środa, 28 grudnia 2011

Będziemy mieli tego roku ciężką zimę. Długa zima. Laura Ingalls Wilder.

Długa zima  1880-1881r.
Dzisiaj chcę wam opowiedzieć o jednej z najsroższych zim w historii świata. Owa zima rozpoczęła się feralnego 1880 roku już w październiku i trwała nieprzerwanie do maja 1881 roku. Amerykański stan Południową Dakotę pokryły wówczas wielometrowe warstwy śniegu. Zwierzęta przewidujące nadchodzącą katastrofę umknęły na południe, ludzie na wiele miesięcy utknęli w swoich domach. Kończyły się zapasy żywności, kolej nie była w stanie przebić się z nowymi dostawami przez grube warstwy śniegu. W prerie zamieszkiwane przez pierwszych amerykańskich osadników uderzała jedna po drugiej śnieżyca, dając mieszkańcom drewnianych domków co najwyżej jeden dzień wytchnienia.
W tym czasie w domku na prerii mieszkała rodzina Ingallsów, czternastoletnia wówczas Laura Ingalls Wilder opisała bardzo dokładnie wydarzenia z lat 1880-1881 w książce zatytułowanej "Długa zima".
"Długa zima" rozpoczyna się podczas letnich sianokosów. Laura pomaga swojemu ojcu w robieniu zimowych zapasów siana. Mimo początkowych wątpliwości Laura dostaje pozwolenie na pracę w polu  matki, która:
Nie lubiła, kiedy kobiety pracowały w polu. Wydawało się jej, że to dobre dla cudzoziemek, a ona i jej dziewczynki były Amerykankami, więc nie powinny się zniżać do czegoś takiego jak męska harówka. 
To pierwsze lato, które rodzina Ingallsów spędza na surowej prerii, plony są więc bardzo mizerne. W czasie zwózki siana ojciec Laury zauważa grube ściany budowli piżmaków, które są pierwszymi zwiastunami ciężkiej zimy. Pierwsze przymrozki ozdobiły okna małego domku na prerii, pięknymi haftami już we wrześniu, w październiku w prerię uderzyła pierwsza, trwająca trzy dni zamieć. Po jej zakończeniu na podwórku rodzina znajduje stado krów z pyskami przymarzniętymi do ziemi, które na szczęście udaje się uwolnić. Spotkany w miasteczku Indianin potwierdza obawy osadników przepowiadając nadejście gór wielkiego śniegu.
- O co chodziło z tymi siedmioma wielkimi śniegami?- zapytał Almanzo. Tatuś wyjaśnił mu, że co siedem lat, wedle Indianina, przychodzi ciężka zima, a za trzecim razem zima będzie najcięższa ze wszystkich. Indianin przyszedł powiedzieć, że właśnie minęło dwadzieścia jeden lat i w ciągu tej dwudziestej pierwszej zimy śnieżyce będą trwały przez siedem miesięcy.  
Przy okazji spotkania z Indianinem ujawnia się stosunek pionierów do rdzennych mieszkańców prerii.
- Jaki znów Indianin?- spytała mama i pokręciła nosem, jakby na sam dźwięk słowa "Indianin" poczuła w powietrzu zapach indiańskiego obozowiska. Mama gardziła czerwonoskórymi i bała się ich.  
Nie chcąc kusić losu po takich zapowiedziach i ostrzeżeniach, jakie ludzie otrzymują od obumierającej prerii, Charles Ingalls, jego żona Caroline oraz cztery córki niewidoma Mary, Laura, Carrie i Grace przenoszą się na zimę do miasteczka do swojego budynku sklepowego. Domek na prerii mógłby nie wytrzymać naporu kolejnych śnieżyc, poza tym w trudnych warunkach atmosferycznych lepiej być w pobliżu innych ludzi i dostaw żywności oraz opału. Przez miasteczko przebiegała trasa linii kolejowej, co dawało większe szanse na zdobycie zaopatrzenia. Starsze dziewczynki mogły zimą rozpocząć naukę w szkole i uzupełnić wiedzę zdobywaną w domu, pod okiem matki. 
Na krótko po przeprowadzce zima uderza z całą mocą, kolejne śnieżyce zasypują miasteczko i tory kolejowe. Zmniejszają się zapasy żywności i opału sześcioosobowej rodziny. Kiedy kolej podejmuje decyzje o  zawieszeniu ruchu pociągów do wiosny sytuacja osadników dramatycznie się pogarsza. Szkoła zostaje zamknięta. Cała rodzina spędza dni zamknięta w swoim domu, sąsiedzi kontaktują się ze sobą tylko podczas nielicznych i krótkich przerw pomiędzy zamieciami i śnieżycami. Następują kolejne miesiące spędzane w ciemnościach, nafta do lampy kończy się, nie można czytać, apatyczne dziewczynki nie są w stanie dalej się uczyć. W "Długiej zimie" poznajemy przyszłego męża Laury - Almanza Wildera, który zajmuje jedną z działek na prerii pod przyszłą farmę. 
Kiedy przybyli na Zachód Almanzo miał dziewiętnaście lat. Ukrywał to jednak, ponieważ zajął działkę, a nie miał prawa tego zrobić przed ukończeniem dwudziestego pierwszego roku życia. 
"Długa zima" to literatura dla dzieci, ale również książka bardzo dojrzale opisująca zmagania osadników z trudami najcięższej zimy, jest źródłem informacji i świadectwem tych dni przedstawionym oczami naocznego świadka, jakim jest Laura. Długie miesiące głodu, opalania drewnianej chatki słomą, mielenia ostatnich zapasów pszenicy młynkiem do kawy, odbijają się na zdrowiu mieszkańców prerii, równocześnie hartują ich. Pierwszy po wielu miesiącach oczekiwań pociąg nadjeżdża dopiero ostatniego dnia kwietnia, przywożąc zmęczonym mieszkańcom miasteczka zaopatrzenie. 
Z poszczególnych fragmentów książki wyłania się obraz pierwszych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Obraz ludzi upartych, odważnych i wytrzymałych. Mobilność tych ludzi jest zaskakująca, w krótkim czasie podejmują decyzje o kolejnych przeprowadzkach, bez marudzenia ładują dobytek i swoje rodziny na wozy i zasiedlają kolejne połacie nowego wielkiego świata, który staje się podwalinami najsilniejszej potęgi militarnej i gospodarczej do dnia dzisiejszego.
Mam nadzieję, ze tytuł posta was nie przestraszył, nie mam informacji z żadnego wiarygodnego źródła, że grozi nam ciężka zima, chyba na szczęście wręcz przeciwnie. To dobrze, bo trochę przestraszyły mnie te książkowe zamiecie i jakoś tak zimniej mi się robiło czytając "Długą zimę".

Długa zima.
Laura Ingalls Wilder
Agencja KRIS
Warszawa 1994, 259 str.


poniedziałek, 26 grudnia 2011

Więcej śniegu w żadnym razie nie będzie, a i ten zdąży stajać do świąt ! Boże Narodzenie w Bullerbyn.

Te słowa Lassego z Dzieci z Bullerbyn poprzedzają w książce nadejście śnieżycy. Nam nadmiar śniegu póki co nie grozi, tegoroczne święta spędzamy co prawda z opadami, ale deszczu. Powyższy cytat sprawdził się bowiem bardzo dosłownie, śnieg spadł kilka dni temu i zniknął w Wigilię. Brak śniegu i bajkowej aury postanowiłam sobie zrekompensować sięgając po moje ukochane Dzieci z Bullerbyn, a dokładniej po rozdziały zimowo-bożonarodzeniowe tej książki. Boże Narodzenie w Bullerbyn to również tytuł pięknie ilustrowanego albumu dla dzieci, którego nie posiadam, ale który chętnie przeglądałam podczas przedświątecznych wizyt w księgarniach.
Okres przed świętami dzieci z Bullerbyn wypełniają sobie oczekiwaniem na śnieg i klejeniem koszyczków na choinkę. Dwa dni przed Gwiazdką upragniony śnieg zaczyna sypać nieśmiało, by po kilku godzinach przerodzić się w niebezpieczną śnieżycę. Jednak już następnego dnia...
Następnego dnia słońce świeciło, a piękny, biały puszysty śnieg leżał na wszystkich drzewach.
Podczas ostatnich przed świętami lekcji Lisa, Lasse, Bosse, Olle, Britta oraz Anna otrzymują od swojej nauczycielki zmówione wcześniej książki.
W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoją książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła, że przeczyta tylko mały, malusieńki kawałeczek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu. - Muszę się dowiedzieć, czy książę został odczarowany, czy nie - mówił Lasse. Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny.
Skąd ja znam tę niecierpliwość:)? W tym roku sama podkradałam jedną z książek, która miała wylądować pod choinką:).
W Bullerbyn świętowanie Bożego Narodzenia rozpoczyna się w dniu pieczenia pierników.  Potem następują kolejno wyprawa do lasu po choinki dla zagrody północnej, południowej i środkowej, wieczorem dzieci karmią głodne ptaki snopkami odłożonymi na wigilię podczas żniw. W dzień Bożego Narodzenia Lisa z rodzeństwem i przyjaciółmi roznosi prezenty przygotowane przez rodziców dla najstarszych mieszkańców małej szwedzkiej osady. W końcu cała rodzina zasiada do wieczerzy, z którą wiąże się wiele ciekawych, różniących się od naszych tradycji. Słyszycie radość i czujecie zapach świąt w Bullerbyn? Jeśli nie, to chyba pora na ponowną lekturę książki Astrid Lindgren.
 ***
Powoli zapada zmrok, zegar odmierza ostatnie świąteczne godziny. W domu unosi się jeszcze delikatny zapach potraw wigilijnych, zapach mandarynek miesza się z aromatem mocnej kawy i świerkowych gałęzi, powoli gasną świece. Pora zamknąć drzwi dla Gwiazdki 2011 roku. Dobrej nocy:).


