miód z plastrów wpada do słoika, a potem ląduje na naszym stole z kraciastym obrusem. Ponieważ najlepiej miodek wygląda w świetle porannych promieni słońca, najlepiej serwować go na śniadanie. Pszczoły mają też nie głupi sposób na spędzanie zimy, wtedy po prostu nie opuszczają ciepłego ula, a jedzą to, co uzbierają latem i przechowują w woskowych plastrach.

Podziwiam stare zawody, chciałabym mieć i fach pszczelarza w ręku, może kiedyś się uda :)


czwartek, 7 lipca 2016

Poza tym wszędzie, absolutnie wszędzie walały się nitki. Wystarczyło się oprzeć o blat, żeby już kilka z nich przyczepiło się do ubrania.

Uwielbiam uczyć się nowych rzeczy, z równym zapałem zabieram się za naukę nowych języków, co za naukę obsługi wyrzynarki do drewna. Przez długie lata chodziła mi po głowie chęć nauczenia się szycia na maszynie. Wstyd się przyznać, ale dotąd świat maszyn do szycia był dla mnie kompletnie obcy, a z każdą poprawką garderoby musiałam biec do zakładu krawieckiego. Lubię zaglądać do pań krawcowych, które mają piękną pracownię w bardzo starym stylu, ale nadarzyła się okazja zdobycia własnego sprzętu. Sąsiad sprzątając piwnicę, znalazł maszynę do szycia w świetnym stanie i wiedząc, że mamy domek na wsi zapytał, czy nie potrzebujemy :) Maszyna jest piękna, więc długo się nie zastanawiałam nad jej przyjęciem i właśnie zaczynamy razem nową przygodę. 

W dzieciństwie z przyjemnością przyglądałam się mamie rozkładającej maszynę do szycia, błyszczącym i migającym srebrnym igiełkom czarującym wraz z dłońmi mamy nad kolorowymi tkaninami. Godzinami przekładałam skarby w pudełeczkach z igłami, z nićmi delikatnymi jak pajęczyna lub grubymi jak końskie włosy, we wszystkich możliwych kolorach tęczy. Dzień szycia zdarzał się bardzo rzadko i miał w sobie coś z domowego święta i magicznego, kolorowego rytuału z furkoczącą maszyną, z błękitną filiżanką z pachnącą kawą, po którą sięgała moja rodzicielka w przerwie pracy. 

Naukę rozpoczęłam od zakupów, a trudno dzisiaj znaleźć srebrzyste bębenki do starej maszyny. Nici znaleźć najłatwiej, mało praktycznie wybrałam kolory żółte, turkusowe, karmazynowe i amarantowe, kierując się ich urodą, mniej praktycznym zastosowaniem. Znowu urządzamy sobie w domu świąteczny dzień szycia za każdym razem, kiedy moja miła nauczycielka ma na to chwilkę czasu. Moje umiejętności nie są jakoś szalenie imponujące, tu przychodzi mi na myśl książkowa bohaterka Gry o tron, moje ściegi są dość siermiężne, póki co. Ale marzyłam o domowej pracowni krawieckiej i mam swój kącik zachwycający feerią barw, z przyborów do szycia cieszę się nawet mocniej niż z nowo nabytych umiejętności. A ponieważ to nadal blog o książkach, warto zajrzeć do literackiej pracowni krawieckiej stworzonej w wyobraźni Emilii Kiereś w "Srebrnym dzwoneczku", o tej delikatnej i urzekającej książce pisałam, którejś zimy :)

Weszły do niedużego pokoiku na końcu korytarza. Przez szerokie odsłonięte okno wpadało jeszcze trochę jasnego światła, ale południowe słońce już kierowało swoje promienie w inną stronę. Pod oknem ciągnął się długi, szeroki blat z dwiema maszynami do szycia; cały zasłany ścinkami kolorowych tkanin i wykrojami. Na podłodze też leżały różne ścinki i skrawki. Pod drugą ścianą ustawiono szerokie regały, na których poukładano tkaniny [...] Były tam tkaniny cieńsze i grubsze; gładkie, w groszki, w kratkę, w prążki, w kwiatki, a nawet w lokomotywy! [...] Z boku stała deska do prasowania i żelazko, a przy drzwiach dwa manekiny. [...] Poza tym wszędzie, absolutnie wszędzie walały się nitki. Wystarczyło się oprzeć o blat, żeby już kilka z nich przyczepiło się do ubrania.*

*Emilia Kiereś "Srebrny dzwoneczek."

wtorek, 5 lipca 2016

Kiedy piszę, że czytam wszystko to jest to prawda absolutna, bo absolutnie wszystko czytam, czyli o skandynawskich sagach i nie wyrzucaniu książek.

