wtorek, 18 grudnia 2012

Jesień na regale z książkami.

Od czasu mojej ostatniej blogowej aktywności niepostrzeżenie zmieniła się jesienna szaruga w mroźną zimę, Mikołaj odrobił pańszczyznę 6 grudnia, minęło kilka tygodni wypełnionych adwentowym odliczaniem i świątecznymi przygotowaniami. Śnieg zdążył już stopnieć i pewnie znajduje się gdzieś w połowie drogi do Bałtyku, więc wyspa książek nadaje dzisiaj nie z romantycznie zasypanej śniegiem chatki, tylko z burawego, niewyraźnego Krakowa. Tym lepiej dla wyspy, bo otoczona jesienną aurą, nie powinnam mieć problemów z przypomnieniem sobie, o jakie nowości uzupełniłam swoje regały podczas jesiennych miesięcy.
Jesienią kupiłam do swojego księgozbioru dwie książki. Pierwsza nowość to "Zima w Siedlisku" Janusza Majewskiego zakupiona spontanicznie i szybko pochłonięta, jakoś dotąd nie znalazłam jednak czasu na napisanie na jej temat kilku słów na wyspie książek, ale wieczory bardzo długie ostatnio, plucha nie zachęca do spacerów, więc może już wkrótce będę nieco aktywniejsza blogowo. O drugiej książce zakupionej jesienią już zdążyłam napisać o tutaj.
Przed listopadowym świętem dostałam w prezencie stosik historycznych czasopism i to właśnie ich czytanie zajmowało mnie ostatnio. Już zdążyłam zapomnieć, ile frajdy sprawia mi czytanie artykułów i książek historycznych, a że sporo w "Uważam Rze. Historia." interesujących rekomendacji książek, na pewno część z nich postaram się odnaleźć w bibliotece. Zwłaszcza na przeczytanie wspomnień z lat 30 - tych żony ministra spraw zagranicznych Józefa Becka - Jadwigi Beck mam wielką ochotę.
To skromne podsumowanie jesieni blogowej jest również próbą powrotu do pisania postów po dość długiej przerwie. Postaram się pisywać częściej, zwłaszcza, że próbuję założyć profil facebookowy wyspy książek, ale na razie przegrywam w nierównym starciu z techniką:). Teraz wracam do szorowania regałów i półek z książkami na świąteczny błysk:), a Wam spokojnej nocy życzę:).

piątek, 30 listopada 2012

Ostatecznie, każdy z nas musiał kiedyś przejść przez to piekło zwane młodością. Szósta klepka. Małgorzata Musierowicz.


Pierwszy tom cyklu Jeżycjada polubić można już za samo mocne otwarcie, czyli pożar, którego sprawca ma li i jedynie sześć lat i któregoś zimnego, grudniowego poranka postanawia pobawić się w Nerona, wybierając w tym celu najmniej chlubny, a najlepiej znany epizod dziejów cesarza - podpalenie Rzymu. Zatem w początkach powieści Małgorzaty Musierowicz płonie balkon Żaczków. Zaraz potem, wkracza na scenę zaspana i zakompleksiona główna bohaterka Cesia Żak. Pomstując na życie, które przyjdzie jej spędzić samotnie, wyprawia się szesnastoletnia uczennica do liceum. Celestyna jeszcze nie wie, że już zdążyła rzucić urok na ponurego Jurka Hajduka, który każdego ranka czeka pod kioskiem Ruchu na możliwość ujrzenia swojej wybranki. Rodzinę Żaczków, mieszkańców pełnego uroku żółtego domu z wieżą, tworzą poza Cesią i Bobciem - podpalaczem: piękna, ciemnowłosa Julia - siostra Celestyny, rodzice dziewcząt, zaczytany dziadek i Wiesia - rozwiedziona mama Bobcia, przynajmniej początkowo, z czasem mieszkańców tego ciepłego domu znacząco przybywa.
Dziadek Żak, emerytowany inżynier nadrabia zaległości czytelnicze z całego życia wypożyczając kolejno dzieła polskich i zagranicznych klasyków. Mama Żakowa jest rzeźbiarką, stąd kąty mieszkania zasłane są glinianymi pozostałościami jej pracy twórczej, dom wypełnia artystyczny nieład również za sprawą drugiej w domu artystki Julii, studentki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Jak to w domu w którym dorastające córki przeżywają pierwsze miłości, mieszkanie Żaczków jest mocno zakurzone, tętni życiem i hałasem, a w kuchni przypalają się kolejne potrawy. Poza sympatycznymi mieszkańcami to właśnie dom z wieżyczką tworzy niepowtarzalną atmosferę "Szóstej klepki":
Trzon mieszkania stanowił długi, wąski korytarz bez okien, z którego liczne powikłane odnogi prowadziły do różnych dziwacznych pomieszczeń, między innymi: dwóch pokoi, dwóch pokoików, kuchni, łazienki, kilku skrytek niewiadomego przeznaczenia, spiżarni i pralni. W jednej ze skrytek znajdowały się drzwiczki, za którymi upiorne schodki wiodły wysoko na strych, a ze strychu na wieżyczkę z umocowanym na czubku blaszanym kogutkiem. [...] W samym wnętrzu było przeraźliwie zimno, niemiło i absolutnie niezachęcająco.
W starej wieżyczce urządza sobie pokój do nauki Cesia, zaangażowana przez profesora Dmuchawca do pomocy koleżance Dance, która skupiając się na analizie swojego życia wewnętrznego, nie pozostawia sobie sił i chęci na poszerzanie wiedzy. W wieżyczce ukrywają się nastolatki przed swoimi problemami, uczą się, czytają i słuchają muzyki. Od przeczytania "Szóstej klepki" marzyła mi się taka wieżyczka na własność:):
Wszystko wskazywało na to, że trzeba się urządzić na wieży. Po uzyskaniu zgody mamy, pewnego popołudnia przyjaciółki zataszczyły na wieżę piecyk elektryczny, materac dmuchany, koce, lampę, adapter "Mister Hit", stos płyt, garnek, grzałkę do wody, paczkę herbaty, cukier, łyżeczki, kubki - no i, oczywiście, książki i zeszyty. Urządzanie wieżyczki było zajęciem rozkosznym i pochłonęło Cesię i Dankę do tego stopnia, że dopiero na drugi dzień przypomniały sobie, w jakim celu właściwie izolują się od świata. Zainaugurowały wspólną naukę, doprowadzając prąd z kontaktu w spiżarni i przesłuchując cały longplay Maryli Rodowicz.
Pierwsze tomy "Szóstą klepkę", "Kłamczuchę", "Kwiat kalafiora", "Opium w rosole" uważam, chyba nie tylko ja, za najbardziej udane części Jeżycjady i właśnie od nich proponuję rozpocząć znajomość z całą serią. Hałaśliwych Żaków nie sposób nie polubić, a popisy Bobcia doskonale poprawiają humor czytelnikowi. Muszę w końcu uzupełnić o "Szóstą klepkę" swój księgozbiór, powieść Małgorzaty Musierowicz umieszczę w dziale podręcznym jesienno-zimowych pocieszaczy, z uwagi na ogrom pozytywnych emocji, które emanują z życia i domu Żaków:).

Szósta klepka. ( 10 grudnia 1975 - Wielkanoc 1976 )
Małgorzata Musierowicz 
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1987, 191 str.

sobota, 24 listopada 2012

Prawda i rozwiązanie mogą się kryć pod z pozoru niedostrzegalną kombinacją szczegółów. Morderca bez twarzy. Henning Mankell.


Lubię historie kryminalne osadzone w zimowych realiach, zaśnieżonych pejzażach, z zawodzącym w tle wichrem i płatkami śniegu. Zimowe warunki atmosferyczne utrudniają rozwiązanie zagadek kryminalnych i głównym bohaterom życie. Taką mroźną aurę odnalazłam ostatnio w "Mordercy bez twarzy", pierwszym tomie opowieści o policjancie z Ystadt - Kurcie Wallanderze.
W nocy z piątku na sobotę, 27 stycznia, od południa rozpętała się gwałtowna burza śnieżna. Po paru godzinach E14 została kompletnie zablokowana. Śnieg sypał nieprzerwanie przez sześć godzin. Porywisty wiatr czynił pracę pługów śnieżnych całkowicie bezsensowną. Z taką samą szybkością, z jaką pługi odgarniały śnieg z drogi, wiatr usypywał nowe zaspy.
W sennej wiosce Lenarp zamordowana zostaje para staruszków. Okrucieństwo z jakim morderca dokonał zbrodni, wstrząsa nawet doświadczonymi funkcjonariuszami skańskiej policji. Jedna z ofiar przed śmiercią zdąży wyszeptać słowo: "zagraniczny", które wyciekając do mediów, narobi sporo zamieszania w spokojnej Skanii, budząc rasistowskie demony i rozpoczynając debatę o zbyt liberalnej polityce imigracyjnej Szwecji. Wątek żmudnego, wielomiesięcznego śledztwa uzupełnia historia życia czterdziestoletniego Wallandera, opuszczonego przez żonę, nie potrafiącego nawiązać kontaktu z córką i ojcem.
Po twórczość Henninga Mankella sięgam bez większego wahania, kiedy mam ochotę na skandynawski kryminał i zazwyczaj jest to strzał w dziesiątkę. Książki o Kurcie Wallanderze to bardzo realistyczne kryminały policyjne, odsłaniające przed laikiem kulisy pracy policji: powolne ustalanie faktów, niekończące się przesłuchania oraz ogrom zaangażowania grupy dochodzeniowej, która na czas trwania śledztwa, niemal rezygnuje z życia prywatnego. Cenię u Henninga Mankella niezwykłą umiejętność przystępnego przedstawiania diagnozy społecznej Szwecji z początków lat dziewięćdziesiątych, to dzięki tym fragmentom czytelnik nie czuje się zagubiony zgłębiając losy śledztwa, zachowania policji i mieszkańców szwedzkiej prowincji, ich stosunek do imigrantów również nie szokuje, dzięki dyskretnemu wprowadzeniu do tematu autora. Jednak ten smutny realizm, ucieczki w alkohol, rozstrojenie głównego bohatera, nie tworzą powieści "ku pokrzepieniu" na listopadowe wieczory, wręcz przeciwnie, po lekturze nawet mgła za oknem przytłacza człowieka dwa razy bardziej. Dlatego polecam lekturę "Mordercy bez twarzy" w nieco przyjemniejszych okolicznościach przyrody, kiedy jesień pokazuje nieco przyjaźniejsze oblicze:).