środa, 21 grudnia 2011

Bohaterowie mają to do siebie, że ich moc wzrasta w miarę powtarzania opowieści. Nowicjuszka. Trudi Carnavan.

Domowe kąty lśnią świąteczną czystością, książki odkurzone, lampki choinkowe jarzą się wesoło, a ja mam wreszcie trochę czasu na pisanie:). W przerwach pomiędzy codziennymi obowiązkami i przygotowaniami świątecznymi czytałam Nowicjuszkę - drugi tom Trylogii Czarnego Maga. Główna bohaterka cyklu - Sonea rozpoczyna naukę na Uniwersytecie w Gildii Magów. Pod opiekuńczymi skrzydłami mistrza Rothena, dziewczyna ze slumsów uczy się panować nad swoim talentem magicznym i zgłębia wiedzę zarezerwowaną dotychczas wyłącznie dla dzieci z bogatych rodów, klasy panującej w Imardinie. Sonea jak każda pionierka nie ma łatwego życia, staje się bowiem obiektem prześladowań ze strony innych nowicjuszy. Ataki słowne, poszturchiwania i brak choć jednej przyjaznej duszy w grupie dają naszej bohaterce mocno w kość, z czasem agresja przybiera tylko na sile. Talent dziewczyny rozwija się w niespotykanym dotąd tempie, Sonea jest obdarzona siłą, która daje jej szansę zostania najpotężniejszym magiem w dziejach Gildii. Równolegle ze zmaganiami Sonei obserwujemy wątek Dannyla, który otrzymuje stanowisko Ambasadora i rusza tropem Wielkiego Mistrza Akkarina, poszukując informacji o czarnej magii. W tle, do głównych bohaterów docierają informacje o tajemniczych rytualnych morderstwach na terenie Imardinu.
Nowicjuszka jest książką rozbudowaną do granic możliwości. Myślę, że autorka mogłaby spokojnie odpuścić sobie dwieście do trzystu stron tej powieści. Pewne informacje powtarzają się po kilka, w porywach nawet do kilkunastu razy. Te dłużyzny nie posuwają opowieści do przodu, momentami tempo powieści spada na łeb na szyję, jak ciśnienie w Krakowie podczas halnego. Czytając niektóre fragmenty rozmów Dannyla z Tayendem można sobie urwać intelektualną drzemkę i po paru stronach spokojnie wrócić do świata wykreowanego przez Trudi Canavan, bez obaw, że coś istotnego nam umknęło, bo nawet jeśli tak to jeszcze parę razy nam to autorka powtórzy. Denerwowały mnie stworzone przez autorkę nazwy owoców i zwierząt. Lubię wczuć się w to, co czytam i chciałabym wiedzieć jaki smak lub chociaż kolor mają te owoce o dziwnej nazwie.
Historia jest na szczęście na tyle ciekawa i wciągająca, że nie pozwala odłożyć książki. Losy Sonei i tajemnicza postać Wielkiego Mistrza Akkarina zdecydowanie ratują tę powieść. Niezwykle ciekawe były również wędrówki nowicjuszki po tajemniczych podziemiach oraz opisy bibliotek, których jest w książce mnóstwo.
Trylogia Czarnego Maga to fantastyka zdecydowanie młodzieżowa i szkolno-przygodowa.

Nowicjuszka
Trudi Canavan
Galeria Książki
Kraków 2008, 641 str.


środa, 14 grudnia 2011

Świat jest tak pełen ostrych zakrętów, że gdyby nie skrzywili jej nieco, nie miałaby szansy, by się dopasować. Wiedźmikołaj. Terry Pratchett.

Wyobraźcie sobie świąteczny dzień, padający śnieg (wiem, że ostatnimi czasy ciężko przypomnieć sobie jak wygląda, to takie białe, co leci u nas z nieba, ale nigdy w czasie świąt) i...Wiedźmikołaj  w świńskim zaprzęgu przemierzający cały zimowy świat, a potem  ładujący się kościstym tyłkiem przez komin, aby odwiedzić ukochane dziatki. Spokojnie, my mamy naszego pulchnego Mikołaja, Wiedźmikołaj odwiedza dzieci w Świecie Dysku. Ale zacznijmy od początku, otóż zdecydowałam się w końcu sięgnąć po książkę Terrego Pratchetta, na pierwszy ogień, z racji zbliżających się świąt, poszedł Wiedźmikołaj. Wcześniej zgodnie z światłą i bardzo dojrzałą zasadą "nie, bo nie", jakoś było mi z tym autorem nie po drodze, a to okładki jego książek mi się nie podobały, a to jakieś dziwne nazewnictwo i imiona głównych bohaterów. Powiedzmy sobie szczerze: czepiałam się i to zupełnie bezpodstawnie.
W książce sprawy mają się w następujący sposób ginie Wiedźmikołaj, tajemne grono Audytorów chce wymazać go z pamięci dzieci w całym Świecie Dysku. W tym celu opłaca Skrytobójcę Pana Herbatkę. Rolę dobrotliwego starca chwilowo przejmuje na siebie Śmierć. Na poszukiwanie prawdziwego Wiedźmikołaja rusza natomiast wnuczka Śmierci - Susan Sto Helit. I mniej więcej po takim opisie odechciewało mi się Świata Dysku, dlatego, żeby zachęcić was do sięgnięcia po tę książkę opiszę te fragmenty, które gdybym znała je wcześniej przyciągnęłyby mnie do Pratchetta dawno temu. 
Jeśli jesienią i zimą jesteście podminowani i najchętniej przejechalibyście się po współmieszkańcach swojego domu to bez obawy jest nawet nazwa na to schorzenie, nie jesteście odosobnieni, po prostu toczy was "gorączka kabinowa", która objawia się kiedy ludzie zbyt długo przebywają stłoczeni podczas mrocznych, zimowych dni, zaczynają działać sobie na nerwy. Gorączka kabinowa lubi ze zdwojoną mocą atakować w święto Strzeżenia Wiedźm, większość pracowników naukowych Niewidzialnego Uniwersytetu miała związane z nią złe doświadczenia w tym dniu, w swoich domach rodzinnych. W ogóle pracownicy naukowi w Świecie Dysku to mocno odjechane stadło, mam wrażenie, że trochę oderwane od rzeczywistości ze swoimi łazienkowymi problemami i tabletkami z zasuszonej żaby. Magowie, bo tak brzmi poprawna nazwa pracowników Niewidzialnego Uniwersytetu powołują do życia coraz to nowe postacie, a to zjadacza ołówków, a to złodzieja ręczników, no bo przecież gdzieś te przedmioty się podziewają i wcale nie giną w wyniku naszego roztargnienia. No i na potęgę eksperymentują z różnej maści eliksirami i miksturami, z gorszym bądź z lepszym skutkiem, jak w przypadku udanej próby wytrzeźwienia o, boga kaca.
I wtedy dziekan powtórzył mantrę, która w ciągu wieków wywarła tak znaczący wpływ na postęp wiedzy:
- A może zmieszamy to wszystko razem i zobaczymy co się stanie?
Śmierć odmalowana w tej książce jest chyba jej najciekawszą postacią, jedyną przerażającą cechą, poza oczywistą ostatecznością jej działań, jest chyba to, że MÓWI WIELKIMI LITERAMI. Śmierć przejmuje rolę Wiedźmikołaja i roznosi prezenty, poruszając się po świecie zaprzęgiem złożonym z czterech świń o jakże wdzięcznych imionach Kieł, Ryj, Dłubacz i Grzebacz i równie wdzięcznych manierach, zdarza im się na ten przykład zasikać schody w sklepie z zabawkami na oczach dzieci, czekających na wiedźmikołajową audiencję. Śmierć jest mocno zbuntowana, do tego stopnia zbuntowana, że zmienia odwieczny porządek i dokarmia dziewczynkę z zapałkami, uzasadniając swoją decyzję zmiany losu nieszczęsnej sieroty nie znoszącym sprzeciwu zdaniem tak to być nie powinno.
A, że święta i Sylwester już niedługo wspomnę jeszcze o bogu, który pod naszą szerokością geograficzną nie miałby łatwego życia.
- Istniej bóg kaca?
- O, bóg - poprawił ją. - Kiedy ludzie wzywają moje imię, rozumiesz, trzymają się za głowę i mówią "O, boże...".
O, bóg kaca przejmuje bowiem na siebie wszystkie dolegliwości dnia następującego po mocno zakrapianych imprezach. Sam nie pije, cierpi za pijące miliony:). Cóż, najwyraźniej nie ma sprawiedliwości w Świecie Dysku.
W Wiedźmikołaju przedstawiono również ciekawy pomysł na nową teorię socjalizacji społeczeństw, która zakłada, że jako dzieci uczymy się wierzyć w małe kłamstwa Wiedźmikołaja i wróżki zębuszki na przykład. Dorosły człowiek może dzięki temu na późniejszym etapie rozwoju wierzyć w istnienie sprawiedliwości, miłosierdzia, obowiązku, które są niczym innym jak większymi kłamstwami, pozwalającymi zachować ład w krainie człowieka.
Omal nie zapomniałam o jeszcze jednej barwnej postaci - Śmierci Szczurów, która zdecydowanie więcej roboty ma dwa tygodnie po Strzeżeniu Wiedźm, bo wtedy trzeba pozbierać z tego łez padołu wszystkie zagłodzone chomiki i świnki morskie, zapomniane świąteczne prezenty.
No i zakończenie, w którym jak to w klasyce gatunku świątecznych powieści, w końcu porządnie najedzeni bezdomni prowadzą między sobą rozmowę dotykającą głębi i istoty świąt. Że bogów w Świecie Dysku dostatek na koniec tej dyskusji pada sakramentalne:
- I niech bóg błogosławi każdego z nas - dodał Arnold Boczny.
- Który bóg?
- Nie wiem. A którego byś chciał?
Z Pratchettem w ogóle należy postępować ostrożnie, czytanie jego książek w miejscach publicznych grozi ostracyzmem ze strony przerażonych naszymi nagłymi wybuchami śmiechu współpasażerów komunikacji miejskiej. Głupi uśmiech bowiem, nie schodził z mojej twarzy przez trzy dni w czasie których dawkowałam sobie lekturę. Na pewno sięgnę po kolejne tytuły, żeby poszerzyć nieco wiedzę o Świecie Dysku, ale przede wszystkim dla niesamowitego poczucia humoru Terrego Pratchetta.