Mam w zwyczaju chomikowanie książek i objawia się to na naprawdę różne sposoby :) Na przykład w księgarniach, zwłaszcza tych z tanią książką, kupuję "na zaś" dwa skandynawskie kryminały, bo kiedyś na pewno się przydadzą, kiedy będę mieć ochotę na ten rodzaj literatury, a już zimą i jesienią przydadzą się na pewno na długie, ciemne wieczory przyprawione kryminalnym dreszczykiem. Wychodzi ze mnie chomik również, kiedy składam zamówienie w księgarni internetowej, wtedy zawsze przyplącze mi się jakiś dodatkowy tytuł do zamówienia. Znajomi i rodzina tylko pogłębiają moje chomicze skłonności, ponieważ obdarowują mnie książkami, które już przeczytali, albo otrzymali, jako gratis do czasopisma. 

Choćby tytuł był kompletnie głupi, a okładka doprowadzała do zgrzytania oczami, książkę zagarniam do torebki, chowam w biurku, a potem zastanawiam się, co też dalej z nią uczynić. Zwykle takie okładkowe straszydła-romansidła lądują na regale w domu na wsi i leżą sobie długie lata, ogrzewane zimą przez znajdujący się w pobliżu piecyk, a latem przez słoneczne promienie wpadające przez okno. 

Znam swoje szarże czytelnicze i wiem, że potrafię się zabrać za czytanie najdziwniejszych serii książek choćby takich dla bardzo małych dzieci, kiedyś dostałam pudełko komiksów Gigant i też przeczytałam w porywie czytelniczego szaleństwa. Więc, kiedy piszę, że czytam wszystko to jest to prawda absolutna, bo absolutnie wszystko czytam i dlatego zbieranie książkowych dziwadeł jest w moim przypadku jak najbardziej uzasadnione ;) 

Ostatnio przyszła w końcu pora na dokładniejsze przyjrzenie się własnym zbiorom i wybranie pośród tomów latami leżakujących na regale kilku książek do bieżącego czytania. Po wymęczeniu "Zamku na wrzosowisku" znalazłam małą, niepozorną powieść, która przed kilku laty otwierała kolekcję książek sprzedawanych, jako dodatek do pewnej gazetki z obrazkami. Ta książka to "Saga o Ludziach Lodu. Tom I: Zauroczenie". 

Kiedyś obiło mi się o uszy nazwisko autorki Margit Sandemo, ale o samej sadze nie słyszałam. O dziwo tę paskudnie wydaną książkę czyta się rewelacyjnie, autorka ma prawdziwy talent do opowiadania historii osadzonych w historycznych realiach, pośród dzikiej, norweskiej przyrody, z bohaterami, których nie sposób nie polubić i tajemnicami, których wyjaśnienia czytelnik oczekuje jak najszybciej. Byłam bardzo sceptyczna zabierając się za lekturę, ale pochłonęłam ją szybko na ogrodowej huśtawce, przerywając czytanie tylko z wyższej konieczności :) Faktem jest, że w pewnym momencie fabuła skręca ostro na harleqinową mieliznę, ale to w końcu bajka dla dorosłych, a nie literatura z wybujałymi ambicjami.

Pierwszy tom sagi przenosi nas w XVI wiek do Norwegii, znajdującej się pod panowaniem duńskim, zarazy dziesiątkują kraj, pośród skał i fiordów nie ma rodziny, która nie utraciła przez chorobę kogoś bliskiego, a żaden odmieniec nie jest bezpieczny w tych trudnych czasach płonących stosów. W tych okolicznościach poznajemy błąkającą się po Trondheim Silje, która przygarnia jednej nocy dwójkę dzieci, ratuje życie mężczyźnie skazanemu na śmierć i zyskuje tajemniczego opiekuna, który ofiaruje jej dach nad głową u zaprzyjaźnionego artysty. Podoba mi się sposób opowiadania losów dwójki bohaterów, pomimo upału miałam wrażenie, że siedzę w drewnianej chacie, za oknami szaleje zamieć, w domu jest ciepło i przytulnie, a ja słucham świetnej historii, która wydarzyła się naprawdę :) Do tego stopnia spodobała mi się ta książka, że pożałowałam, że nie mam dalszego ciągu pod ręką.