Morderca bez twarzy. ( Mördare utan ansikte. 1991 )
Henning Mankell
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2006, 301 str.
Psy z Rygi.
O krok. 

czwartek, 22 listopada 2012

Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Liebster Blog.


Zostałam wytypowana przez Missy, autorkę bloga "Wieczór z książką" do zabawy "Liebster blog", Missy zadała mi 11 pytań dotyczących jednego z najbardziej lubianych przeze mnie zajęć...czytania.
1. Książka papierowa czy e-book?
Papierowa, bo lubię mieć ulubione książki w namacalnym wydaniu na regale i dlatego, że korzystam ze zbiorów bibliotek, a tam póki co dostępne są tylko papierowe książki. Ale myśl o zakupie czytnika towarzyszy mi coraz częściej, sporej ilości książek jednokrotnego czytania nie mam potrzeby gromadzenia w domu, wystarczyłyby mi w wersji elektronicznej.
2. Ulubiona książka w dzieciństwie i teraz? 
Oj, przy mojej wielkiej miłości do książek dla dzieci i młodzieży ciężko mi wybrać jeden tytuł:)...więc wybiorę dwa: "Dzieci z Bullerbyn", bo wracam ciągle z tą samą radością do obrazków i do wspomnień sielskiego dzieciństwa częściowo spędzonego na wsi oraz "Córka czarownic" Doroty Terakowskiej, książka którą czytałam dawno temu i strasznie mi się podobała, jako dziecku, muszę w końcu kupić własny egzemplarz, aby przeczytać ją ponownie i sprawdzić, czy nadal wzbudza we mnie takie gorące emocje i wypieki na twarzy. Z dorosłych tytułów "Jane Eyre" za to, że zawiera dużo z tego, co jak dla mnie tworzy książkę idealną: tajemnica, niezwykły klimat, groza i narastające napięcie przejawiające się nawet w opisach przyrody, szkolne i pensjonarskie wątki, zamiłowanie do książek i nauki głównej bohaterki, obrazki życia na prowincji i starą rezydencję Thornfield Hall:), no i wspomnienia związane z czytaniem tej powieści też mam niezwykłe, o czym pisałam w poście o "Jane Eyre".
3. Co lubisz czytać przed snem?  
Najwięcej czytam właśnie przed snem i sięgam wtedy po to, co aktualnie mam "w czytaniu", nie mam wytypowanych tytułów, które pomagają mi zasnąć, bo każda nawet szalona opowieść odpręża i wycisza mój umysł przed snem, chyba, że jest na tyle wciągająca, że czytam aż do pieczenia oczu i kradnę przez nią godziny przeznaczone na sen, co bardzo często się zdarza, wtedy o poranku próbując utrzymać się w pozycji pionowej przeklinam i książkę, i autora, i własną lekkomyślność i obiecuję sobie, że koniec z czytaniem przed snem, ale to takie czcze pogróżki:P.
4. Książka idealna do czytania podczas Bożego Narodzenia to...? 
Po mistrzowsku świąteczne napięcie stopniuje "Opowieść wigilijna" Karola Dickensa. Ciekawą, a chyba nieznaną zbyt powszechnie książką świąteczną są "Skarby śniegu" Patricii St. John. Dobrym pomysłem na świąteczne czytanie jest też ucieczka w fantastykę w zimowym wydaniu: "Gra o tron", albo "Córka czarownic" sprawdziłyby się podczas magicznych, świątecznych wieczorów przy choince. Również książki z bardzo zimową aurą polecam na nasze niekoniecznie bajkowo białe święta, bo jak wiadomo u nas wtedy ocieplenie, temperatura w plusie i ogólna rozbieżność z telewizyjnymi reklamami przykrytymi czapą ze śniegu. Takie niedostatki śnieżne doskonale nadrobić można dzięki "Długiej zimie" Laury Ingalls Wilder, ale ta rekomendacja jest średnio sprawdzalna, bo nasze wydawnictwa zapomniały o małym domku na prerii jakąś dekadę, dwie temu i książka poza biblioteką niedostępna dla gawiedzi.
5. Podczas czytania herbata czy kawa? 
Kawa do czytania tylko jeśli szoruję nosem po podłodze ze zmęczenia, częściej aromatyczna herbata, z miodem z pasieki sąsiada, sokiem z własnych malin, czasem czarna i mocna, czasem zielona.
6. Jeśli miałabyś okazję odwiedzić bohatera książkowego lub wybrać się z wizytą do książkowej krainy to był by to...?
Pewnie odwiedziłabym jakąś sielską wioskę: Bullerbyn, Zielone Wzgórze, Złoty Brzeg, albo Srebrny Gaj, stare domy z duszą, pachnące ciastem, wypełnione miłością, ze skrzypiącymi schodami, zakurzonym strychem, wilgotną piwnicą zapełnioną zapasami robionymi pracowicie latem i jesienią, z gorącymi piecami, albo ogniem wesoło strzelającym na kominku i rodzinny cmentarzyk w Srebrnym Gaju chciałabym zobaczyć. Na chwilę wybrałabym się też do wiktoriańskiej posiadłości Thornfield Hall.
7. Wymarzona książka pod choinkę to...? 
W roku ubiegłym dostałam "Skrzaty" i przyznam, że ucieszyłam się jak dziecko z tej pięknie wydanej książki, w tym roku poprzeczka zawieszona jest wysoko, bo nie znam innego tytułu w porównywalnie pięknej oprawie graficznej i z baśniowym  klimatem, a może ktoś mi coś w tym temacie podpowie? Może poproszę Mikołaja o nowy tom Jeżycjady i kilka starych, pierwszych tomów, albo o "Dom" zilustrowany przez Roberto Innocentiego, jakoś nigdy nie mogę się zdecydować co do świątecznych zakupów podchoinkowych:).
8. Książka która nigdy Ci się nie znudzi to...?
Nigdy nie znudzą mi się wszystkie tomy "Ani z Zielonego Wzgórza", Jeżycjada, "Pat ze Srebrnego Gaju", "Domek na prerii", książki Astrid Lindgren, książki J.R.R. Tolkiena, wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i moje książki historyczne ze starymi podręcznikami na czele:). Mogę tak długo jeszcze wymieniać, ale może już wystarczy:P.
9. Zakładka czy to co pod ręką...?
Moimi zakładkami są pocztówki, teraz wyciągnęłam świąteczne, zwłaszcza jedną z fotelem przy kominku eksploatuję najczęściej.
10. Książki w starym czy nowym wydaniu? 
Lubię zapach nowych, świeżo wydanych książek, bo twierdzę podobnie jak Lisa z "Dzieci z Bullerbyn", że:
Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać.
Z bibliotecznych regałów wyławiam natomiast biblioteczne starowinki, mam obecnie w domu bardzo smakowite wydanie "Szóstej klepki" Małgorzaty Musierowicz, z pożółkłymi stronami, w twardej, starej oprawie i pachnące biblioteką:). Ja po prostu lubię wszystkie książki:).
11. Jeśli miałabyś wybrać to horror, romans czy książka historyczna?
Książka historyczna, ale może być ostatecznie romans historyczny, albo horror historyczny, jeśli te ostatnie w ogóle się zdarzają, bo nie mogę sobie przypomnieć, żebym takowy kiedyś czytała. Lubię książki z historią w tle, czasem na siłę szukam nawiązań do wydarzeń, postaci historycznych w czytanych książkach, takie sobie skrzywienie historyczne...albo obsesja, jak kto woli:).
Wszystkim, którzy dotarli do końca mojego posta serdecznie dziękuję za odwiedziny i gratuluję wytrwałości:P:). Miłego dnia Wam życzę i do napisania wkrótce:).

środa, 21 listopada 2012

Możliwe, że tylko tyle możemy zrobić dla tych, których kochamy. Umilić im jakoś ten groźny świat. Nutria i Nerwus. Małgorzata Musierowicz.