Wiedźmikołaj
Terry Pratchett
Prószyński i S-ka, 311 str.



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Płonęłaś cała wczoraj w chłodnej poświacie księżyca, gdy podniosłaś bunt przeciwko losowi i domagałaś się równości ze mną. Dziwne losy Jane Eyre. Charlotte Brontë.

O posiadaniu tej książki na własność marzyłam bardzo długo, ale jakoś nie było nam po drodze, kiedy byłam zdeterminowana, żeby ją kupić, nie było wznowień, zupełnie nie wiem dlaczego. Po raz pierwszy "Dziwne losy Jane Eyre" czytałam wiele lat temu podczas wakacji, na strychu domu babci, tam też znalazłam stary egzemplarz, do dziś nie wiem do kogo należał i strasznie żałuję, że zaginął, pewnie spłonął podczas którejś zimy w piecu, swoją drogą bardzo adekwatny koniec. Dzisiaj mogę pochwalić się swoim własnym wydaniem z filmową okładką, otrzymanym w prezencie urodzinowym.
Jane Eyre była dzieckiem zrodzonym z miłości ubogiego pastora oraz panienki z bogatego dworu Gateshead Hall. Rodzice, umierając młodo, pozostawili jedynaczkę na łasce krewnych: Johna Reed oraz jego żony. Śmierć wuja przypieczętowała ostatecznie los maleńkiej Jane, ciotka zazdrosna o względy jakimi za życia darzył John Reed dziecko oraz jego matkę, a których według żony skąpił własnym dzieciom, nie mogła i nie chciała zaakceptować dziewczynki i wychowywać jej jako równej kuzynostwu. Ucieczką od prozy życia stają się dla Jane książki i rysunki. Na krótko przed swoimi dziesiątymi urodzinami, upokorzona kolejną z wielu niesprawiedliwości, Jane Eyre gwałtownie wybucha, pokazując skrywaną potęgę charakteru małego dziecka tak rzadko spotykaną w tamtych czasach i tak okrutnie tępioną. Rezolutna dziewczynka, rozumiejąc że prawa jej należne, z uwagi na więzy krwi nie są respektowane, wygarnęła ciotce Reed co o niej myśli. Tym samym dała swojej krewnej pretekst do pozbycia się dziecka i umieszczenia w zakładzie dla sierot, szkole Loowood, gdzie spędza kolejne lata swojego życia, ucząc się i zdobywając zawód nauczycielki. Również w szkole los nie oszczędza naszej głównej bohaterki, tutaj umiera jej przyjaciółka Helenka Burns, a  niedojadające, zaniedbane pensjonariuszki dziesiątkuje tyfus. Osiemnastoletnia Jane opuszcza Loowood, otrzymując posadę guwernantki Adelki Varens, podopiecznej właściciela Thornfield Hall. 
W dniu, w którym Jane Eyre przekracza progi dworu Thornfield Hall rozpoczyna się jedna z najpiękniejszych historii miłosnych światowej literatury:). Edward Rochester odnajduje bowiem w Jane Eyre wszystko to, czego szukał u kobiet światowych i czego nie mógł i nie miał prawa odnaleźć w spętanym szaleństwem umyśle pierwszej żony.
Chciałam Cię tak szalenie rozkochać w sobie, jak sam się w Tobie kochałem, a wiedziałem, że zazdrość będzie mi najlepszym sprzymierzeńcem w osiągnięciu tego celu.
Niezwykłe okoliczności w jakich spotykają się Pan Rochester oraz Jane, zapisy z wielogodzinnych rozmów przy kominku oraz tajemnicza rywalka, zamieszkująca strych starego domostwa, tworzą magiczny, mroczny świat, w którym zapadam się nawet dzisiaj przeglądając książkę w poszukiwaniu cytatów.
Nie chcę streszczać całej historii Jane Eyre, chcę tylko gorąco polecić tę książkę i jej filmowe adaptacje i przypomnieć drugiego z mężczyzn jakich na swojej drodze spotyka główna bohaterka, już po ucieczce z Thornfield i zamieszkaniu w Moor House. Saint John to zupełne przeciwieństwo pierwszej miłości Jane, ambitny pastor żąda poświęcenia, wydawałoby się w słusznej sprawie, ale zdaje się mieć do tego mniejsze prawo od swojego poprzednika w sercu Jane, który w zamian oddawał siebie. W Moor House odnajdujemy samą Charlotte pośród swojego rodzeństwa, oddanego pasji zdobywania wiedzy i doskonalenia umiejętności pisarskich.
Postać Jane Eyre kojarzy mi się z niezwykłą żywotnością umysłu oraz wielką pasją życia. I ten dalszy ciąg, którego czasem brak najlepszym powieściom,  przekonanie, że ta wielka miłość jest miłością spełnioną i to z dziesięcioletnim stażem:).

Jane Eyre.
Charlotte Brontë
Wydawnictwo Prószyński i Spółka
Warszawa 2011,  568 str.



środa, 7 grudnia 2011

Princesse lointaine.* Dziwne losy Adelki. Emma Tennant.

Pisanie kontynuacji powieści takich jak "Dziwne losy Jane Eyre" jest karkołomnym zadaniem, czytanie ich to równie szalony pomysł.
Powieść Emmy Tennant dzieli się na trzy części, autorka oddaje w niej głos bohaterom pominiętym w "Dziwnych losach Jane Eyre". Narratorami powieści są przede wszystkim Adelka Varens, Edward Rochester i Pani Fairfax. Każda z części opowiada o innym etapie losów głównych bohaterów, w pierwszej poznajemy paryski epizod z życia Edwarda, historie jego miłości do Celiny Varens, opowiedzianą z punktu widzenia dziecka - Adelki. Po śmierci matki dziewczynka niespodziewanie zjawia się u wrót Thornfield Hall, z oryginału wiemy, że to Pan Rochester przywiózł dziecko z Paryża, a nie samo przybyło pod jego drzwi. Część trzecia, najkrótsza, opowiada o dalszych losach bohaterów, o tym jak ułożyli sobie dalsze życie.
O ile wariacje na temat dalszego ciągu wydarzeń popularnych powieści jestem w stanie objąć rozumem i w sumie mi nie przeszkadzają, o tyle zmian w zasadniczej części książek takich jak dzieło Charlotte Brontë pojąć nie potrafię, zwłaszcza jeśli pełne są błędów, które pewnie są celowe i służą poprowadzeniu historii w kierunku zamierzonym przez Emmę Tennant, ale wyglądają jakby autorka nie znała książki, której kontynuacje napisała.
Morderstwo, cudowne ozdrowienie w kostnicy, cyrkowe popisy Adelki, odnalezienie tajemniczych zwłok, drugich w okolicach Thornfield, zgubienie jednej pokaźnych rozmiarów służącej, do tego wszystkiego rewolucyjny Paryż i wychodzi nam wielki chaos. Autorka pokusiła się również o stworzenie alternatywnej wersji pożaru w Thornfield. Nie zgadniecie kto i dlaczego spalił to zacne domostwo:). Nie odnalazłam w "Dziwnych losach Adelki" nawet cienia moich ukochanych bohaterów, nawet odrobiny magii, którą jak dla mnie jest wypełniona książka Charlotte Brontë.
Czytałam już "Pemberley" Emmy Tennant i była to naprawdę niezła książka, oczywiście daleko jej było do powieści Jane Austen, ale opierała się na ciekawym pomyśle i z tego co pamiętam trzymała niezły poziom. W ubiegłym roku zakupiłam "Emancypację Mary Bennet" i była to sromotna klęska, do dziś żałuję wydanych na nią pieniędzy.  Kiedy następnym razem wpadnę na pomysł przeczytania, albo co gorsza kupienia kontynuacji jakiejś powieści dam sobie po łapach.

Dziwne losy Adelki
Emma Tennant
wydawnictwo C&T
Toruń 2005, 186 str.

*zamorska księżniczka, w książce jest sporo francuskojęzycznych wtrąceń, które przypomniały mi że gdzieś, kiedyś uczyłam się tego języka;).

wtorek, 6 grudnia 2011

Wzajemnie zasilamy się dobrem, wzajemnie przygaszamy się złem. Bajki niebieskie. ks. Mieczysław Maliński.