Zachęcona tą pierwszą w życiu przeczytaną skandynawską sagą, zaczęłam przegląd regałów w poszukiwaniu kolejnej, wiedziałam, że mam jeszcze jedną książeczkę z jeszcze paskudniejszą okładką (tak, to możliwe). I znów po lekturze pierwszego tomu Sagi grzech pierworodny byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, tym razem bohaterowie nie przykuwają uwagi, a w zasadzie znikają w świetnie opowiedzianym tle. W początkach XX wieku przenosimy się do bogatego norweskiego dworu, zwyczaje weselne, świąteczne, kolejne pory roku i związane z nimi rytuały opowiedziane są z kronikarską dokładnością. Uwielbiam czytać o życiu na wsi w zamierzchłych czasach, dlatego tak bardzo podobała mi się ta książka. Anne-Lise Boge ma wiedzę świetnego etnografa i hojnie się nią z czytelnikiem dzieli. 

Mam nadzieję, że tym przydługim wywodem przekonałam Was do zbierania książek, które w różnych okolicznościach wpadną Wam w ręce, wszak nigdy nie wiadomo na jaki rodzaj literatury przyjdzie molowi książkowemu ochota, przecież nasz apetyt na książki jest nie do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika ;)

środa, 8 czerwca 2016

Biblioteka Brzozowego Zagajnika i Zamek na wrzosowisku.


Mój dom na wsi ma rozliczne zalety, jedną z nich, ważną z punktu widzenia tematyki bloga jest posiadanie alternatywnej do miejskiej - wiejskiej biblioteki :) Biblioteczka Brzozowego Zagajnika gromadzi książki wywiezione z Krakowa w różnym czasie i z bardzo różnych powodów, trzon stanowią tzw. książki jednokrotnego czytania, których staram się obecnie kupować jak najmniej, ale wciąż trafiają się jakieś okazje w marketowych koszach z tanią powieścią, czy w księgarni na Grodzkiej, którym nie potrafię się oprzeć. Po przeczytaniu i uznaniu, że długo, albo wcale już do danej książki nie zajrzę układam stosik wywózkowy i zabieram ze sobą na wieś, potem przywiezione powieści rozlokowuję na regale. 

Duża część księgozbioru w Brzozowym to staruszki, które większość swojego książkowego żywota spędziły w piwnicznych kartonach i po latach życia w ukryciu, nareszcie mogą rozprostować stare stronice na regale ;) Oczywiście o książki dbam i nawet te w pudłach w piwnicy są tak zapakowane, żeby kurz nie pokrył ich grubą warstwą, a piwnica na szczęście nie jest w klimacie średniowiecznych, wilgotnych lochów, więc wilgoć nie zabiła starego księgozbioru. 

Jest też sporo książek od znajomych likwidujących swoje biblioteki, z których pozbierałam prawdziwe perełki, choćby Kroniki Bolesława Prusa, które podczytywałam, żeby uniknąć wyrzutów sumienia, że trwonię czas na romans historyczny. Swoją drogą romans to doskonała lektura, kiedy żar z nieba się leje, a prace porządkowe w ogrodzie, domu i sadzie wydają się niekończącą się historią, ale o tej książce kilka słów później. Po kątach regału poupychałam stare podręczniki z historii, bo te zbieram od zawsze, ostatnio udało mi się przy okazji znaleźć podręcznik z 1 klasy LO, 3 pozostałe mam w Krakowie i chociaż to akurat nie z nich sama się uczyłam, bardzo lubię je przeglądać, poza nimi w bibliotece swoją przystań znalazły podręczniki z botaniki, geografii, stare komiksy i masa ciekawostek, które co jakiś czas odnajduję po latach.