Najbardziej magiczny, bajkowy i cudownie upalny letnimi promieniami Słońca, dziesiąty tom Jeżycjady zatytułowany "Nutria i Nerwus" poświęcony został trzeciej z czterech sióstr Borejko - Natalii. Ryża marzycielka jest już dorosłą kobietą, absolwentką filologii polskiej. Nutria stanowi mocny filar rodziny Borejków dzięki swojej intuicji, która pozwala jej wyczuwać problemy i zmartwienia najbliższych, jeszcze w fazie ich nieśmiałego kiełkowania. Sama stara się nie absorbować uwagi otoczenia, swoje sprawy załatwiając własnym nakładem sił, do czasu...pewnego słonecznego popołudnia, podczas którego odrzuca oświadczyny Tunia Ptaszkowskiego. Szukając  rady u starszej siostry Gabrysi w zielonym pokoju - twierdzy, Natalia postanawia uciec z Poznania od zaborczego niedoszłego małżonka i planuje wakacyjny wyjazd nad morze z siostrzenicami: Pyzą i Tygrysem. 
Wyprawa pociągiem, który PKP - owskim niespiesznym tempem ma dowieźć trzy podróżniczki do upragnionego celu, komplikuje się już na samym początku, kiedy w wagonie pojawia się tajemniczy miłośnik muzyki klasycznej, który do Nutrii odnosi się z podejrzaną niechęcią, by po jakimś czasie okazać się mścicielem swojego rannego w wypadku brata Tunia i żałobnikiem po pewnym małym paskudnym samochodziku, który w latach dziewięćdziesiątych straszył na polskich ulicach.
Nutria ucieka przed Filipem z pociągu relacji Poznań - Gdynia i tak rozpoczyna się jej i czytelnika wielka przygoda, podczas której w upalnym czerwcowym słońcu przeplata się świat magii ze "Snu nocy letniej" Szekspira,
Duchy przedświtowej pory wracają na cmentarze. Duchy inne, te, które mają groby niegościnne przy dróg rozstajach albo na dnie morza, dawno już legły w robaczywe łoża.
z rodzimymi podaniami o obchodach nocy świętojańskiej:
W wigilię świętego Jana było w zwyczaju palić ogniska. Dziewczęta śpiewały, opasywały się bylicą i wrzucały ją do ognia. [...] , i w noc świętojańską zakwita oczywiście kwiat paproci. [...] - To właśnie dziś zakwita? - ożywiła się Laura, ale obejrzawszy się na tajemniczy, ciemny las pełen szelestów i dziwnych łopotów, straciła ochotę do poszukiwań.
Natalia i dziewczynki kryją się przed Filipem w małych miasteczkach i na polach namiotowych. Pełne tajemniczego uroku krótkie czerwcowe noce, wypełnione szmerami, pohukiwaniem sów i światłem księżyca w pełni, tworzą bajeczne tło tej wyprawy.
Druga nad ranem. Dopaliło się już ostatnie ognisko, ostatni nocny Marek padł, zmorzony nagłym snem; [...], spała nad samym brzegiem wody Natalia, spały jej siostrzenice w namiocie - a tymczasem księżyc po prostu szalał. Buchał tym swoim odbitym blaskiem jak lustro przed salą balową, bluzgał światłem, wypełniał powietrze tajemniczą wibracją, odbierał przedmiotom kolor, barwiąc wszystko tym samym srebrem, oświetlał ziemię tak dokładnie, że jasno było nawet w mrowiskach. Ptaki, zmęczone skwarnym dniem, przysypiały w zaroślach i na gałęziach drzew, ale co chwila podrywały głowy i wpatrywały się w lśniącą tarczę; spuszczone na noc z uwięzi psy wiejskie biegały po pylistych drogach, naszczekiwały na siebie z daleka, przekazując ze wzgórza na wzgórze jakieś bezsłowne komunikaty, albo siedziały bez ruchu, z oczami utkwionymi w niebo i posępnie, melodyjnie wyły. Nocne zwierzęta zdwoiły czujność, sowy zataczały wielkie, bezgłośne kręgi w przestrzeniach pełnych blasku, po czym kryły się w mrokach lasów, gdzie panowało ustawiczne poruszenie. Śpiący ludzie odczuwali ten sam niepokój; ten i ów, wzdrygnąwszy się nagle, otwierał szeroko oczy i z nieprzytomnym osłupieniem wpatrywał się w wielką jasną kulę, świecącą ponad ziemią.
W "Nutrii i Nerwusie" odwiedzamy również trzy pozostałe siostry Borejko: Patrycję oraz Idę spodziewającą się pierwszego dziecka. W pachnącym setkami zadbanych, bo przeczytanych książek mieszkaniu Borejków, Gabrysia pielęgnuje pięciomiesięcznego Ignacego - Grzegorza, na kartach króciutkiej powieści pojawia się również profesor Dmuchawiec, nadal chętnie dzielący się życiową mądrością ze swoimi uczniami:
Tak, tego jednego mi żal, kiedy myślę o śmierci: że się nie dowiem, co było dalej. 
Jeżycjadą Małgorzaty Musierowicz oswajam szarugę jesieni za oknem, przeczytałam ponownie kilka tomów i planuję doczytać kilka kolejnych, już zdążyłam zapomnieć jak dobrze w dzieciństwie czułam się w poznańskich kamienicach, pośród zaczytanych i ciągle cytujących Borejków i w żółtym domu z wieżyczką...ale o tym dopiero w następnym poście:).

Nutria i Nerwus. ( 22 - 25 czerwca 1994 )
Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo Akapit Press, 1995, 160 str.

środa, 7 listopada 2012

Przyszłam na obiadek! Opium w rosole. Małgorzata Musierowicz.


Chociaż staram się w życiu szukać nawet na siłę jego pozytywnych stron, nie powiem, że jest to łatwe, bo po dziesięciu miesiącach przychodzi chmurny listopad i cała koncepcja bierze w łeb. Za oknami buro, od rana wieje jakiś obłąkany wiatr, słowem cała poezja życia gdzieś się ulotniła. Na listopadowe pocieszenie zakwitły pomiędzy krzakami róż niezapominajki, wielkim pozytywem posiadania ogrodu są właśnie takie niespodzianki. Przyglądamy się sobie od rana w wielkim zdziwieniu, ja popijam gorącą czekoladę, a wiosenne kwiatuszki szukają słońca za moimi plecami:).
***
Moja przygoda z książkami Małgorzaty Musierowicz zaczęła się od fragmentów "Opium w rosole" znalezionych w podręczniku do języka polskiego. Po przeczytaniu o dramatycznej nocy małej Aurelii po wpadce z papką z szynki i jajecznicy w kieszeni, zapragnęłam poznać dalsze losy bohaterki opowiadania i tak trafiłam w sam środek poznańskiej Jeżycjady:). Po wielu latach wróciłam do ukochanego tomu Jeżycjady - "Opium w rosole" i zadumałam się nad swoim dziecinnym gustem, którym kierowana do grona ulubionych wybierałam sobie najsmutniejsze książki z kanonu literatury młodzieżowej, listopadowe Muminki, "Miłość Pat".
"Opium w rosole" czytane po latach, z większą świadomością tła historycznego i społecznego pierwszych miesięcy 1983 roku w PRL-u też porażają jakimś poczuciem klęski, smutku i beznadziei, które można wyczytać pomiędzy wierszami. W wymiarze życia prywatnego bohaterów książki, promyczki nadziei rozbłyskają bardzo mocno pozytywnymi emocjami, ciepłem ogniska domowego i wzajemnym okazywaniem sobie wsparcia, w życiu oficjalnym ścieżki bohaterów "Opium w rosole" przecinają kawalkady milicyjnych pojazdów, a końca ucisku jeszcze nie widać, bo to rok 1983, trwa stan wojenny zakończony dopiero 22 lipca ( bo jakżeby inaczej, tylko 22 lipca władza radośnie wykrzywiała się w uśmiechu do obywateli PRL ).
Przekaz powieści dla młodzieży złagodzony został obrazem małej, wesołej Genowefy, która wprasza się na obiadki do Borejków, Kreski, Lewandowskich i prześladuje Maćka Ogorzałkę, żeby z końcem książki okazać się najsmutniejszym i najbardziej zaniedbanym dzieckiem polskiej literatury. Trochę nad głową Genowefy - Aurelii, rozmawia się o internowanym tacie Borejko i rodzicach Kreski, problemach z zaopatrzeniem gospodarstw domowych w podstawowe produkty oraz wyrzucaniu z pracy niepokornych. Wszystkie kontrowersyjne tematy sprytnie ukryła autorka za dziecinnym postrzeganiem rzeczywistości przez Aurelię.
Te dziejowe zawieruchy są jednak tylko tłem dla wątków uczuciowych pomiędzy głównymi bohaterami: Kreską i Maćkiem Ogorzałką, dla rozterek samotnie wychowującej Pyzę - Gabrysi, zmagań pomiędzy uczniami i młodą nauczycielką i chwil załamania profesora Dmuchawca, który obawia się, że wypuszczając spod swoich skrzydeł grono idealistów, już na początku życia podciął ukochanym uczniom ich własne skrzydła. Piąty tom Jeżycjady to piękna, przepełniona nostalgią opowieść o latach osiemdziesiątych, pozwalająca zajrzeć młodszym we wspomnienia starszych pokoleń i choć trochę zrozumieć naszą nie tak odległą historię.

Opium w rosole. ( Książka ukończona w grudniu 1983 r. )
Małgorzata Musierowicz.
Wydawnictwo Akapit Press, 235 str.

środa, 24 października 2012

Pan Czapla odkrywa swe mieszkanie na nowo. Małomówny i rodzina. Małgorzata Musierowicz.