Ciężką przeprawę miał dzisiaj nasz najukochańszy święty, no bo śniegu ani grama, a sanie jakoś odpalić trzeba. Dzisiaj nie zamierzam się jednak chwalić prezentami, pochwalę się kiedy indziej:). Dzisiaj chcę wam opowiedzieć o książce, którą wyszperałam wczoraj przypadkowo za regałem. Tutaj należy się jedno wyjaśnienie. Jak większość szanujących się moli książkowych, co jakiś czas sprzątam swoje półki z książkami i robię tzw. przegląd tyłów co jest niczym innym, jak przeglądem zawartości książek upchanych w dwuszeregu za regałem głównym właściwym.Tym razem poza sporą warstwą kurzu, bakterii i innych mikroszkodliwców, znalazłam swoją ulubioną książkę z bajkami niebieskimi ks. Mieczysława Malińskiego. Z tej błękitnej książeczki pochodzą bajki, które stanowią moje główne źródło wiedzy mikołajologicznej i aniołkologicznej. Autor zebrał w "Bajkach niebieskich" wszystkie bajki o aniołkach, diabełkach, świętym Mikołaju i Bożym Narodzeniu, które napisał z myślą o najmłodszych. Moje wydanie pochodzi z 1996 roku i kupiłam je wiele lat temu w kościelnym sklepie z książkami, wcześniej siostra zakonna, która uczyła nas religii czytała nam bajki ks. Malińskiego podczas przerwy śniadaniowej. 
Moja ulubiona bajka ze zbioru "Święty Mikołaj" jest piękną opowieścią o legendzie młodego Mikołaja, który majątek otrzymany od rodziców dzieli pomiędzy ubogich mieszkańców miasteczka. Mikołaj odwiedza obdarowywanych nocą i działa w  wielkiej tajemnicy. Tajemnica jest tak pilnie chroniona, że Mikołaj otrzymuje od mieszkańców swojego miasteczka przydomek szatana z zamku, ponieważ jego majątek kurczy się w krótkim czasie, a sąsiedzi są przekonani, że Mikołaj zużywa swoje pieniądze w mało chwalebny sposób, nie łączą jego osoby z aniołem, który nocą odwiedza ubogich. "Opowiadanie wigilijne" z  kolei jest historią o tym jak trudno czasem utrzymać nerwy na wodzy w Boże Narodzenie. Mały Janek nie wytrzymuje wigilijnego ciśnienia, jakie konsekwencje ściąga na swoją rozpaloną głowę dowiemy się z tej gwiazdkowej historii, która jest wiernym obrazem naszego pełnego niedoskonałości życia codziennego. W "Bajkach niebieskich" odnajdziemy również sporo zabłąkanych aniołków, które ostatecznie odnajdują dobrą drogę i diabełków, które też gubią się między obłokami Królestwa Niebieskiego i o dziwo zostają w nim na dłużej. Ks. Maliński tłumacząc tytuł swojej książki jako "Bajki niebieskie" - bo to bajki o niebie i ziemi w zasadzie najkrócej tłumaczy nam zawartość tej książki, bo to historie nie tylko z nieba, te aniołki jakoś tak podejrzanie bardziej przypominają kilkulatki, które biegają po miastach i wsiach, daleko bardziej je przypominają niż istoty niebieskie. Piękny klimat, cudowny powrót do dzieciństwa, historie opowiedziane w Bajkach niebieskich pozwalają chociaż na chwile wyprostować te nasze dorosłe ścieżki:).
Cytat, który jest tytułem dzisiejszego posta to słowa człowieka, który potrafi pięknie i mądrze mówić o codzienności i pochodzą z jego twórczości dla dorosłych. Ks. Mieczysław Maliński mówi prosto o sprawach trudnych, dzięki niemu życie przestaje wydawać się tak strasznie skomplikowane. Polecam bajki i całokształt twórczości, na przedświąteczne, duchowe oczyszczenie.

Bajki niebieskie
ks. Mieczysław Maliński
wydawnictwo Rhema
Kraków 1996, 207 str.

sobota, 3 grudnia 2011

Za oknami panował grudniowy mróz, a wiatr szukał najdrobniejszych nawet szczelin w oknach. Świąteczna podróż. Anne Perry.

Zapach pomarańczy, jabłek i cynamonu, który unosi się w całym domu, to znak, że zbliża się  Boże Narodzenie. Dzisiaj zrobiłam przegląd świątecznych ozdób, kilka już znalazło sobie miejsce na regałach z książkami. W okolicach grudnia wynajduje sobie również lekturki wprowadzające w świąteczny nastrój. Pierwszą książką z klimatem świątecznym w tle, przeczytaną przeze mnie w tym roku jest "Świąteczna podróż" Anne Perry. Ta jak najbardziej współczesna pisarka napisała powieść osadzoną w realiach epoki wiktoriańskiej. Mamy więc posiadłość Applecross w Berkshire  i wytworne towarzystwo, które spędza w niej czas na zaproszenie jej właściciela Omegusa Jonesa. Dni upływają im leniwie na kolejnych posiłkach, rozmowach o polityce i plotkach towarzyskich. Jedna z kolacji kończy się skandalem, kiedy jedna z dam zarzuca drugiej interesowność w doborze kandydata na męża. I tutaj autorka mocno mnie zaskoczyła, szczerze mówiąc spodziewałam się jakiejś wzruszającej historii świątecznej, a otrzymałam kryminał opierający się na bardzo ciekawym pomyśle. Urażona wdowa Gwendolen popełnia bowiem samobójstwo, a towarzystwo zgromadzone w Applecross bardzo szybko odnajduje winnego - panią Alvie, autorkę skandalu z dnia poprzedniego. Groźba ostracyzmu towarzyskiego zmusza panią Alvie do udania się w podróż w celu poinformowania matki Gwendolen o okolicznościach śmierci jej dziecka. A teraz wyobraźcie sobie grudzień i środek lokomocji w postaci, w wersji optymistycznej powozu, w wersji mniej przyjemnej grzbiet kucyka i szalejące wokół zawieruchy. Mało sympatycznie zapowiada się ta świąteczna podróż, nieprawdaż? Na szczęście Isobel ma wsparcie przyjaciółki Lady Vespasii ( ciekawe imię, zastanawiam się ile Brytyjek nosi podobne? ). Lady Vespasia jest kobietą błyskotliwą i bardzo szybko odnajduje rozwiązanie tajemniczych wypadków, które miały miejsce w Applecross.
Książka jest niewielka, ładnie wydana. Idealna na grudniowy wieczór.

Świąteczna podróż.
Anne Perry
Wydawnictwo Zysk i spółka, 112 str.


piątek, 2 grudnia 2011

Może wskazówki zegara miały dość obracania się rok za rokiem w tę samą stronę i nagle postanowiły zmienić kierunek. Tajemnica Bożego Narodzenia. Jostein Gaarder.

Adwent trwa w najlepsze od 6 dni ( czyli od niedzieli 27 listopada, czwartej niedzieli poprzedzającej święta Bożego Narodzenia ) i potrwa do 24 grudnia. Z tym czasem wyciszenia i przygotowań świątecznych łączy się mnóstwo tradycji i zwyczajów, część z nich jest dziełem naszych przodków, a część przywędrowała z krajów Europy Zachodniej. Jedną z tradycji zaczerpniętych zza zachodniej granicy jest kalendarz adwentowy, który gości w moim domu od wielu lat i czy to w postaci czekoladowej, z niezjadliwymi czekoladkami:), czy bardziej zaawansowanej technologicznie, komputerowej odlicza dni do Bożego Narodzenia. Podziwiam pracowite łapki, które tworzą swoje własne adwentowe kalendarze, ja jeszcze tego nie robiłam, ograniczam się do tworzenia adwentowych stroików z czterema świecami symbolizującymi kolejne niedziele Adwentu. Historię takiego ręcznie robionego kalendarza opowiada "Tajemnica Bożego Narodzenia" autorstwa Jostein Gaarder.
"Tajemnica Bożego Narodzenia" gości w moim domu od ubiegłego roku i znów cierpliwie odlicza kolejne dni grudnia. Książka jest podzielona na 24 rozdziały - po jednym na każdy dzień Adwentu. "Tajemnica..." opowiada dwie historie - Joachima, który ostatniego dnia listopada zostaje właścicielem niezwykłego kalendarza adwentowego oraz Elisabet, która podróżując do Betlejem cofa się w czasie do dnia narodzin Tego, który rodzi się każdego roku w grudniu. Opowieść o Elisabet rozpoczyna się, kiedy dziewczynka wraz z mamą odwiedza dom towarowy w poszukiwaniu prezentów, w tym samym czasie pewien baranek traci cierpliwość i nie chcąc dłużej wysłuchiwać brzęku aparatów kasowych ucieka ze sklepu. Elisabet podąża za nim i spotyka anioła Efiriela, który zabiera ją w niezwykłą podróż. Każdego dnia Adwentu, otwierając okienka kalendarza, Joachim poznaje koleje losu Elisabet i nowych bohaterów wędrujących do Betlejem. Książka Jostein Gaarder  ma klimat bardzo odmienny od tego, jaki panuje zazwyczaj wokół nas przed świętami, nie ma w niej  zabiegania i  eksploatowania na wszystkie sposoby tematu świąt w reklamach i wszechobecnej komercji, jest natomiast piękna historia, niezwykłe przemyślenia oraz mnóstwo tajemnic, które uczą cierpliwości, bo przecież każdego dnia wolno nam zapoznać się tylko z jednym rozdziałem książki:). "Tajemnicę Bożego Narodzenia" odkrywamy dzień po dniu, czekając na te najpiękniejsze w roku święta.  Życzę wszystkim przyjemnej lektury oraz pięknego, pogodnego Adwentu z światłem lampionów, które rozproszą mrok przed nami.

Tajemnica Bożego Narodzenia
Jostein Gaarder
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2009, 240 str.

czwartek, 17 listopada 2011

Przecież nie umiera się na wakacjach. Dolina Muminków w listopadzie. Tove Jansson.