Z jednej strony zaczytaniu w Brzozowym Zagajniku sprzyjają przecudne okoliczności przyrody, nie mieszkamy przy drodze, tylko schowani za zielenią lasu i łąki, a od najbliższej drogi o większym natężeniu ruchu oddzielają nas...trzy naprawdę gęste lasy, dwie rzeki i potok :), na podwórku jest cichuteńko, no poza ptasimi trelami, ale one akurat uprzyjemniają lekturę i trudno je w kategoriach hałasu rozpatrywać, mieszkając na co dzień w gwarnym mieście. Cała działka usiana jest ławeczkami, leżakami, w stodole króluje huśtawka, więc umościć sobie miejsce w którym zapaść w lekturę, a potem w drzemkę, śniąc o przeczytanych przygodach jest bardzo łatwo ;) Od ciągłego leniuchowania z książką na leżaku odrywa praca w ogrodzie, sadzie i zagajniku, zawsze jest jakaś roślina do zasadzenia, przesadzenia, gałęzie do obcięcia, drewno do pocięcia i ułożenia na zimę, a dom domaga się sprzątania, bo jest z rzadka zamieszkiwany, ale to jest taki rodzaj pracy, który uwielbiam :)

Ostatnim razem przed wyjazdem uszykowałam "misiowy tobołek" (torby na książki zdobią misie, stąd ich poetyczna nazwa) z kilkoma książkami z miejskiej biblioteczki przygotowanymi do wywiezienia na wieś, przy okazji robiąc przestrzeń na nowe zakupy i z książką, którą miałam aktualnie w czytaniu. Tobołek został jednak zapomniany w Krakowie, a ja zrobiłam nocą wymuszone porządki i przegląd generalny w biblioteczce Brzozowego Zagajnika, żeby znaleźć sobie coś do czytania. 

Odkryłam przy okazji porządków masę książek nie przeczytanych, jakiś czas temu na przykład kupowałam powieści Jane Austen sprzedawane w pakiecie z romansem historycznym, zebrała się tych drugich mała kolekcja, którą wywiozłam na wieś i zupełnie o nich zapomniałam, i tak znalazłam "Zamek na wrzosowisku" Meagan McKinney powieść uroczo głupiutką, wykorzystującą wszystkie znane z kobiecej literatury motywy: tajemniczy ogród, zamek i jego gburowaty właściciel, duchy, guwernantka, powieści sióstr  Brontë i F. Hodgson Burnett wychylają się z tajemniczych zamkowych komnat, a całość zdaje się parodią gatunku, bardziej niż przyzwoitym czytadłem. Cała opowieść byłaby bardziej znośna, gdyby główni bohaterowie mniej stron przegadali, przynudzając okrutnie, mniej się powtarzali, a porównania nie były tak zabójczo głupie. Na okładce autorka przyznaje, że dla pisania romansów porzuciła pracę biologa, jakoś to wyznanie napawa mnie smutkiem po lekturze, chociaż bawiłam się momentami naprawdę nieźle, ale chyba nie o ubawienie czytelnika chodziło autorce. 

Po przeczytaniu "Zamku..." zabrałam się za przegląd lektur z dzieciństwa, znalazłam na przykład "Złotą kulę" Hanny Ożogowskiej, a myślałam, że książka dawno przepadła, podczas którejś z przeprowadzek. Być może podczas kolejnej wizyty na wsi zabiorę się za jej czytanie, sprawdzę, jak wrażenia po latach. W wiejskiej biblioteczce mam też albumy i leksykony przyrodnicze, najchętniej zaglądam do albumu o ptakach, żeby sprawdzić nazwy naprawdę licznych mieszkańców naszych drzewek, w pobliżu mamy bociany, wróble, drozdy, kosy, szpaki i masę ptaszków o dziwacznym upierzeniu, które nagle wyskakują nad głową ze świerków, tujowych alejek i płotów :)

Jak każdy mól książkowy zapasy książkowe mam zachomikowane wszędzie, gdzie dłużej przebywam, a dzięki przestrzeniom wiejskim nie martwią mnie kolejne książkowe zakupy, bo wywożę książki z mieszkania uwalniając miejsce pod takie, które chcę mieć stale przy sobie, bo lubię do nich zajrzeć od czasu do czasu :) Biblioteczka na wsi służy mi wiosną, latem, jesienią i zimą, jest bardziej różnorodna od tej, którą mam w Krakowie i żadnego klucza nie potrafię wymyślić do uporządkowania tego chaotycznego zbioru, ale tak jest nawet przyjemniej, bo przypomina mi ten księgozbiór tajemniczy splątany ogród, który niełatwo wyjawia swoje sekrety, tak jak Mary Lennox odkrywała nieznane gatunki roślin, tak ja odnajduje zapomniane książki, zastanawiając się skąd u licha mam tutaj tę powieść, przecież nawet nie pamiętam, kiedy ją kupiłam...