Im zimniej za oknem, tym więcej czytam, na październikową rozgrzewkę przyniosłam sobie z biblioteki książki Małgorzaty Musierowicz, zanim zatopię się jesiennie w Jeżycjadzie, sięgnęłam po "Małomównego i rodzinę".
Młoda wdowa, pani Ptaszkowska jest zapracowaną mamą czternastoletniego Munia, rok młodszego Tunia oraz sześcioletniej Moniki, nazywanej przez braci Rzodkiewką. W domu Ptaszkowskich, których z całych sił wspiera dzielna babcia, królują książki. Najstarszy Munio to istna encyklopedia cytatów, książki hałdami zalegają w skromnym mieszkaniu, pasji czytania oddaje się również babcia i mama - bibliotekarka. Smutną i monotonną po śmierci ojca egzystencję rodziny, odmienia propozycja nowej pracy i przeprowadzki do prowincjonalnego Śmietankowa, gdzie pani Ptaszkowska ma objąć posadę bibliotekarki.
Ptaszkowscy bez wahania pakują dobytek i wyruszają do otoczonego lasami Śmietankowa. Dom na wzgórzu, który zajmują, to miejsce wymarzone dla każdego mola książkowego, bowiem parter zajmuje ogromna biblioteka: 
Była to sala niska i obszerna, pozastawiana prostymi regałami. Jak zwykle tam, gdzie duża ilość książek stoi w porządku na półkach, tak i w tym pomieszczeniu panował teraz nastrój tajemniczy. Munio przystanął na chwilę, skoro tylko otworzył drzwi. Bardzo lubił tak wchodzić znienacka do pustej jeszcze biblioteki; miał uczucie, że wskutek jego nagłego wejścia właśnie cichną setki i tysiące głosów, szeptów i śmiechów, płynących z książek, które żyją sobie na półkach. Stał jeszcze chwilę bez ruchu, wstrzymując oddech, jakby miał nadzieję, że coś usłyszy. Pomyślał też, że biblioteka jest może najpiękniejszym wynalazkiem ludzkości. Po książce, rzecz jasna.
Skrzypiące schody i podłogi, okoliczne jezioro i lasy z miejsca podbijają serca udręczonych mieszczuchów. 
Ranek tego dnia był ponury, zimny i deszczowy. Nasza trójka, która wczorajszy wieczór spędziła na zbieraniu sieci z panem Adamskim, a potem pomagała w malowaniu kuchni, aż do późnej nocy, teraz pogrążona była w kamiennym śnie. Mama, co prawda, obudziła się jak zwykle o szóstej, ale ujrzawszy sunące tuż za oknem ciężkie, napompowane wilgocią chmury, przypomniała sobie, że nie musi zaraz biec do pracy, zamknęła czym prędzej oczy, otuliła się rozkosznie cieplutką kołdrą i - ukołysana monotonnym stukaniem wielkich kropli deszczu - zapadła w stan błogiej nieświadomości.
Kawa, jak to kawa, oczywiście wykipiała, napełniając cały dom zapachem wiejskiego śniadania. Tylko, że dziś żadne, nawet najsmakowitsze zapachy, nie mogły nikogo wywabić z łóżka. Toteż babcia zjadła śniadanie sama, a ponieważ nie musiała dzisiaj świecić przykładam, ograniczyła ilość spożywanego mleka do minimum. Ze stosu powiązanych w paczki książek  wydobyła tom Gogola, w karygodny sposób podparła się łokciem i z lubością zaczęła czytać przy jedzeniu.
Z czasem okazuje się jednak, że Ptaszkowscy nie są jedynymi mieszkańcami swojego domu, po okolicy zaczyna się kręcić grupa podejrzanych wyrostków, a mieszkańców Śmietankowa elektryzuje wiadomość o skarbach ukrytych w starej bibliotece. Munio, Tunio i Rzodkiewka wciągnięci zostają w wir tajemniczych i niebezpiecznych, wakacyjnych przygód, poznają nowych przyjaciół, ratują kurę i dostają od losu niepowtarzalną okazję zniszczenia domu przemytnika.
Krótka, przezabawna, wakacyjna opowieść Małgorzaty Musierowicz była debiutem autorki, wydanym w roku 1975 i ponownie w wersji poprawionej na początku lat dziewięćdziesiątych. "Małomówny i rodzina" skierowany jest do młodszej grupy czytelników, niż późniejsza Jeżycjada. Książka zawiera jednak elementy charakterystyczne dla ukazujących się w kolejnych latach tomów Jeżycjady: skrzypiące podłogi, zamiłowanie do książek i wszechobecne cytaty:). Polecam do podsunięcia najmłodszym w okresie wakacyjnym:).

Małomówny i rodzina.
Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 1994, 184 str.

wtorek, 23 października 2012

Tylko tyle mogę dla niego zrobić. Ten obcy. Irena Jurgielewiczowa.


To był bardzo przypadkowy powrót, bo też i książka trafiła w moje ręce w dość przypadkowych okolicznościach. "Ten obcy" Ireny Jurgielewiczowej z powodu podniszczonej okładki upchnięty został w koszu z tanią książką, z którego pisząca te słowa wyszperała go i zaniosła do domu, chociaż miała JUŻ NIE KUPOWAĆ ŻADNYCH KSIĄŻEK. Jak wiadomo postanowienia są po to, by je bez skrupułów łamać:) i coś czuję, że akurat to postanowienie będę łamać bardzo często.
W czasie wiosennej powodzi rzeka Młynówka, przepływająca przez wieś Olszyny, odcina pas łąk, tworząc wyspę połączoną z brzegiem kładką z przewróconej topoli. Wyspa staje się miejscem spotkań Uli, Pestki, Mariana i Julka, czwórki spędzających wakacje w Olszynach nastolatków. Za najłagodniejszą z nich, Ulą, na wyspę nieśmiało przekrada się każdego dnia kupka psiego nieszczęścia - Dunaj. Wyspa daje schronienie również tajemniczemu chłopakowi - Zenkowi. Wokół prób ratowania nowego przyjaciela i poszukiwań jego wujka, rozgrywa się ta krótka, momentami smutna historia o przyjaźni i dorastaniu.
A w tle coś na co zawsze zwracam uwagę, czyli obrazy polskiej prowincji sprzed wielu lat, wsi po której jeżdżą wozy zaprzężone w konie, a w domach dzień rozpoczyna się od rozpalenia ognia pod kaflowym piecem:
Do rzeczywistości przywróciło go szuranie fajerek, przesuwanych po blasze w przyległej do pokoju kuchence, oraz ziemisty zapach kartofli, który wpłynął szeroką falą przez uchylone drzwi. Babka musiała wstać już dawno, wypuściła kury, rozpaliła ogień, wyprawiła dziadka do fabryki, a teraz gotuje śniadanie dla wnuków[...]
Jest już ciemno, dopiero po dłuższej  chwili widzi się drogę, zarys płotu, czarną kopułę kasztana, nad nim jaśniejsze niebo. Pachnie maciejką, słychać wieczorne odgłosy wsi, poszczekiwanie psów, skrzypienie zamykanych wrót i furtek, ostatnie okrzyki zwoływanych do domu dzieci.
Lubię te fragmenty tej książki, bo pamiętam, że w dzieciństwie zdarzało się, że w czasie zimowych ferii budziła mnie krzątanina babci przy zapalaniu pieca, a letnie dni kończyły się dokładnie tak jak w drugim cytacie, zawsze jakoś trudno było zebrać się do powrotu do domu na noc.
Napisana w 1961 roku powieść towarzyszy wielu pokoleniom uczniów polskich podstawówek i dotąd nie straciła na wartości, to kawał dobrej literatury dla dzieci. Powieść "Ten obcy" wyszła spod pióra postaci wybitnej, naukowca i wykładowcy tajnych kompletów, żołnierza AK Ireny Jurgielewiczowej. Z tego co pamiętam zaraz po przerabianiu na lekcjach polskiego książki "Ten obcy" kupiłam za kieszonkowe "Inną", czyli bardzo udaną zimową odsłonę przygód piątki przyjaciół z Olszyn. A powrót do starej lektury sprawił mi wielką przyjemność.

Ten obcy. (1961)
Irena Jurgielewiczowa
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, 249 str.

poniedziałek, 22 października 2012

Ciąg dalszy, który miał się nie pojawić.

Dalszego ciągu nie będzie. Teraz, po dwudziestu latach, jest już za późno, wszyscyśmy się zestarzeli, niektórzy odeszli na zawsze. Ale pamięć po "Siedlisku" wydaje się żyć, kiedy spotykam się z publicznością po pokazie jakiegoś mojego nowego filmu, albo nowej książki, zawsze pada pytanie o tamten serial
Tak, nie dając czytelnikom wielkich nadziei na kontynuację, zakończył swoją książkę, która powstała na podstawie scenariusza serialu "Siedlisko" w 2011 roku Janusz Majewski. Do kolejnych odcinków "Siedliska" od czasu telewizyjnej premiery wracałam wielokrotnie, to jedna z moich ulubionych polskich produkcji. W ubiegłym roku autor oddał w ręce miłośników serialu książkę, która pozwoliła na nowo wczuć się w atmosferę małego raju na Mazurach, który zbudowali sobie główni bohaterowie. Na kontynuację książki nie liczyłam, więc z wielkim zaskoczeniem odkryłam na półce księgarni, którą odwiedziłam weekendowo włócząc się po uliczkach i parkach Krakowa, zasypaną śniegiem okładkę "Zimy w Siedlisku". Po wielu latach jednak powracamy na Mazury Kalinowskich, powracamy po śmierci Krzysztofa. Serial i książki gorąco polecam, a o tomie drugim postaram się, któregoś dnia napisać więcej, wieczorem mam zamiar delektować się dalszą lekturą. Dawno tak mnie nie ucieszyło żadne księgarniane znalezisko:).

Zima w Siedlisku.
Janusz Majewski
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012, 286 str.

czwartek, 18 października 2012

Bo zawsze się dochodzi gdzie indziej, niż się chciało.* Podróżniczka. Diana Gabaldon.