Po raz pierwszy "Dolinę Muminków w listopadzie" czytałam jako dziecko, pamiętam mocno sfatygowany biblioteczny egzemplarz, który przyniosłam pewnej jesieni do domu. Uwielbiałam nastrój tej książki, piękne ilustracje. Po wielu latach, kiedy zaczęłam rozbudowywać swoją domową biblioteczkę, nie mogłam  przecież zapomnieć o kupnie tej książki. Mam ją u siebie już dwa lata i teraz bardzo często wracam do niej w listopadowe wieczory. Zupełnie inaczej, jako człowiek dorosły odczytuję jej treść, wręcz przeraził mnie ostatnio smutek wypełniający tę książkę. A może tylko ja ją w ten sposób odbieram?
W listopadowej Dolinie Muminków przede wszystkim nie ma samych Muminków. Bohaterami tej książki są bardzo różne, czasem mocno zwichrowane typy osobowości.
Ale zacznijmy od początku. Jesień jest coraz chłodniejsza i wkrótce nieuchronnie opuści Dolinę Muminków, ustępując miejsca zimie: 
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się  jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie , możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. 
Mieszkańcy Doliny kryją się więc w swoich domach lub decydują się na czas zimy opuścić rodzinne strony, swoich przyjaciół. Włóczykij odchodzi, wróci wiosną, przynajmniej taki jest jego plan, który jak do tej pory powtarzał się każdego roku.  Pewna Filifionka podczas domowych porządków nieomal traci życie w starciu z własnym oknem i zupełnie nieoczekiwanie zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego istnienia.
- Wcale nie umrę - szepnęła i zatrzasnęła kredens. [...] Chce zobaczyć znajomych. Znajomych, którzy rozmawiają i są mili, którzy wchodzą i wychodzą, i tak zapełniają cały dzień, że nie zostaje czasu na straszne myśli. 
Homek Toft całe swoje życie spędza ukryty w łodzi Paszczaka. Wieczorami  Toft marzy o wizycie w Dolinie Muminków i o spotkaniu z Mamą Muminka, kiedy w listopadzie zaczyna zacierać się w jego wyobraźni obraz wymarzonego miejsca, postanawia wyruszyć, na tym razem realne spotkanie Rodziny. Wuj Truj, szukający siebie samego sprzed lat, wszechorganizator Paszczak, Włóczykij, który skrócił swoją zimową włóczęgę w poszukiwaniu zagubionej melodii. Wszyscy bohaterowie wiedzeni tęsknotą udają się do domu Muminków, gdzie czeka ich wielkie rozczarowanie, ponieważ  Rodzina odpłynęła  na Wyspę. Co w tej sytuacji robi nasza galeria postaci mocno osobliwych, no chyba jedyną rzecz jaką można zrobić w tej sytuacji  - zaczyna okupować dom Muminków, a przy okazji oczekuje na przybycie przyjaciół, przygotowuje się na ich powitanie, w myślach planuje przebieg spotkania, robi wielkie porządki i tęskni.
Czy to jest książka o śmierci? A może o pogoni za marzeniami, której rezultaty zawsze okazują się zupełnie inne niż oczekiwaliśmy, może o niepokornej duszy artysty, samotności?  Kończy się rok, może pora coś zmienić, jeżeli się nie uda sam proces zmiany rzeczywistości może okazać się interesujący, może idąc śładem Filifionki zaakceptujemy samego siebie w całości, z butami i pozwolimy współtowarzyszom ziemskich niedoli się polubić, tak po prostu z całym życiowym bagażem trudów i bez udawania kogoś innego. Może to książka o tym, że jednak nie zawsze mamy rację i pora docenić ludzi których mamy wokół, a zwłaszcza tych cichutkich dotąd jak Homek. A może o wszystkim co w życiu ważne po trochu i dlatego tak dobrze się ją czyta, kiedy świat za oknem umiera, a znów urodzi się dopiero wiosną ? A może za dużo wymagam od tej dziecinnej przecież lektury?
Homek Toft rzekł: - koniec rozdziału. I zgasił światło.

Dolina Muminków w listopadzie
Tove Jansson
Nasza Księgarnia
Warszawa 2007, 206 str.





niedziela, 13 listopada 2011

Posiedźmy tu dziś wieczór, choćby nie było nam sądzone nigdy już zasiąść razem. Jane Eyre.

Wczorajsze  popołudnie spędziłam w jednym z krakowskich kin oglądając film Jane Eyre. Powieść  Charlotte Brontë "Dziwne losy Jane Eyre" była już wielokrotnie ekranizowana, sama uwielbiam miniserial BBC z 2006 roku, więc na seans wybrałam się z  wyraźnie zapisanymi w pamięci genialnymi rolami Ruth Wilson oraz Toby'ego Stephens'a i z wrażeniem, że wszystko co dało się wycisnąć z tej cudownej powieści zrobili już twórcy serialu. Film wyreżyserowany przez Carego Fukunagę nie tylko mnie nie zawiódł, ale wręcz zachwycił pięknymi obrazami. Twórcom udało się uchwycić niezwykły, odrobinę mroczny nastrój książki.
Powierzenie roli Jane Eyre młodziutkiej aktorce polskiego pochodzenia Mii Wasikowskiej uważam za strzał w dziesiątkę. Urodzona w Australii aktorka jest obdarzona niezwykłą urodą porcelanowej lalki, drobniutka o postawie baletnicy. Mia jest bardzo przekonująca w swojej roli, widać, że nie kopiuje żadnej ze swoich poprzedniczek. Michael Fassbender zagrał tajemniczego Edwarda Rochestera, co prawda nie jest tak przekonujący jak Toby Stephens, ale równie interesujący w swojej roli. Podobała mi się urocza Romy Settbon Moore w roli Adele oraz Pani Fairfax - Judi Dench. W serialu z 2006 roku Adele była trochę wyrośnięta jak na ośmiolatkę, która była przecież bohaterką powieści.
Film jest wiernym obrazem epoki wiktoriańskiej, zadbano o detale, meble, porcelanę, kostiumy. Wnętrza Thornfield Hall są mroczne, ciemności rozprasza jedynie światło świec. Ogromne wrażenie robią kostiumy głównej bohaterki, jej skromne sukienki, piękna suknia ślubna, której zdjęcie umieściłam poniżej. Mogłabym opisywać ten film scena po scenie, a wlaściwie każdy obraz tę ekranizację tworzący.
Film rozpoczyna się ucieczką Jane z Thornfield, potem główna bohaterka trafia do rodzeństwa Rivers, poznajemy kolejne losy Jane Eyre, retrospekcje z trudnego dzieciństwa najpierw w Gateshead Hall potem w zakładzie dla dziewcząt - szkole Lowood, aż  do przybycia do Thornfield Hall.
Film jest pełen pięknych dźwięków, brzęku delikatnej porcelany podczas posiłku, odgłosów płonącego na kominku ognia,  podmuchów wiatru. Muzyka jest nastrojowa, niepokojąco piękna.
Polecam ten cudownie jesienny film, jeżeli jeszcze nie mieliście okazji go obejrzeć.


Jane Eyre (  2011 ) reż. Cary Fukunaga

piątek, 11 listopada 2011

Raju już nie namaluję, muszę zadowolić się tym, że go widziałem. Psy z Rygi. Henning Mankell.

"Psy z Rygi" są drugą przeczytaną przeze mnie książką Henninga Mankella. Po poprzednim tomie miałam niedosyt informacji na temat głównego bohatera, dlatego będąc w bibliotece wyłowiłam z półek właśnie  "Psy z Rygi" i znów kilka jesiennych wieczorów spędziłam w mrocznym świecie zagadek kryminalnych rodem ze Szwecji. Jak widać, książki Mankella czytam kompletnie niechronologicznie wydarzenia opisane w "O krok" to druga połowa lat dziewięćdziesiątych, "Psy z Rygi" powstały kilka lat wcześniej w 1992 roku, a opisują rok 1991. 
Początek książki nie jest specjalnie zaskakujący, w mroźny zimowy dzień, dwóch przemytników zauważa dryfujący po morzu ponton z makabryczną zawartością trupów sztuk dwie. Policjanci z Ystadu mają za zadanie rozwiązać zagadkę dotyczącą pochodzenia ofiar, badania patologów wskazują, że nie są to Szwedzi tylko obywatele jednej z republik nadbałtyckich. Po ostatecznym ustaleniu narodowości zamordowanych rezydentów pontonu, Kurt Wallander otrzymuje wsparcie z Łotwy, doświadczonego majora policji Karlisa Liepę. W całą sprawę angażuje się również zupełnie nieoczekiwanie szwedzkie MSZ. Rozpoczyna się kolejne żmudne śledztwo prowadzone przez Wallandera, którego początek ma miejsce w Ystadt, a potem przenosi się do Łotwy.
W tej książce mamy zatem zestawione na zasadzie kontrastu dwa miasta Rygę i szwedzki Ystadt, mamy okazję przyjrzeć się dwum zupełnie odmiennym modelom życia po dwóch różnych stronach żelaznej kurtyny.
Autor przedstawił trudną sytuację polityczną i społeczną Łotwy w 1991 roku, kraju w którym obok rdzennych Łotyszy mieszka około 30% Rosjan. Zaraz po oderwaniu się tej nadbałtyckiej republiki od Związku Radzieckiego trudno było nakreślić nowy demokratyczny kierunek rozwoju państwa, w którym duża cześć decydentów nadal uważała, że Bóg zasiada na Kremlu. Opozycja demokratyczna ciągle była poddawana presji i próbom skompromitowania przez rozszalałe służby specjalne.
W "Psach z Rygi" poznajemy dokładniej życie prywatne głównego bohatera, jego trudną relację z ojcem - artystą oraz zaczątki jego związku z pewną łotewską wdową.
Jak dla mnie sporo jest niespójności w tej książce, kompletnie nie rozumiem w jakim celu głównego bohatera wysłano do Rygi, jak pokazały późniejsze wydarzenia nie miał przecież żadnego realnego wpływu na działania łotewskich śledczych. Trochę naciągana fabuła, w której jeden policjant z zachodu robi  porządki w zaprzyjaźnionym kraju. Przy całej sympatii dla Kurta Wallandera wydaje mi się, że  uwalnianie się spod wpływów Związku Radzieckiego mimo wszystko takie łatwe nie było.
Podoba mi się styl Henninga Mankella, a szczególnie sposób w jaki snuje swoje obserwacje społeczne.

Psy z Rygi
Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2006, 284 str.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Opisane wydarzenia mogły mieć miejsce, ale mogły również wyglądać całkiem inaczej. O krok. Henning Mankell.