"Zamek na wrzosowisku"
Meagan McKinney
Wydawnictwo Amber 2009, 319 str.

piątek, 29 kwietnia 2016

Kiedy tak pada, kominki dymią, ubrania nawet we wnętrzach wilgotnieją, a chłód tak głęboko wżera się w kości, że wydaje się, iż nigdy już nie będzie ciepło. Kość z kości. Spisane własną krwią. Diana Gabaldon.


Osiem długich tomów, a ja nadal nie mam dość książek Diany Gabaldon i niecierpliwie czekam na kontynuację :) Dwie ostatnie czytane przeze mnie części cyklu: "Kość z kości" oraz "Spisane własną krwią" toczą się w czasach początku walki Amerykanów o niepodległość, przerażonych, że Wielka Brytania będzie blokować ich porty i tym samym przekreślać szansę na samodzielność gospodarczą kolonii. Podoba mi się to przeskakiwanie autorki od wydarzenia historycznego do wydarzenia, z kontynentu na kontynent. Diana Gabaldon, aby stworzyć tę opowieść musiała biegle poznać historię wieku XVIII, by potem przedstawić czytelnikom realia tego czasu od życia szkockich klanów, poprzez życie na francuskim dworze królewskim oraz na wzór "Domku na prerii" w amerykańskim gospodarstwie w górach Karoliny Północnej. Aby zabrać czytelnika w bajeczną podróż po wieku XVIII poza suchymi faktami poznawanymi na lekcjach i wykładach historii, musiała doskonale poznać realia życia, zwyczaje mieszkańców kolonii (najmocniej zapadł mi w pamięć fragment o sadzeniu kapryfolium w pobliżu wygódek przez rolników z okolic Filadelfii, dotąd ta roślina kojarzyła mi się z romantycznymi opisami w powieściach L.M.Montgomery :)), od sposobów dbania, a raczej w naszym na ten temat pojęciu  nie dbania o higienę, przez metody leczenia, wszak główna bohaterka jest lekarzem, a tutaj należało upilnować sposobów leczenia i medykamentów stosowanych w dwóch jakże odmiennych epokach, po sposoby wojowania i prowadzenia gospodarstwa, bo z kolei główny bohater to żołnierz i rolnik :)

Każdą zdobytą przez Dianę Gabaldon informację, fakt historyczny poznane podczas lektury książek historycznych (pisarka ma fantastyczny księgozbiór, który wypatrzyłam na jej profilu na fb, kolekcja jej książek historycznych jest doprawdy imponująca), a także w czasie rozmów z zajmującymi się tą epoką historykami, udaje się zgrabnie powplatać w fabułę, budując wokół wciągającą intrygę. W tomie 7 mamy nawet okazję spotkać naszego sławnego za wielką wodą rodaka Tadeusza Kościuszkę, budującego fortyfikacje obozów wojskowych Armii Kontynentalnej i podczas bitwy pod Saratogą. Jamie Fraser zaprzyjaźnia się z naszym i Amerykanów bohaterem narodowym, a nawet pobiera od niego lekcje języka polskiego :D  Razem z bohaterami mieliśmy okazje jeszcze w początkach tomu 7 odetchnąć świeżym górskim powietrzem na nieskażonej ludzką działalnością ziemi w górach Karoliny Północnej. Potem nad powieścią unosi się kurz pól bitewnych, krew, pot, łzy i stada kruków ucztujących na dość dokładnie i odrażająco opisanych, rozkładających się zwłokach ofiar wojny. Wojna przedstawiona jest tak, jak zapewne każdy z nas ją sobie wyobraża w najgorszych koszmarach. Jest straszna dla cywilów, wojska tratują zasiewy i plony, od czego serca się krają niezamożnym przecież mieszkańcom kolonii, za wojskiem nadciąga cała masa szumowin posilająca się na tym, co armie zostawią jeszcze w zagrodach, wymiar sprawiedliwości nie istnieje, bijatyki, morderstwa, gwałty i głód to tło, które udało się autorce bez upiększeń pokazać.