Po tomie trzecim cyklu "Obca" kolejnym tomom mówię stanowcze nie. I bynajmniej nie wynika to z rozczarowania treścią "Podróżniczki", bowiem Diana Gabaldon znowu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i po raz kolejny popisała się nieskończenie bujną wyobraźnią i ogromnymi pokładami wiedzy, którymi wzbogaca swoje powieści. Powód pierwszy chwilowego zaniechania zgłębiania losów Claire i Jaimiego jest bardzo prozaiczny w bibliotece nie ma "Jesiennych werbli", a próby ominięcia tomu czwartego i zagłębienia w piąty nie powiodły się w moim przypadku. Powód drugi to przytłaczająca objętość książek Diany Gabaldon, całego cyklu po prostu nie da się przyswoić na raz, dłuższa przerwa pomiędzy kolejnymi tomami jest niezbędna, żeby nie zniechęcić się do "Obcej". Wracając do tomu trzeciego, nie dało się go chyba lepiej zatytułować, bo też cała książka to jedna, wielka emocjonująca podróż z głównymi bohaterami, podróż w czasie, ponieważ jeden z bohaterów po raz kolejny przekracza kamienny krąg i po wielu latach powraca do wieku XVIII, a potem już w wieku XVIII morska podróż w egzotyczne rejony świata.
Początek podobnie jak w drugim tomie koncentruje się na końcówce lat sześćdziesiątych wieku XX. Claire, jej córka Brianna oraz Roger, adoptowany syn pastora Wakefielda przeszukują archiwa, XVIII-wieczne pamiętniki i bogate zbiory zafascynowanego powstaniami szkockimi zmarłego pastora w poszukiwaniu informacji o dalszych losach Jamiego. Bardzo podobał mi się ten początek, przesiąknięty zapachem starych książek i cichą, tajemniczą atmosferą bibliotek i archiwów.
W tomie trzecim pojawia się bohaterka uznana za zmarłą w tomie pierwszym, mam nadzieję, że nie zdradzę zbyt wiele pisząc, że pewna tajemnicza czarownica w "Podróżniczce" okazuje się jeszcze bardziej tajemnicza, galeria bohaterów znacząco się powiększa, dzieciaki z pierwszych tomów dorastają, pojawia się kilka bardzo oryginalnych postaci, moim faworytem jest zdecydowanie upadły ksiądz popalający nieznane w wieku XVIII zielsko w chatce na jednej z wysp do których docierają Jaimie i Claire. Wiek XVIII w Edynburgu i na Hispanioli, na pokładzie statków opisany jest z historycznym zacięciem, masą szczegółów bardzo plastycznie obrazujących codzienność prawie trzysta lat temu. Egzotyczna pogoda, pirackie statki, fauna i flora Wysp Karaibskich, klimat "Podróżniczki" pozwala wyrwać się z chłodnego, jesiennego Krakowa i pomarzyć o dalekich wyprawach:).
Oswajając to, co pogodowo nieuniknione poniżej późnojesienny cytat z "Podróżniczki":
Szybę pokrywał lekki szron, zima była już niedaleko. W powietrzu czuło się taką rześkość i świeżość, że zanim zamknęłam okno, pełną piersią wdychałam wspaniały zapach zwiędłych liści, suszonych jabłek, zimnej ziemi i wilgotnej, słodkiej trawy. Na zewnątrz panowała nieruchoma jasność. Kamienny mur i ciemne pnie sosen rysowały się ostro na tle szarego porannego nieba.[...]
oraz aromatyczna i klimatyczna, pełna zapachów i smaków piwnica:
Żadna z nas  nie odezwała się ani słowem, zanim nie znalazłyśmy się w sanktuarium piwnicy. Małe pomieszczenie pod podłogą domu było przepełnione zapachem zwisających z krokwi sznurów cebuli i czosnku, silnym, słodkim aromatem suszonych jabłek oraz wilgotnym zapachem ziemi, pochodzącym z kartofli wysypanych na ciężkie, brązowe derki.
Podróżniczka. (Voyager.)
Diana Gabaldon
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2000, 607 str.
* Leopold Staff

środa, 17 października 2012

Roczek na wyspie książek.


Rok temu wyspa książek pojawiła się na internetowym morzu. Przez 12 miesięcy rozrastała się dzielnie o kolejne posty i Wasze komentarze. Rok temu 17 października był poniedziałek, za oknem chłodne jesienne ciemności, a w domu ciepły, leniwy wieczór. Sosnowe biurko tradycyjnie zawalone gazetami oraz książkami, kupionymi i wypożyczonymi, historycznymi i przygodowymi, kryminałami, fantastyką i bajkami prosiło się o uporządkowanie. Odkładając na regał i upychając w szafce kolejne tomy, postanowiłam założyć bloga o książkach:). Z formalnościami na blogspocie uporałam się w kilka minut, w ekspresowym tempie wymyśliłam nazwę bloga i napisałam pierwszy króciutki post. Postanowiłam zapisywać sobie na pamiątkę fragmenty przeczytanych książek, spisywać wrażenia i uczucia towarzyszące lekturze i pisać głównie o książkach, na których się wychowałam, a nie zawsze potrafiłam znaleźć w sieci jakąkolwiek o nich wzmiankę. Przez całą ubiegłoroczną jesień i zimę ukazywały się na blogu moje pierwsze nieporadne posty. Bardzo spontaniczna i kompletnie nieprzemyślana decyzja założenia wyspy książek zaowocowała 80 postami. Pisanie własnego oraz zaglądanie na Wasze blogi daje mi nadal dużo radości i mam nadzieję, że za rok wyspa książek nadal będzie istnieć, a ja w 2013 roku napiszę, że: rok temu 17 października było bardzo słonecznie, niebo miało kolor kobaltowy, stanowiło idealne tło dla złotych drzew, na moim biurku znowu był bałagan. Rozbawiony Naród czekał na odcinek drugi komediodramatu pod tytułem Stadion Narodowy i jego koszmarnie drogie zadaszenie, a wyspa książek ukryta pośród innych blogów książkowych cierpliwie rozpoczynała drugi rok działalności. Miło byłoby za rok napisać, że 17 października to nie tylko skromna rocznica założenia mojego bloga, ale również historycznego zwycięstwa polskiej reprezentacji nad Anglią, chociaż wczorajsze pluskanie kibiców na murawie stadionu też będzie zabawnie wspominać. Do zobaczenia za rok, na drugich urodzinach wyspy książek:).

czwartek, 11 października 2012

Kobieta nie powinna być gorsza od anioła, mężczyzna zaś tylko trochę lepszy od diabła.* Lokatorka Wildfell Hall. Anne Brontë.


Chyba pora zamknąć prywatną kawiarenkę na balkonie, o czytaniu w tym miłym kąciku mojego domu nie ma już mowy, zdecydowanie za zimno, nawet otulanie kocem nie pomaga. Kilka promiennych poranków udało się ukraść tej jesieni, takich ze śniadaniem i spokojną kawą przy przeglądaniu prasy i czytaniu książek, jeszcze sobotni wieczór udało się przegadać nad filiżanką herbaty pośród gazet i książek rozłożonych na okrągłym stoliku. Nowe meble balkonowe to był dobry pomysł, marzył mi się taki okrągły stolik od dawna, otoczony kwiatami, zielenią, miejsce na chwilę odpoczynku, na spokojne wypicie kawy, taka moja mała kawiarenka:). Teraz muszę poszukać miejsca na jesienne czytanie, pewnie zakopię się z książką na fotelu albo łóżku, otoczę poduchami i odpalę wszystkie domowe światełka:).
***
Książką, która będzie mi się kojarzyć z tegorocznymi wakacjami, ciepłym słońcem na policzkach i zapachem lilii, które kwitły i pachniały obłędnie, kiedy czytałam ją na ogrodowej huśtawce będzie "Lokatorka Wildfell Hall" Anne Brontë. Wydana w roku 1848 powieść, zaskakuje odważnym ujęciem tematu praw kobiet, braku równouprawnienia w małżeństwie, w epoce wiktoriańskiej zagadnień w zasadzie nie istniejących w powszechnej świadomości społecznej. Książka wyprzedzająca swoje czasy i poruszająca problemy jak wskazują tytuły prasowe niestety nadal aktualne. Wiek XIX zdecydowanie faworyzował mężczyzn ich "drobne słabości" były powszechnie akceptowane lub pomijane milczeniem, z kolei każda kobieta, która choć o milimetr zboczyła z wytyczonej przez wielowiekową tradycję drogi życia pełnego prawości i poświęcenia rodzinie oraz bliźnim, mogła spodziewać się natychmiastowego potępienia za swoje najdrobniejsze nawet przewinienia czy zbyt odważne prezentowanie swoich opinii. Co niezwykłe z tak trudnym tematem zmierzyła się najcichsza z sióstr Brontë, Anne, zyskując sobie miano jednej z pierwszych wojujących słowem feministek. "Lokatorka Wildfell Hall" to oczywiście nie tylko manifest feministyczny, to również kolejna kojąco staroświecka historia miłości osadzona w bajkowych realiach angielskiej prowincji z elementami grozy, niszczejącym dworem oraz wielką tajemnicą w tle.
Historia "Lokatorki Wildfell Hall" rozpoczyna się wraz z przybyciem tajemniczej, młodej i pięknej wdowy Helen Graham do rozpadającego się dworu Wildfell Hall, który poprzedni mieszkańcy porzucili na rzecz nowocześniejszej siedziby. Helen towarzyszy kilkuletni syn i zaufana służąca, młoda wdowa stroni od ludzi, cały swój czas poświęcając swojej pasji - malarstwu oraz wychowywaniu dziecka.
W małej prowincjonalnej społeczności trudno przez dłuższy czas trzymać się na uboczu, sąsiedzi rozpaleni domysłami co do przeszłości Helen, pragną wprowadzić młodą kobietę w swoje towarzyskie kręgi, domagając się kolejnych spotkań. Mimo niechęci Helen zaczyna bywać pośród swoich sąsiadów, których zaskakuje prezentując bardzo postępowe opinie dotyczące wychowywania dzieci. Niezrażone sąsiedztwo drąży nadal temat pochodzenia tajemniczej kobiety, Helen milczy jak zaklęta, więc okolica zaczyna tłumaczyć sobie jej postawę niezbyt chlubną przeszłością i gorszącą teraźniejszością, gdyż zażyłość pomiędzy nią i jej sąsiadem zaczyna wydawać się podejrzana.
Pani Graham ma jednak obrońcę, młodego zakochanego w niej farmera - Gilberta, któremu zaczyna ufać i zawierzać swoją głęboko skrywaną tajemnicę nieudanego małżeństwa.
"Lokatorka Wildfell Hall" to historia silnej kobiety, jej zmagań z plotkami, walki o lepszą przyszłość dla swojego dziecka w czasach kiedy bez wsparcia mężczyzny: męża, brata, ojca, kobieta tak niewiele znaczyła. Piękna i poruszająca opowieść, obowiązkowa lektura dla silnych współczesnych kobiet napisana przez niezwykłą kobietę z epoki wiktoriańskiej.
***
I na koniec jak zwykle trochę nie na temat:P, chciałam polecić wszystkim, którzy mają kawałek przydomowego ogródka, albo balkon moje ogrodowe objawienie:), lilie, których cebulki kupuję w ilościach hurtowych i niedługo obsadzę nimi całą działkę. Zapakowane w plastikowy koszyczek ( u mnie niezbędny, bo pod ziemią swoje królestwo ma kret, który przekopuje podwórko wzdłuż i wszerz i chyba karczownik, który robi tunele nieco bliżej powierzchni ) cebulki wysadzać można jesienią, ja sadziłam swoje wiosną i już po kilkunastu tygodniach cudownie zakwitły. Pełnia lata pośród zapachu lilii, ich koloru i wielkiej żywotności to najpiękniejszy czas w roku wokół mojego domu, odurzający aromat tych kwiatów, towarzyszy mi wtedy od rana wślizgując się oknami i rozchodząc po całym domu i podwórku, swoją urodą i zapachem moje ulubione białe kwiaty detronizują nawet jej wysokość różę:).