Jesień w pełni, poranne przedzieranie się przez krakowskie mgły wpędza w dość ponury nastrój, sytuacji nie ratują nawet ciepłe popołudniowe spacery. I w takich warunkach atmosferycznych, do czytania wybrałam sobie książkę Henninga Mankella "O krok". Chyba nieświadomie postanowiłam się dobić, bo atmosfera książki wypisz, wymaluj i patrz wyżej, teraz znów mogę wrócić do pierwszego akapitu i przedzierania się przez mgłę, bo z tym właśnie kojarzy mi się ten kryminał. Od początku nic tu nie jest oczywiste, nie ma cudownego wychodzenia z grobowców głównych bohaterów, nie ma łatwych rozwiązań. I chyba właśnie na tym polega wyższość Mankella nad innymi autorami kryminałów.
Ale zacznijmy od początku, jest czerwiec, Szwedzi celebrują noc świętojańską, grupa młodych ludzi postanawia uczcić ten dzień w wyjątkowy sposób, przebiera się w stroje z epoki Bellmana i  udaje do rezerwatu. W  noc letniego przesilenia  trójka przyjaciół ginie od strzału w głowę, morderca ukrywa zwłoki, które policja odnajduje dopiero  po dwóch miesiącach. Kolejną ofiarą jest policjant z wydziału zabójstw, a jedyną poszlaką, która zdaje się prowadzić do mordercy tajemnicze zdjęcie. Początki śledztwa nie napawają optymizmem, wytężona praca grupy dochodzeniowej nie przynosi żadnych wymiernych efektów, z każdym dniem rośnie prawdopodobieństwo, że morderca uderzy ponownie.  
Głównym bohaterem książki jest Kurt Wallander, doświadczony policjant, oddany pracy i kompletnie nie dbający o zdrowie. Autor od początku nas nie oszczędza, znamy każdy szczegół z życia głównego bohatera, o której i gdzie pojechał, jakie pytania zadał świadkom, jakie uzyskał odpowiedzi,  śłedzimy jego tok myślenia, dowiadujemy się ile szklanek wody wypił, no i oczywiście ile razy w tym czasie się wysikał. Szwedzki obłęd? Raczej świadomy zamysł Henninga Mankella. Książka dzięki tym zabiegom sprawia wrażenie reportażu lub dokładnego sprawozdania policyjnego z poszukiwań mordercy.
"O krok" jest pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Henninga Mankella. Autor ukazuje w niej bardzo realny obraz pracy policji i ciekawą diagnozę społeczną Szwecji z połowy lat dziewięćdziesiątych. Polubiłam Kurta Wallandera i z przyjemnością  sięgnę po kolejne kryminały opowiadające o jego losach.



O krok
Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2006, 499 str.


poniedziałek, 31 października 2011

Trick or treat? Opowieści starego antykwariusza.

Dynie na wystawach sklepowych dumnie prezentują swoje pękate wdzięki i przypominają o pewnym święcie, które naszym rodakom mówi niewiele, bo i mówić nie powinno, to kompletnie nie nasza tradycja. Niezależnie od waszego stosunku do Halloween, proponuję 31 października spędzić w atmosferze strachu i grozy, który poza niezawodną paskudną pogodą za oknem, rozbudzą w nas ghost stories. Tak około północy, radzę sięgnąć po zbiór opowiadań  pod obiecującym tytułem "Opowieści starego antykwariusza".
Autor,  Montague Rhodes James urodził się pod koniec XIX wieku w hrabstwie Kent. Anglią władała  wówczas nieodżałowana królowa Wiktoria, ludzie żyli i umierali w mroku, rozjaśnianym tylko migotliwym blaskiem świec, gdyż elektryczność była dopiero w boskich planach na następne stulecie. 
Swoje dorosłe życie pisarz poświęcił nauce, był cenionym językoznawcą klasycznym. Autor zajmował się głównie swoją pracą naukową, a opowieści o duchach snuł tylko podczas spotkań towarzyskich przy blasku świec. "Opowieści starego antykwariusza" posiadają niezwykły klimat. Pisarz umieszcza swoje historie w miejscach, w których sam czuł się najlepiej i spędzał w nich najwięcej czasu. W gmachach starych uniwersytetów, w pełnych tajemniczych zakamarków bibliotekach, mieszkaniach starych profesorów, obszernych wiktoriańskich domach i parkach. Jeśli spodziewacie się, że z opowiadania wyskoczy na was zezowate zombie, to nie jest to książka dla was. Zjawy Jamesa są subtelniejsze, jak mawiał Lovecraft prędzej człowieka dotkną, aniżeli pozwolą się zobaczyć. 
Pozostaje mi życzyć miłej lektury i mieć nadzieję, że  nie spędzicie całej nocy na nasłuchiwaniu tajemniczych odgłosów dochodzących z każdego kąta waszego domostwa. Przed snem sprawdźcie, czy w okolicach domowej biblioteczki nie czai się jakaś tajemnicza przesyłka, może ktoś złośliwie poprzestawiał wasze książki. Najlepiej zostawcie zapalone światło w przedpokoju, z dzieciństwa pamiętam, że ono odpędzi każdego ducha:).

sobota, 29 października 2011

Najgroźniejszy jest ten, który nie ma już nic do stracenia. Kamieniarz. Camilla Läckberg.

Po przeczytaniu książek Stiega Larssona miałam ochotę na kolejne szwedzkie kryminały i chyba z uwagi na specyficzną symbolikę najbliższych dni  mój wybór padł na książkę zatytułowaną "Kamieniarz" autorstwa Camilli Läckberg.
Akcja powieści rozgrywa się w położonym na zachodnim wybrzeżu Szwecji miasteczku Fjällbaka  ( tam również przyszła na świat autorka książki Camilla Läckberg ). Pozorny spokój prowincjonalnego miasteczka burzy wyłowienie przez starego rybaka zwłok dziewczynki. Wezwani na miejsce policjanci szybko rozpoznają w dziecku Sarę, córkę młodego małżeństwa które niedawno zamieszkało w okolicy. Wszystkie okoliczności wskazują na nieszczęśliwy wypadek, jednak kolejne ekspertyzy jednoznacznie wskazują, że dziewczynka została zamordowana. Akcja książki przebiega dwutorowo, przyglądamy się śledztwu, poznajemy kolejnych przedstawicieli lokalnej społeczności po czym następują retrospekcje, które początkowo zdają się nie mieć żadnego związku z bieżącymi wydarzeniami. Cofamy się o kilkadziesiąt lat, aby poznać życie młodej kobiety - Agnes. To głównie dla odsłanianych kawałek po kawałku wspomnień Agnes, nie porzuciłam tej książki w trakcie czytania.
Zazwyczaj w wypadku zbrodni w miejscu, w którym wszyscy znają się od dziecka, pierwszy na liście podejrzanych jest człowiek najsłabszy, najczęściej osoba z deficytem intelektualnym, bądź w jakikolwiek inny sposób różniąca się od reszty mieszkańców. W "Kamieniarzu" jest nim chłopak z zespołem Aspergera, przy okazji jego wątku autorka przemyca do książki sporo informacji na temat tej choroby. W miarę rozkręcania się śledztwa w sprawie morderstwa Sary, z szaf zdawałoby się szanowanych mieszkańców Fjällbaki dość niespodziewanie zaczynają wypadać trupy, odsłaniane są ich patologiczne skłonności i głęboko skrywane, wstydliwe sekrety
Pierwsza połowa książki sprawiła, że miałam ochotę odłożyć ją nie dokończoną, zainteresowanie rozbudziło się we mnie dopiero pod koniec powieści. Policjanci bardzo powoli dochodzą nawet do najbardziej oczywistych wniosków, początek książki jest mocno przegadany i dłuży się niemiłosiernie. Atmosfera  powieści jest duszna i męcząca. Dowcipy wymieniane przez policjantów nie grzeszą błyskotliwością, dialogi są toporne, ale równie dobrze może to być wina tłumacza, a nie braków warsztatowych autorki. Książka ma mnóstwo mankamentów, które były dla mnie tak wyraźne chyba dlatego, że ostatnio czytałam kilka naprawdę dobrych powieści, a "Kamieniarz" na ich tle wypadł dosyć blado.
Zastanawiam się jakie są inne kryminały autorstwa Camilli Läckberg, jej nazwisko jest ostatnio mocno wyeksponowane na półkach księgarń. Ja na razie zamierzam omijać jej książki szerokim łukiem.



Camilla Läckberg

Kamieniarz
Camilla Läckberg
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2011, 533 str.



piątek, 28 października 2011

Stick them with the pointy end. A Dance with Dragons. George R. R. Martin.