Doskonale czyta się o kolejnych perypetiach dość oryginalnej rodziny Fraserów, Jamie Fraser jak na dżentelmena przystało bierze pod opiekę siostrzeńca Iana oraz rodzinę przybranego syna Fergusa. Bohaterowie, którzy rodzili się w dwóch pierwszych tomach, dorośli, założyli własne liczne rodziny i mają nie mniej awanturnicze i malownicze życiorysy od wuja i ciotki. Przy okazji dla uspokojenia akcji mamy okazję pomieszkać w Lallybroch, starą szkocką siedzibę Fraserów odwiedzamy kilka razy...w różnych epokach, jako miłośniczka wiejskich klimatów, uwielbiam czytać o prowadzeniu gospodarstwa, a takich fragmentów jest tutaj naprawdę sporo.

Z domu w Balnain droga była długa. A ponieważ był to styczeń w Szkocji - także mokra i zimna. Bardzo mokra. I bardzo zimna. Bez śniegu - żałowałam, że go nie ma, bo wtedy może Hugh Fraser nie wpadłby na ten szalony pomysł. Ale padało od wielu dni. Kiedy tak pada, kominki dymią, ubrania nawet we wnętrzach wilgotnieją, a chłód tak głęboko wżera się w kości, że wydaje się, iż nigdy już nie będzie ciepło.

W cyklu powieści Diany Gabaldon elementy fantastyki są w proporcjach nie przeszkadzających czytelnikowi nie przepadającemu za tym działem literatury, ja polubiłam stare szkockie legendy, które ożywają na kartach powieści.  Moja niekończąca się cierpliwość do zwrotów akcji, i brnięcie przez kolejne setki stron świadczy o tym, że to bardzo wciągająca lektura, bo ja zazwyczaj nie mam za grosz cierpliwości do powieści z rozbudowanym wątkiem romansowym. Chętnie przeczytałabym inne powieści Diany Gabaldon, na anglojęzycznej stronie fanów serialu widziałam "The Outlandish Companion", który chętnie zobaczyłabym na swojej półce. Chciałabym, żeby ktoś zabrał się za naszą historię, połączył ją z elementami fantastyki i wątkami romansowymi i stworzył taką łatwą później do przełożenia na język serialu opowieść. Aktualnie TV STARZ emituje 2 sezon serialu "Outlander", a konkretniej adaptację tomu 2 "Uwięziona w bursztynie", serial jest dopracowany w  najdrobniejszych szczegółach, kostiumy zapierają dech w piersiach, główne role obsadzono świetnymi aktorami, serial nagrano z rozmachem, zamek Leoch, statki którymi bohaterowie przeprawiają się na francuskie wybrzeże, drobiazgi z gabinetu uzdrowicielki Claire są przepiękne, widać, że nie oszczędzano na rekwizytach...i ten szkocki akcent głównego bohatera ;)

Uwielbiam powieści z historią w tle, Diana Gabaldon z wprawą doskonałego rzemieślnika ubrała fakty historyczne w zgrabnie opowiedziane tło, dodała bohaterów, których nie sposób nie polubić, elementy fantastyki i magii, upchnęła tysiące drobniejszych informacji, świadczące o jej ogromnej wiedzy o zielarstwie, medycynie, militariach wieku XVIII. To jest taki rodzaj baśni dla dorosłych, doprawionej ostrzejszymi fragmentami, w którą z przyjemnością zapada się wieczorami czytelnik i podróżując po wieku XVIII zapomina o otaczającej go rzeczywistości ;) 

"Obca" na wyspie książek
"Uwięziona w bursztynie" na wyspie książek
"Podróżniczka" na wyspie książek 
"Jesienne werble" na wyspie książek 
"Ognisty krzyż" oraz "Tchnienie śniegu i popiołu" na wyspie książek 
 "Kość z kości" 1016 str. "Spisane własną krwią" 996 str. Diana Gabaldon


środa, 13 stycznia 2016

W świecie Jane Austen. Lost in Austen.