Lokatorka Wildfell Hall. (The Tenant of Wildfell Hall.)
Anne Brontë
Wydawnictwo MG 2012, 525 str.
Ekranizacja powieści: Tajemnica domu na wzgórzu.
*Cytat będący tytułem posta jest autorstwa Nikołaja Gogola, rosyjskiego pisarza z XIX wieku.

czwartek, 4 października 2012

Zanim zasnę, pozostało mi jeszcze coś do zrobienia. Uwięziona w bursztynie. Diana Gabaldon.


Z cyklem książek Diany Gabaldon zmagam się już tak długo, że mam wrażenie, że czytam go już od kilku dobrych lat, to chyba przez towarzyszącą lekturze zmianę pór roku za oknem:). Kończę tom trzeci, który jest chyba najbardziej wciągają częścią tej opowieści, a dzisiaj króciutko i bez zdradzania zbyt wielu szczegółów, opowiem o tomie drugim."Uwięziona w bursztynie" opowiada o roku 1968 i poszukiwaniach w starych archiwach informacji dotyczących losu powstańców szkockich, które prowadzi Claire i jej córka oraz o miesiącach poprzedzających wybuch powstania szkockiego, historia kończy się na roku 1745, po krwawej bitwie pod Culloden, pomiędzy Szkotami i Anglikami.
Claire i Jamie udają się do Paryża, wnikają w środowisko szkockich imigrantów, zostają przedstawieni Ludwikowi XV i zawierają przyjaźń z Karolem Stuartem. Fraserowie angażują się w sieć dworskich spisków, chcąc zapobiec przyszłej tragedii, jaką była dla Szkotów nieudana próba restauracji dynastii Stuartów. Diana Gabaldon przy okazji oprowadza nas po pełnym niebezpiecznych zakamarków XVIII wiecznym mieście, przedstawia zarys dworskiego życia i zwyczajów, nadaje historycznym postaciom wymyślone przez siebie cechy charakteru i tworzy pełną awanturniczych przygód rzeczywistość głównych bohaterów.
Kiedy Claire i Jaimie zmagali się z plotkami dworskimi i sami wydawali wystawne przyjęcia, ja zastanawiałam się kiedy w końcu zamiast dworskimi intrygami zajmą się przedzieraniem przez splątane gałęzie janowca i wrzosowiska, jednym słowem, kiedy powrócą do Szkocji:).
Dopiero druga połowa "Uwięzionej w bursztynie" rozkręca tę opowieść, autorka bardzo sugestywnie przedstawia powstańczą rzeczywistość, w którą wplątani zostają Fraserowie. Opisy krwawych potyczek budzą grozę, narastające napięcie i zaskakujące zwroty akcji pokazały sprawność warsztatową autorki. Zazwyczaj podkreśla się romansowy wątek cyklu "Obca", ale dla mnie to przede wszystkim wciągające książki dla miłośników historii, zdaję sobie sprawę, że fakty zostały mocno naciągnięte, a zachowania bohaterów znacząco odbiegają od przyjętych w wieku XVIII norm, ale bynajmniej nie odbierało mi to przyjemności z lektury:).
Na zakończenie odrobina szkockiej jesieni, dla odmiany od tej naszej, która za oknem wybucha złotem:):
Po kolacji jeden z biesiadników zaczął śpiewać, ktoś inny wyciągnął drewnianą fujarkę, by mu przygrywać. Dźwięk, który popłynął w tę zimną jesienną noc, choć niegłośny, wydawał się przeszywający. Powietrze było rześkie, ale nie wiał wiatr. Wszyscy czuli się bardzo dobrze, gdy tak siedzieli w małych rodzinnych grupkach wokół ogniska, poowijani w koce i szale. Po skończeniu gotowania dołożono do ognia. Teraz palił się mocno rozjaśniając noc.[...]
Wyciągnęłam z kosza z rzeczami do cerowania dziecięcy kaftanik i wywróciłam go na lewą stronę, żeby dotrzeć do rozprutego pod rękawem szwu. Chyba tylko bawiący się chłopcy i pracujący mężczyźni nie marzli na dworze. W domu panowało przyjemne ciepło. Zaparowane okna oddzielały nas od mroźnego świata na zewnątrz.
Uwięziona w bursztynie. ( Dragonfly in amber. )
Diana Gabaldon
Wydawnictwo Amber 2000, 528 str.

wtorek, 18 września 2012

Lato na regale z książkami.

Lato na obrazie Janet Kruskamp.
Chociaż znalazłam już pierwszego kasztana, kupiłam chryzantemy do balkonowych donic, a teraz oglądam się za dyniami, którymi jesienią dekoruję dom, myślami jestem jeszcze w sezonie letnim:). To blogowe lato chcę dopiąć postem o książkach, które podczas letnich miesięcy dołączyły do mojego księgozbioru, towarzyszyły mi podczas wakacyjnych wyjazdów dłuższych i krótszych, taszczyłam je w torebce, czytałam w parku, ogrodzie i na balkonie. Lista jest króciutka, bo staram się książki wypożyczać, a kupować jak najmniej:). Latem powiększyła się moja kolekcja książek sióstr Brontë kupiłam dwa tomy "Villette" siostry starszej Charlotte Brontë i "Agnes Grey" siostry młodszej Anne Brontë:), "Lokatorkę Wildfell Hall" wygrałam i po przeczytaniu umieściłam ją wysoko na liście moich ukochanych książek, pewnie nie jeden raz wrócę do tej lektury, dwie ostatnie pozycje zostały wydane po raz pierwszy w języku polskim, teraz czekam na wydanie "Profesora" Charlotty. Kiedy zapragnęłam trochę oderwać się od angielskich pisarek z epoki wiktoriańskiej sięgnęłam po "Duchy Belfastu" Stuarta Neville, już pisałam o tej książce tutaj. Do działu historia na moich półkach dołączyła natomiast "Historia Irlandii" Johna O'Beirne Ranelagh, zazwyczaj czytam o historii Anglii, ale Irlandia bardzo niedaleko Anglii się znajduje:) i również jej dzieje kryją mnóstwo fascynujących opowieści: celtyckich legend, historię wielu lat zależności od silnego sąsiada, dekady brutalnej walki o pełną niezależność. Dział historyczny w moim domu jest mocno rozbudowany, lubię książki historyczne, odkąd pamiętam. Kiedy chodziłam do szkoły, podręcznik do historii zabierałam na wakacje i czytałam na huśtawce pod starym orzechem, przerabiając suche podręcznikowe fakty na bajkowe opowieści o dzielnych rycerzach, pięknych królewnach i królach, dobrych i złych. Ożywiałam to historyczne towarzystwo, wyobrażałam sobie życie na zamku i w okopach I wojny światowej i do dzisiaj mam taki zwyczaj, żeby historią bawić się w swojej wyobraźni:).
Latem czytam mniej, więcej czasu spędzam w terenie, ładując baterię słoneczną na jesienno-zimowe wieczorki książkowo-herbaciane:). Aromaty mijającego lata wieczorami zamykam w słoikach, produkcja śliwkowych powideł jeszcze trwa, ale to już ostatnie tegoroczne zapasy. Kolejne, jesienne już wieczory zapowiadają się spokojniej, bez śliwkowych zapachów wdychanych przed snem, ale w końcu z książką w dłoni. Pora na jesienne zakupy do domowej biblioteczki, o których opowiem pewnie z końcem jesieni:). Tą jesienną listę otworzy "Parade's End", książka Forda Madoxa Forda, której adaptację oglądam ostatnio z wielką przyjemnością. Zastanawiam się, czy któreś z polskich wydawnictw nie planuje wydania tej książki, jeśli nie, poczytam po angielsku:).

czwartek, 13 września 2012

Emma.

Emma Woodhouse, handsome, clever, and rich, with a comfortable home and happy disposition, seemed to unite some of the best blessings of existence; and had lived nearly twenty-one years in the world with very little to distress or vex her.