"A Dance with Dragons" miał swoją światową premierę 12 lipca 2011 roku, w Polsce książka była dostępna na początku sierpnia. Przezornie zamówiłam książkę z początkiem lipca, a potem było...długie czekanie:). Każdego dnia sprawdzałam skrzynkę mailową czy mogę w końcu odebrać zamówienie. 
Autor Pieśni Lodu i Ognia jest w rewelacyjnej formie, a "Taniec ze Smokami" jest lekturą wciągającą, przy której zapomina się o całym świecie. Fantastykę w takim wydaniu wielbię od najmłodszych lat, od czasu kiedy wpadła w moje ręce "Córka czarownic" Doroty Terakowskiej, którą czytałam z otwartymi ustami, więc w dalszej części tego posta możecie się spodziewać kompletnie nieobiektywnych wyrazów zachwytu nad treścią i samym autorem.
Moja przygoda z Pieśnią Lodu i Ognia rozpoczęła się wczesną wiosną, kiedy spacerując po rodzinnym mieście natknęłam się na plakat promujący serial HBO "Gra o tron". Zakodowałam tytuł, żeby w domu móc poszukać informacji na temat książki, której filmową adaptację nakręcił kanał telewizyjny znany z bardzo dobrych seriali. Zasiadłam przed komputerem i znalazłam masę pozytywnych opinii, więc nie zastanawiając się długo zamówiłam "Grę o tron" ze śliczną  filmową okładką, z równie ślicznym Seanem Bean:). Tak oto weszłam w posiadanie pierwszego tomu i zanurzyłam się w przebogatym świecie Siedmiu Królestw. O kolejnych tomach, ich treści i podchodach związanych z ich zdobywaniem powstanie zapewne jeszcze niejeden post, gdyż jak już wspomniałam Pieśń Lodu i Ognia wryła się w moją pamięć i serce złotymi literami. Potem nastąpiły długie tygodnie podczas których czytałam z wypiekami na twarzy kolejne opasłe tomiszcza. I tutaj pozwólcie, ze płynnie przejdę do letnich miesięcy zaraz po zdobyciu ostatniego tomu sagi Martina.
"A Dance with Dragons" w oryginalnym anglojęzycznym wydaniu jest książką, która spokojnie może stać się narzędziem zbrodni. Spuszczenie jej komuś na głowę z okna ostatecznie załatwiłoby sąsiedzkie animozje, powodując śmierć na miejscu:). Ja jako człowiek łagodny z natury proponuję jakieś bardziej pokojowe wykorzystanie po zaznajomieniu się z treścią np. do ćwiczeń fizycznych jako hantelek:). Czytając ogromne, ale piękne anglojęzyczne wydanie zastanawiałam się dlaczego polscy wydawcy, mówiąc kolokwialnie "dziadują" i takie fajne książki, które chętnie pożyczamy sobie nawzajem i wracamy do nich wielokrotnie wydają w tak nędznej oprawie jak poprzednie tomy od "Starcia królów" do "Uczty dla wron," dla zwielokrotnienia zysków zapewne:(. Ciekawa jestem polskiego wydania "Tańca ze smokami," które już w listopadzie i pewnie niejeden mol książkowy znajdzie je pod choinką. Wracając do treści, już dawno nie czytałam książek w języku innym aniżeli polski, ale bardzo się cieszę, że wrodzona niecierpliwość kazała mi sięgnąć po wersję najszybciej dostępną, czyli anglojęzyczną, bo czytało mi się bez większych trudności, a George R. R. Martin w oryginale to naprawdę niezwykła uczta:). Nieodżałowany nieobecny w poprzednim tomie wraca zdrowy, nie mogę napisać cały, bo w wersji bez nosa, chodzi mi oczywiście o Tyriona Lannistera. Krasnal jest w początkowo w kiepskiej formie, ale z rozdziału na rozdział mocno się rozkręca, a jego zabawne teksty są mocną stroną książki. Dowiadujemy się jak daje sobie radę Arya Stark. Powraca również królowa Daenerys, jej smoki dorastają, stają się żywą legendą po dwóch stronach morza. I pomyśleć, że w Pieśni Lodu i Ognia miało nie być smoków, książka na pewno dużo by straciła. Królowa Daenerys dojrzewa, podejmuje trudne decyzje, kieruje się rozumem i dobrem swoich poddanych. Na Murze Jon Snow mierzy się z odpowiedzialnością jaką na jego barki złożyli Bracia z Nocnej Straży, obecność króla Stannisa oraz Melisandre utrudnia mu i tak ciężką sytuację, atmosfera wokół niego gęstnieje, Jon ma coraz więcej wrogów. Dodatkowo dowiaduje się, że jedna z jego sióstr narażona jest na niebezpieczeństwo i staje przed dylematem, jak jej pomóc i czy ma prawo angażować się w sprawy rodzinne, które nie powinny go dotyczyć odkąd przywdział czerń. Rozwija się wątek Theona Greyjoya, człowieka złamanego, bezkrytycznie wykonującego polecenia swoich oprawców. Biały kruk obwieszcza początek zimy, warunki życiowe stają się coraz trudniejsze, szczególnie na północy. Nad Winterfell nie powiewa już sztandar z  wilkorem, ród Starków zdaje się być zgubionym na wieki. Lordowie Siedmiu Królestw skaczą sobie do gardeł nie zdając sobie sprawy z tego, że prawdziwy wróg czai się za Murem, a nadchodząca zima przyniesie nie tylko głód i śmierć, ale również bliżej nieokreślone, nadprzyrodzone niebezpieczeństwo, z którego istnienia póki co wydają się zdawać sobie sprawę jedynie zahartowani ludzie północy. Autor prowadzi historię w sobie tylko wiadomym kierunku, ale robi to z niezwykłym wyczuciem i talentem do tworzenia barwnych postaci, nie boi się przy tym uśmiercać i okaleczać kolejnych bohaterów, dzięki czemu stworzył niepowtarzalną, niebanalną historię. Poza tym opowieści Starej Niani, Inni, Dzieci Lasu, czyli wszystko to, co zachwycało w tomach poprzednich i budowało  ponury i niezwykły nastrój powieści.
George R. R. Martin w jednym z wywiadów zapewnia, że w styczniu 2012 roku zakończy kilka projektów, w które jest zaangażowany i zasiądzie do pisania części szóstej "The Winds of Winter" , która powinna ukazać się do 2014 roku. Nie będę komentować poprzedzającej to zdanie informacji, napiszę tylko, że trochę długo, a w planach jeszcze tom ostatni "The Dream of Spring":). Jeżeli dobrze radzicie sobie z językiem angielskim to polecam wydanie oryginalne, jest ogromne, ale piękne.



A Dance with Dragons
George R. R. Martin
Wydawnictwo HARPER Voyager
 Londyn 2011, 1016 str.

czwartek, 27 października 2011

Armageddon was yesterday, today we have a serious problem.*

Filmowa adaptacja trylogii Millenium jest dziełem dwóch szwedzkich reżyserów ( Niels Arden Oplev oraz Daniel Alfredson ). Film, a w zasadzie sześcioodcinkowy serial powstał w 2009 roku. Głównych bohaterów zagrali Noomi Rapace i Mikael Nyqvist. Obsada filmu jest naprawdę dobra moją uwagę zwrócili jeszcze aktorzy grający Sonię Modig, Plague'a, Bublanskiego, Figuerolę i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność:). Nie było chyba postaci która rażąco odbiegałby od obrazu poszczególnych bohaterów jaki sama stworzyłam w swojej głowie czytając książkę. Najbardziej podobała mi się część pierwsza "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", druga nieco mniej, ale w sumie trzymała niezły poziom. "Zamek z piasku..." miał chyba najwięcej zgrzytów i sporo zmian w stosunku do oryginału książki. Film ma nieco mniej wątków, ale twórcom udało się oddać specyficzny, mroczny klimat sagi i stworzyć świetny film kryminalny. Prezentowany w Millenium świat jest pełen realizmu, sporo jest scen brutalnych i odpychających, kiedy główny bohater walczy o życie to nie w plastikowej scenie i z nie najlepszej jakości makijażem na twarzy, te walki, krew i brud są bardzo realistyczne. Chyba tylko Szwedzi potrafią nagrać taki mocny obraz.
Rzadko zdarza się żeby film podobał mi się równie mocno jak pierwowzór literacki, a  tak było z częścią pierwszą "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Lojalnie uprzedzam, że poszczególne części Millenium zbierały bardzo różne oceny i recenzje, często niezbyt pochlebne, więc mogę należeć do nielicznego grona fanów:). Film oglądałam oczywiście dopiero po przeczytaniu książek, żeby nie psuć sobie przyjemności powolnego odkrywania tajemnic zawartych w treści. Z przyjemnością wrócę jeszcze niejednokrotnie do  wszystkich części serialu, głównie dzięki fenomenalnej grze aktorów. Mikael Nyqvist z tego co pamiętam grał w jeszcze jednym filmie, który spokojnie mogę polecić "Kobieta, która pragnęła mężczyzny" ( gra tam również Marcin Dorociński i Olga Bołądź ).


Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. reż. Niels Arden Oplev
Dziewczyna, która igrała z ogniem. reż. Daniel Alfredson 
Zamek z piasku, który runął. reż. Daniel Alfredson

*Pamiętacie ten napis na koszulce Lisbeth?

niedziela, 23 października 2011

Hacker Republic. Zamek z piasku, który runął.

"Zamek z piasku, który runął" to bezpośrednia kontynuacja dramatycznych wydarzeń wieńczących tom poprzedni. Lisbeth zostaje przewieziona do szpitala, gdzie zaskakująco szybko dochodzi do siebie. Jednak to nie  koniec kłopotów głównej bohaterki. Trzeci tom pokazuje zmagania Lisbeth z dużo groźniejszym przeciwnikiem jakim jest system, który zepchnął ją na margines społeczeństwa i uzależnił od bezwzględności służb specjalnych i będących na ich usługach psychiatrów i kuratorów, którzy z definicji powinni działać na jej korzyść. Tom trzeci pokazuje walkę nielicznego grona przyjaciół i znajomych o uniewinnienie i przywrócenie społeczeństwu Lisbeth Salander. 
Na tle poprzednich części ten tom wyróżnia mocne zaangażowanie społeczne poruszanych tematów, znów mocno podkreślony jest sprzeciw autora wobec mężczyzn stosujących przemoc wobec kobiet. W książce mamy całą masę good and bad guys:  policjantów, przedstawicieli służb specjalnych, prokuratorów - karierowiczów, w zasadzie cały przekrój szwedzkiego społeczeństwa, bardzo przekonujących i pełnokrwistych postaci.  W ostatniej powieści Stiega Larssona zawarta jest spora dawka informacji o ustroju Szwecji, fikcja przeplata się z faktami, mamy wzmianki o zabójstwie Olofa Palmego, aferze Ebbe Carlssona, amerykańskiej grupie Angletona. Interesuję się historią oraz polityką, więc nie mogłam na te fragmenty nie zwrócić uwagi. Szwecja ma chyba najbardziej przejrzysty system polityczny i najmocniej wspierający swoich obywateli, ale sytuacje w których jednostka zmuszona jest walczyć z tym misternie zbudowanym porządkiem o przetrwanie może zdarzyć się w każdym państwie.
Do przeczytania całej sagi Millenium gorąco zachęcam. I  trochę smutno, że to już naprawdę koniec...