Ilekroć zastanawiam się w którym ze światów przedstawionych w czytanych powieściach chciałabym się znaleźć, najlepiej jako główna bohaterka, nieodmiennie wychodzi mi że w świecie Jane Eyre. To z sentymentu do pewnego mocno sfatygowanego egzemplarza powieści, znalezionego na strychu podczas wakacji u babci i do obrazów, jakie tworzyły się w mojej wyobraźni podczas lektury w wypełnionym słońcem i zapachem jabłek sadzie,  trudno poznanej w takich okolicznościach książki, jej klimatu i autorki nie pokochać.

Zważywszy jednak na dramatyczny przebieg historii miłości Jane Eyre i pana Rochestera, zgodzę się z twórcami serialu "Lost in Austen", że śladem ich bohaterki bezpieczniej byłoby jednak współczesnej dziewczynie wylądować w sielskim świecie powieści Jane Austen, a dokładniej w najpopularniejszej z jej powieści "Dumie i Uprzedzeniu". "Lost in Austen" to miniserial komediowy nagrany z ogromnym dystansem do dzieła wielkiej pisarki, o czym za chwilę :)

Amanda Price mieszka z przyjaciółką w Londynie, ma niezbyt romantycznego chłopaka i pracę, którą sobie ceni, ale nie specjalnie ją lubi. Wieczory najchętniej spędza zaczytując się "Dumą i Uprzedzeniem" i marząc o znalezieniu się w XIX wieku oraz przeżyciu miłości na wzór tej, która połączyła Elizabeth Bennet i Fitzwilliama Darcy. Jej marzenia spełniają się za sprawą drzwi, które łączą łazienkę w jej londyńskim mieszkaniu ze strychem w Longbourn, a Elizabeth Bennet we własnej osobie pojawia się w jej wannie i pragnie zamienić się z nią miejscami. Jeżeli ktoś ceni sobie pierwowzór literacki, po takim wstępie poszuka sobie innego serialu, bo potem naginanie i naciąganie faktów będzie postępować w tempie strasznym :)

Nasza bohaterka na balach ostro popija, stawia na nogi przeziębioną Jane paracetamolem, kompletnie nie przystaje obyczajowością i zachowaniem do konwencji XIX-wiecznych powieści, a kiedy w końcu poznaje swoją platoniczną miłość - właściciela Pemberley, jest nim kompletnie rozczarowana, ale dzielnie usiłuje trzymać się fabuły i połączyć więzami małżeńskimi tych, którzy w wyobraźni Jane Austen zostali nimi omotani, nie bacząc na własne uczucie do bohatera książkowego i Bingleya, który chciwie wodzi właśnie za Amandą, a nie za Jane wzrokiem :) 

Na wiele ekranizacji bardzo poważnie podchodzących do tematu, przedstawiających książkowe realia z najdrobniejszymi szczegółami, strojami, meblami, porcelaną, ta jest kompletnie szalona, i tu przychodzi uczucie zazdrości, że Brytyjczycy mogą wydawać pieniądze zarówno na świetne, trzymające się treści ekranizacje, jak i na realizację kompletnie zwariowanych pomysłów, dzięki którym nawet rzadko sięgający po książki widz zapała zainteresowaniem i sięgnie po klasykę, to chyba i w tym po części tkwi tajemnica zaczytania brytyjskiego społeczeństwa.

Na uwagę zasługują grający głowę rodu Bennet - Hugh Bonneville (Lord Grantham z Downton Abbey), Alex Kingston - Pani Bennet oraz rewelacyjny Tom Riley (Wickham), który ukradł film paradującemu przez cztery odcinki z dość głupią i niewyraźną miną Elliotowi Cowanowi (Darcy).

Serial  zapewne już poznaliście, bo to produkcja z 2008 roku, ja sama obejrzałam go w okolicach jego premiery, jednak to, co ostatnio dzieje się za oknem i cały pesymizm jaki niesie ze sobą styczniowy wicher w połączeniu z zacinającym o szyby deszczem i wiosenną temperaturą, wymaga środków nadzwyczajnych, aby podnieść się nieco na duchu, ja wyszperałam jako antidotum ten zabawny film i może zabiorę się  za małą powtórkę powieści Jane Austen :)

W świecie Jane Austen. Lost in Austen. 2008 
reż. Dan Zeff