Jeszcze tylko kilka wyrwanych z kalendarza kartek i znów dzień zrówna się z nocą obwieszczając początki jesieni, pogoda już dzisiaj zapowiada co nas czeka w najbliższym czasie, tygodnie deszczu i grube warstwy chmur ukrywające przed nami promienie słoneczne. Żeby nie dopuścić do siebie czarnych myśli zajęłam się wieczorem nadrabianiem filmowych zaległości i w końcu obejrzałam "Emmę" miniserial BBC z 2009 roku. Przyznam, że takiej porcji kolorów nie spodziewałam się po ekranizacji powieści Jane Austen. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta uwspółcześniona wersja filmu, pełna emocji i radosnych barw.
Historię Emmy Woodhouse, młodej dziedziczki majątku Hartfield w prowincjonalnym miasteczku Highbury znam z książki Jane Austen i poprzedniej ekranizacji BBC z Kate Beckinsale w roli głównej, jak dotąd nie była to moja ulubiona bohaterka. Dopiero po obejrzeniu serialu wyreżyserowanego przez Jima O'Hanlona, Emmę szczerze polubiłam i z przyjemnością wrócę kiedyś do powieści, tym razem z nieco bardziej pozytywnym nastawieniem:). 
Emma poza doglądaniem domu, co udało się pokazać twórcom serialu z 2009 roku, nadając tym samym rys powagi i odpowiedzialności roztrzepanej 21 - latce pamiętanej przeze mnie z powieści, oraz spotkaniami towarzyskimi z sąsiadami, oddaje się innej, bodaj największej swojej pasji - swataniu:). Pomimo szczerych chęci połączenia więzami małżeńskimi swoich przyjaciół, rezultaty jej zabiegów często niosą nieprzyjemne konsekwencje również dla samej Emmy. Uwielbiana przez niewielkie, zamknięte grono towarzyskie, Emma rzadko ma okazję zetknąć się z surową krytyką, na sprowadzanie naszej bohaterki na ziemię, wyłączność posiada jedynie jej szczerze oddany przyjaciel, sąsiad z Donwell Abbey pan Knightley. Historia przyjaźni i w końcu miłości panny Woodhouse i pana Knightleya opowiedziana jest w serialu z dużą swobodą, pełno w niej chwilowych niedomówień i niezrozumienia wzajemnych intencji, ale jak to w powieściach Jane Austen miłosne zawirowania mają szczęśliwe zakończenie. Romola Garai to bardzo ekspresyjna Emma, w zasadzie mogłaby nic nie mówić, każdą emocję można odczytać z jej twarzy, jest dużo weselszą, bardziej towarzyską i dojrzalszą wersją głównej bohaterki od swojej poprzedniczki Kate Beckinsale. Jonny Lee Miller natomiast to wymarzony bohater powieści Jane Austen, trochę przypomina w tej roli pana Darcy'ego - Colina Firtha.
Stroje bohaterów - piękne, ale bez zbędnego przepychu, większa swoboda w relacjach damsko - męskich, pełne soczystej zieleni ogrody, klimatyczny rynek Highbury i wnętrza Squerryes Court, które "zagrały" posiadłość Hartfield, niezwykła dbałość o szczegóły, sprawiły, że na nowo odkryłam "Emmę" Jane Austen, przy kolejnej lekturze panna Woodhouse będzie mieć śliczną buzię Romoli Garai, a Jonny Lee Miller już na zawsze zostanie dla mnie panem Knightleyem.


Emma miniserial BBC 2009, reż. Jim O'Hanlon

wtorek, 11 września 2012

Nie było to miejsce, w którym można by zaginąć. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Obca. Diana Gabaldon.

Za każdym razem noce robią się ciemne całkiem niepostrzeżenie. Któregoś wieczora w  sierpniu wychodzi się na dwór i nagle wszystko jest czarne jak smoła, wielka ciepła, czarna cisza otacza dom. Jest nadal lato, ale ono już nie żyje, zatrzymało się, nie więdnąc i jesień już stoi u progu. Nie ma jeszcze gwiazd, tylko ciemność. Wtedy wydobywa się z piwnicy kanister z naftą i stawia w sionce, a latarka kieszonkowa wisi na kołku przy drzwiach.  ( Lato. Tove Jansson )
Jesień na wsi zaczyna się dużo wcześniej niż w mieście. Już od połowy sierpnia wieczory są chłodniejsze, pomimo upałów w ciągu dnia, zwłaszcza jeśli dom jest zewsząd otoczony lasem i łąkami, które dzielą się swoją wilgocią i cieniem, podchodząc pod okna w postaci mlecznobiałej mgły. Mgła towarzyszy nam prawie przez cały rok, przychodzi ciemną nocą i odchodzi z pierwszym blaskiem słońca. Sierpień i wrzesień to czas, kiedy podwórko i sad należą wyłącznie do nas, jaskółki odlatują, nie ma ptaków, które niepodzielnie zarządzają naszą działką wiosną i latem, robi się cicho, zupełnie inaczej spaceruje się po łące i ogrodzie we wrześniu, kiedy ten spokój otacza nas coraz ciaśniej, w czerwcu na podwórku czuje się jak w rezerwacie przyrody, kiedy setki ptaków zasiedlają iglaki i każdy spokojniejszy kącik podwórka śpiewając od rana do nocy. Każdy miesiąc i każda pora roku ma swój niewątpliwy urok, lubię lato i ze smutkiem przyjmuję jego koniec, ale przecież pora odpocząć od koszenia trawy, pielęgnowania kwiatów i drzew, pora na jakiś czas ukryć się w domu, żal mi zapachu siana po skoszeniu trawnika, ale jesień pachnie przecież równie kusząco, wilgotnym drewnem ułożonym w stosach przy piecu, gorącą, malinową herbatą i książkami, które jesienią wyłażą niemal z każdego kąta mojego domu:).
***
Zachęcona pozytywnymi recenzjami, wybrałam się na poszukiwania w miejskiej bibliotece i ku swojej wielkiej radości znalazłam cztery pierwsze tomy cyklu książek Diany Gabaldon i jeszcze tej samej nocy rozpoczęłam wielką szkocką przygodę z tomem pierwszym zatytułowanym "Obca'. Już dawno nie zdarzyło mi się na tyle wciągnąć w wykreowany przez autora świat, że ciężko mi przed snem przerwać czytanie i ziewając rozdzierająco, do późnych godzin nocnych towarzyszę głównym bohaterom książki, znalezionej w ciemnym zakątku biblioteki:).
Główną bohaterkę Claire Randall poznajemy w roku 1945, w szkockim Inverness, gdzie wraz z mężem Frankiem spędza wakacje i próbuje odbudować swój związek po wojennej rozłące. Frank podczas wakacji w Szkocji poszukuje informacji o swoich przodkach odwiedzając jemu podobnych pasjonatów przeszłości, a Claire rozwija swoją pasję zielarstwa. Podczas zwiedzania kamiennego, celtyckiego kręgu Craigh na Dun, Claire trafia na tajemnicze przejście pomiędzy głazami, które przenosi ją w czasie do wieku XVIII. W ten sposób Claire trafia do świata górali, szkockich klanów, twierdz i zamków, które w znanej jej współczesności są jedynie zabytkami, bądź chętnie odwiedzanymi ruinami. W roku 1743 miejsca te wciąż tętnią życiem, a opowieści o wieku XVIII męża historyka ożywają na jej oczach.
Porwana przez szkockich górali, trafia Claire do twierdzy Leoch, zarządzanej przez klan McKenziech, na zamku doskonali swoje pielęgniarskie umiejętności, lecząc dostępnymi prymitywnymi sposobami mieszkańców okolicznych wiosek i podając się za wdowę, próbuje odnaleźć się w trudnej rzeczywistości czasów, w których niemal za każdym rogiem czai się widmo gwałtownej śmierci. Aby wymknąć się z rąk angielskich dragonów, Claire zostaje przez Szkotów wydana za mąż za jednego z nich - Jamiego Frasera, lorda Borch Tuarach, który chwilowo na swoich ziemiach osiedlić się nie może, gdyż jest wyjętym spod prawa uciekinierem. Wokół miłości Claire i Jamiego, ich nie kończących się ucieczek i podróży po pięknej, dzikiej Szkocji snuje swoją opowieść Diana Gabaldon.
Swoją wszechstronność i dużą wiedzę autorka, która jest wykładowcą nauk przyrodniczych udowadnia niemal na każdej stronie swojej powieści, wciskając gdzie się da sporą porcję informacji o dawnych obyczajach, celtyckich legendach, ziołach i roślinach, szczególnie w te ostatnie wczytywałam się z wielką przyjemnością. "Obca" opowiada o czasach powstań szkockich, które miały na celu restaurację dynastii Stuartów, a które doprowadziły jedynie do upadku górskich klanów, autorka ożywiła i odbudowała ruiny starych zamków, XVIII - wieczne więzienia, stare opactwo na francuskim wybrzeżu i tchnęła ponownie życie w stare szkockie opowieści i legendy. "Obca" to książka wymykająca się łatwym klasyfikacjom gatunkowym, żeby streścić krótko jej zawartość trzeba użyć co najmniej kilku przymiotników, bo to przygodowy romans fantastyczno-historyczny:). Książka, która mimo sporej objętości nie ma chwil przestoju, autorka co rzadkie u twórczyń wielotomowych opowieści nie przynudza i nie powtarza się, historia płynie szybko, pełna jest zwrotów akcji, a gnębienia głównych bohaterów mógłby się uczyć od niej sam George R.R. Martin:).

Obca. ( Outlander. )
Diana Gabaldon
Wydawnictwo Amber, Warszawa 1999, 463 str.

piątek, 31 sierpnia 2012

Gdzieś pod powierzchnią wciąż kipiała ta sama nienawiść. Duchy Belfastu. Stuart Neville.