Zamek z piasku, który runął.
Stieg Larsson
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2011, 784 str.

czwartek, 20 października 2011

Hrabina w kaloszach. Elizabeth i jej ogród. Elizabeth von Arnim.

Pogoda za oknem nie zachęca do przebywania w ogrodach, na balkonach czy działkach. Od rana leje niemiłosiernie i jest koszmarnie zimno, więc trochę na przekór nieciekawej aurze zapraszam was dzisiaj na spacer po ukochanym ogrodzie niezwykłej kobiety - hrabiny Elizabeth von Arnim. 
Na  powieść "Elizabeth i jej ogród" zwróciłam uwagę będąc na ulubionym stoisku z książkami, początkowo  nie skusiłam się na jej zakup, dopiero po sprawdzeniu opinii na jej temat przyniosłam ją do domu kilka tygodni później. Książka jest niewielka, pięknie wydana, stylizowana na stare wiktoriańskie powieści. Co mnie bardzo ucieszyło,  jest w niej kilka zdjęć dworu von Arnimów w Nassenheide, z jednego z nich uśmiechają się do nas Kwietniowe, Majowe i Czerwcowe - dzieci Elizabeth. Dzisiaj w Rzędzinach zachowały się jedynie szkoła i park, dwór i ogród nie przetrwały zawieruch historii.
Elizabeth, młoda żona hrabiego von Arnim, który w książce tytułowany jest częściej mianem Gniewnego, aniżeli hrabiego (co daje nam pojęcie o relacjach panujących w ich małżeństwie), przybywa do dworu w 1896 roku. Jest wiosna, autorka wyrusza na spacer do ogrodów okalających posiadłość i znajduje nowy cel w życiu. Cała powieść to hołd złożony wiejskiemu życiu i ogrodowi w Rzędzinach, razem z autorką metodą prób i błędów uczymy się ogrodnictwa, zatrudniamy kolejnych ogrodników, czasem zdarza nam się na nich narzekać, przyjmujemy gości z umiarkowaną radością, a żegnamy ich z ogromnym entuzjazmem (na usprawiedliwienie autorki dodam, ze wizyty gości w tamtych czasach trwały długie tygodnie, więc nawet najbardziej towarzyskiej z osób mogłoby braknąć cierpliwości:). Stajemy się częścią życia i ogrodu autorki, siedzimy z nią w cieniu wiązu latem obserwując piękno natury i bawiące się dzieci, pięknie nazywane przez hrabinę Kwietniowym, Majowym i Czerwcowym. Autorka była kobietą wyprzedzającą swoje czasy, miała ogromną odwagę, żeby rozwieść się ze swoim mężem i podążyć za marzeniem o pisaniu książek. Elizabeth von Arnim jest również autorką książki "Zaczarowany kwiecień", którą mam ochotę przeczytać, jednak póki co nie miałam okazji. Ogromnie polubiłam główną bohaterkę, z wielką przyjemnością czytałam o jej życiu codziennym, a już opowieść o bibliotece, w której Elizabeth spędzała zimowe wieczory musi urzec każdego miłośnika książek Z autorką dzieli mnie jeszcze jedno, sama jestem również właścicielką dużego ogrodu i sadu, co prawda na co dzień dzieli mnie od niego wiele kilometrów i swojej pasji ogrodnictwa mogę oddawać się rzadziej, niż bym chciała. Za to balkon miejskiego mieszkania od zawsze tonie w kwiatach i jest taką namiastką ogrodu z prawdziwego zdarzenia. Teraz w moim ogrodzie kwitną jeszcze ostatnie jesienne róże, reszta roślin powoli szykuje się do zimowego snu. Z książką "Elizabeth i jej ogród" kojarzy mi się zapach lilii, hitu tegorocznego lata w moim ogrodzie:).

 

środa, 19 października 2011

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Październik upływa mi na czytaniu skandynawskich kryminałów. Pierwszą część sagi Millenium czytałam jeszcze podczas wakacji we wrześniu, z początkiem jesieni przeczytałam tom drugi, teraz jestem w trakcie tomu ostatniego. Książka „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” jest świetnie napisanym kryminałem, główni bohaterowie cyklu to Lisbeth Salander i Mikael Blomqvist. Lisbeth to genialna resercherka, a Blomqvist jest dziennikarzem gospodarczym. W pierwszym tomie Mikael usiłuje rozwikłać tajemnicę zaginięcia 16 letniej Harriet Vanger. To niełatwe zadanie zleca głównemu bohaterowi najstarszy przedstawiciel rodu Vangerów, od kilkudziesięciu lat ogarnięty obsesją szukania informacji na temat prawdopodobnego morderstwa ukochanej bratanicy, podsycaną przez wysyłane każdego roku w dniu urodzin seniora rodu tajemnicze prezenty. W czasie kiedy dokonano porwania nastolatki wyspa, którą zamieszkuje ród Vangerów była odizolowana od reszty świata, tym samym mamy ograniczoną liczbę podejrzanych, pierwszy tom jest więc tajemnicą zamkniętej wyspy. 
W powieści zdecydowanie podobał mi się mroźny, leniwy klimat szwedzkiego miasteczka, domek gościnny (który zamieszkuje Kalle-detektyw),  którego dokładną topografię chcemy, czy nie poznajemy dzięki dokładności autora. Swoją drogą ciekawe, że większość skandynawskich pisarzy umieszcza w swoich książkach takie wręcz inwentaryzacyjne spisy zakupów, mebli, o ilości wypitej przez głównych bohaterów filiżanek kawy nie wspomnę. Mnie ta dokładność nie przeszkadzała, lubię takie zmienne tempo i niespieszne prowadzenie historii. W książce przewija się temat przemocy wobec kobiet ujęty w liczby i statystyki, co jest rewelacyjnym posunięciem autora. Przekładając kolejne strony znajdujemy się w redakcji Millenium, na szwedzkiej prowincji, w rodzinnym koncernie Vangerów. W tekst wpleciono mnóstwo anglojęzycznych zwrotów związanych z gospodarką, typowych dla pracy dziennikarzy, może to irytować, ja lubię z książki dowiedzieć się czegoś nowego. Ciekawy wątek stanowi również opisanie stosunku rodziny Vangerów do ideologii nazistowskiej, widać, że autor był zdecydowanym przeciwnikiem nazizmu, co było zasługą dziadka, u którego Stieg Larsson wychowywał się przez pierwsze 9 lat swojego życia. Historię związku poszczególnych Vangerów z nazistami autor oparł najprawdopodobniej na zupełnie realnych wydarzeniach, inspirację stanowiła tu zapewne afera z udziałem właściciela Ikei Ingvara Kamprada, który również był podejrzewany o sprzyjanie nazistom. Lubię szukać takich powiązań pomiędzy fikcją i realnymi wydarzeniami, tym bardziej podobała mi się ta książka.
Na temat sagi Millenium napisano już setki postów, artykułów i recenzji, w większości bardzo pozytywnych. Cóż mogę dodać, książka Larssona jest niezwykle wciągająca, wielowątkowa, ale bardzo spójna zarazem. Proponuję rozpocząć czytanie w weekend, zrobić w domu zapas mocnej kawy, bo szczególnie od tomu drugiego ciężko się oderwać, kilka nieprzespanych nocy gwarantowanych:).

wtorek, 18 października 2011

Ludzie zawsze mają swoje tajemnice. Chodzi tylko o to, żeby je odgadnąć.

Cytat pochodzi z pierwszego tomu Millenium, ale doskonale pasuje do podsumowania treści części drugiej zatytułowanej "Dziewczyna, która igrała z ogniem." O ile "Mężczyzn..." czytało mi się leniwie i niespiesznie w wakacyjnym słońcu o tyle od tomu drugiego oderwać się nie mogłam. Do czytania zabrałam się zaraz po przyniesieniu przesyłki z poczty do domu i po kilku wieczorach i jednej zarwanej nocy skończyłam, kolejny dzień wspominam jak przez mgłę jakoś nie byłam w stanie się dobudzić. W tomie drugim poznajemy dokładniej losy Lisbeth Salander, odkrywamy jedną po drugiej głęboko skrywane tajemnice głównej bohaterki. Mikael Blomqvist i redakcja Millenium znów na tropie, tym razem afera dotyczy znanych nazwisk świata polityki, tajnych służb, policji i dziennikarstwa. Lisbeth wraca do Sztokholmu i pakuje się w oko cyklonu, jest podejrzana o poważne przestępstwo. W powieści rośnie napięcie, autor dozuje nam informacje o postępach w śledztwie i buduje niezwykły kryminał. Chyba nie będę oryginalna jeśli powiem, że drobniutka  Lisbeth Salander ze swoimi niezwykłymi talentami to moja ulubiona bohaterka, uważam, że jest najmocniejszą stroną  Millenium. Dużym minusem książki było tłumaczenie, polski wydawca funduje nam w tekście sporo byków składniowych, które sprawiają, że człowiek czyta sobie spokojnie i nagle trafia na zdanie, które kompletnie nie trzyma się kupy, sporo jest niestety takich wrzutek. Zastanawiam się co nie zagrało, zarówno za korektę i tłumaczenie w poszczególnych częściach odpowiadają zupełnie inne osoby, tłumacz tomu drugiego to zdecydowanie najsłabsze ogniwo. Sięgnąć po tę książkę warto już choćby po to żeby dowiedzieć się co dokładnie i w jakim kolorze kupiła Lisbeth Salander w Ikei:).

poniedziałek, 17 października 2011

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.

Witam na swoim blogu. Nie twierdzę, że pisać nie potrafię, ale nie wydaje mi się żebym pisała szczególnie dobrze, a więc lokuję się tak w połowie powyższego cytatu. Ja po prostu lubię pisać, a jeszcze bardziej czytać. Każdy kolejny post będzie więc nową opowieścią o książkach. Zapraszam serdecznie w moje skromne progi…