Kolejny, długi i po brzegi wypełniony zajęciami dzień sierpnia powolutku się kończy. Lubię to wieczorne "powolutku", bo to kilka chwil wyłącznie dla mnie, wreszcie mam czas poczytać, chociaż tempo czytelnicze latem to zaledwie kilkanaście stron dziennie, albo obejrzeć, któryś z zalegających od miesięcy w domowej filmotece filmów. Sierpniowe wieczory zaczynam z kubkiem kakao na balkonie, obserwując jak spokojnie i z dnia na dzień ciszej zapada zmrok. Sierpień ma zapach powideł i kopru upychanego w słoikach z ogórkami, a sierpniowe książki mają smak jabłek z mojego sadu:).
***
Rozsądek podpowiada, że przed snem nie myśli się i nie opowiada innym o duchach, ale cóż poradzić na to, że właśnie o duchach traktuje czytana kilka tygodni temu książka, a ja tylko tych kilka chwil późną nocą mogę poświęcić na krótką o niej opowieść:). Zatem dzisiaj będzie o Irlandii Północnej, jej balfasckim sercu, wyrzutach sumienia i makabrycznym korowodzie złożonym z dwunastu duchów, który towarzyszy głównemu bohaterowi książki z krwistoczerwoną okładką:).
"Duchy Belfastu" Stuarta Neville wybrałam znużona czytanymi ostatnio raczej spokojnymi książkami, chciałam radykalnie zmienić klimat i przeczytać jakiś kryminał, na myśl o dziełach skandynawskich pisarzy dostawałam już lekkiej wysypki, bo ostatniej jesieni trochę przedawkowałam książki rodem ze Skandynawii. Na sierpniowe wieczory wybrałam więc trzymający w napięciu debiut Irlandczyka Stuarta Neville.
Główny bohater książki Gerry Fegan urodził się na ulicy Falls w Belfaście, w bastionie republikanów. Jako nastolatek dostaje się wraz z przyjacielem Michaelem McKenna pod opiekę charyzmatycznego Byka O'Kane, który wprowadza go w struktury Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Gerry jako dorosły człowiek morduje na zlecenie swoich przełożonych i podkłada bomby na Shankill, na ulicy zamieszkiwanej przez lojalistów. Za podłożenie bomby w dzielnicy protestanckiej  i zabójstwo trzech osób, Gerry trafia do więzienia w 1988 roku. W czasie długich lat odsiadki sytuacja w Belfaście powoli się normalizuje, w 1998 roku podpisane zostaje porozumienie wielkopiątkowe, dawni koledzy zajmują intratne posady, zostają znanymi politykami. Gerry opuszcza dzięki amnestii więzienie w Maze, ale nie potrafi odnaleźć się na wolności, swoje wyrzuty sumienia topi w alkoholu, a we dnie i w nocy towarzyszy mu dwanaście duchów osób zabitych przez niego podczas "The Troubles". Makabryczny korowód nie pozwala mu zapomnieć o popełnionych zbrodniach i wymusza na Gerrym popełnienie kolejnych. Gerry znów zaczyna robić jedyną rzecz, która dobrze mu w życiu wychodziła, zaczyna zabijać, tym razem swoich dawnych przełożonych.
"Duchy Belfastu" to bardziej thriller polityczny, aniżeli kryminał, książka którą odbierałam na kilku płaszczyznach: fabuły, której bohaterowie byli jednowymiarowi i mało przekonujący oraz tła historycznego i społecznego, które bardzo sprawnie Stuart Neville opisał. Przyznam, że miałam dość ograniczoną wiedzę na temat historii Irlandii Północnej, a po lekturze "Duchów Belfastu" zaczęłam rozumieć, co tak naprawdę działo się w tym kraju przed porozumieniem wielkopiątkowym z 1998 roku, autor starał się pokazać ile krwi i złamanych życiorysów kryje się za niewinną nazwą "The Troubles". W tych momentach, w których autor odkrywał przed czytelnikami tajemnice Belfastu, tłumacząc zaszłości historyczne, książka podobała mi się bardzo, zamieniając się w przewodnik po przeszłości i teraźniejszości Irlandii Północnej i właśnie dla tych momentów polecam ją gorąco.

Duchy Belfastu. ( The Ghosts of Belfast., 2009 )
Stuart Neville
Wydawnictwo W.A.B. Warszawa  2012, 349 str.

piątek, 3 sierpnia 2012

Latem na wyspie książek.


Wyspa książek, a dokładniej jej autorka udaje się na krótki wypoczynek:). Mam zamiar zaszyć się w leśnej głuszy tak daleko od cywilizacji jak tylko pozwala na to nasza XXI-wieczna rzeczywistość:). Na co dzień wokół będę miała rzeki, stawy i nizinne łąki, dokładnie tak niebiańskie jak w poniższym cytacie:
Sophia zapytała, jak wygląda niebo, i babka odpowiedziała, że może tak jak ta łąka. Przechodziły właśnie obok pastwiska przy wiejskiej drodze i przystanęły, żeby popatrzeć. Był straszny upał, droga była biała i spękana, i wszystkie rośliny w przydrożnym rowie miały zakurzone liście. Weszły na pastwisko i usiadły na trawie, wysokiej i wcale niezakurzonej, rosły tam dzwonki, kocie łapki i jaskry.[...] Gdzieś daleko pracowała maszyna rolnicza, niestrudzenie i spokojnie. Gdyby się wyłączyć, co można było zrobić bardzo łatwo, i tylko słuchać owadów, byłoby ich wiele tysięcy milionów i wypełniłyby cały świat wznoszącymi się i opadającymi falami ekstazy i lata.  ( "Lato". Tove Jansson )
***
Przed wyjazdem zajrzałam do książki, do której obiecałam sobie zaglądać z każdą zmianą pory roku, "W ziemiańskim dworze" sprawdziłam jak wyglądało lato na polskiej wsi w czasach naszych pradziadków. Najwięcej jest w książce Mai Łozińskiej źródeł z początku wieku XX oraz z dwudziestolecia międzywojennego, dzięki czemu możemy obserwować jak postęp cywilizacyjny zmieniał ziemian i ich dwory w tych dynamicznych czasach oraz jak kolejne zdobycze myśli technicznej usprawniały prace polowe, których ogrom przypada na letnie miesiące. Maja Łozińska opowiada nie tylko o ciężkiej pracy w wiejskich majątkach, sporo miejsca poświęciła również na opisanie letnich balów i przyjęć, które zależnie od zamożności właścicieli dworu przyciągały mniej lub bardziej liczne grono rządnych zabawy biesiadników. Dużo ciekawsza od oficjalnych przyjęć wydała mi się jednak inna letnia rozrywka ziemiańskiej młodzieży, która z końcem roku szkolnego udawała się konno na włóczęgę po dalszej i bliższej okolicy, odwiedzając zaprzyjaźnionych z dworem rodziców, sąsiadów i krewnych, u których zatrzymywała się, aby dać odpocząć strudzonym wędrówką koniom i samemu skorzystać z gościnności rzadko widywanych znajomych. Podrozdziały o szkolnych wakacjach, gościnności, dworskich pensjonatach, ogrodach, żniwach, letnich rozrywkach ziemiańskiej młodzieży tworzą nam przed oczami kompletny obraz życia latem na dworach, przypominają o świecie, którego już nie ma.
***
Z przyjemnością przedstawiam jeszcze książkowe towarzystwo, które wyjeżdża ze mną:):): "Villette tom I i II" Charlotte Brontë oraz szczęśliwa wygrana, która dotarła do mnie wczoraj: "Lokatorka Wildfell Hall" Anne Brontë za którą serdecznie dziękuję Montgomerry z bloga "Słowem Malowane":) i wydawnictwu MG. Dużo radości sprawiła mi ta niespodziewana nagroda:).
Trochę więc te wiejskie i małomiasteczkowe klimaty przeplatać się w najbliższym tygodniu będą z książkową rzeczywistością wiktoriańskiej Anglii:). Nie bardzo wiedziałam jakim zdjęciem czy obrazem ubarwić dzisiejszy szybki post, dla ochłody w ten gorący, sierpniowy dzień, wklejam więc fotografię rzeki, która płynie niedaleko mojego domu:). Rzeczka jest obecnie sielsko spokojnym obiektem do fotografowania i przebywania w pobliżu, podczas roztopów zamienia się za to w istną diablicę zalewając okoliczne łąki i tworząc na wielokilometrowym pasie zieleni paskudne bagniska, na zimowych zdjęciach trudno odgadnąć, że to jest to samo miejsce. Żegnam się zatem i do napisania wkrótce:).

sobota, 21 lipca 2012

Pierwsze lekcje w sztuce kształcenia. Agnes Grey. Anne Brontë.


W zamożnych domach wiktoriańskiej Anglii nie mogło zabraknąć młodej damy pełniącej rolę guwernantki. Wykształcone, niezamężne córki duchownych lub ubogich arystokratów, nie mogąc liczyć na finansową pomoc krewnych, często podejmowały pracę nauczycielek domowych, jedyną posadę, która w tamtych czasach umożliwiała im zachowanie należnej córkom gentlemanów pozycji społecznej. Często niewiele starsze od swoich podopiecznych miały trudności z wyrobieniem sobie odpowiedniego pedagogowi autorytetu. Pozycja guwernantki na dworze była mocno niedookreślona, w hierarchii pozostawiały daleko w tyle służące, jednak brak majątku degradował je w kontaktach z pracodawcami. O kulisach wykonywania tego zawodu w XIX wieku opowiada książka Anne Brontë "Agnes Grey".
***
"Agnes Grey" to zachwycająco staroświecka powieść o losach młodziutkiej guwernantki. Książka jest niemal wiernym zapisem doświadczeń autorki Anne Brontë, która przez kilka lat wykonywała trudny zawód nauczycielki domowej w XIX-wiecznej, wiktoriańskiej Anglii. Główną bohaterkę Agnes Grey wyposażyła Anne we własne zalety duchowe i intelektualne, pozostałych bohaterów stworzyła zaś na podobieństwo swoich przełożonych z Blake Hall, czyli pierwszego domu, w którym autorka podjęła się kształcenia dwójki dzieci państwa Ingham. "Agnes Grey" to także doskonała powieść o kobietach w wiktoriańskiej Anglii, tych zamożnych skupionych na życiu dworu i ubogich, które nauczaniem zarabiały na swoje utrzymanie.
Agnes Grey jest najmłodszą z dwóch córek anglikańskiego pastora, zubożałego na skutek nieudanych inwestycji finansowych.
Jakże radosne chwile pędziłyśmy wraz z Mary, siedząc przy kominku nad naszymi robótkami, błąkając się po przystrojonych wrzosem wzgórzach albo próżnując pod naszą płaczącą wierzbą ( jedynym wysokim drzewem, które rosło w naszym ogrodzie ) i rozmawiając o czekającym nas szczęściu, o tym, co będziemy robili, co zobaczymy i co będziemy posiadali - podczas gdy jedyny fundament naszego rozmarzenia stanowiły nadzieje na bogactwo, które miało spłynąć na nas dzięki pomyślnemu wynikowi spekulacji zacnego kupca.
Rozbudzone nadzieje na zabezpieczenie losu córek i ukochanej żony toną wraz ze statkiem przewożącym skromny kapitał pastora. Aby poprawić sytuację finansową rodziny, wykształcona pod czujnym okiem matki Agnes podejmuje pracę guwernantki w domu państwa Bloomfield. Pierwsza praca przynosi Agnes niewiele radości, próby przekazania dzieciom podstawowych wartości duchowych i moralnych nie przynoszą zachwycających rezultatów, codzienna niemal fizyczna walka z rozpieszczoną gromadką i utarczki słowne z panią domu kończą się po kilku miesiącach, kiedy nasza bohaterka z ulgą przyjmuje wypowiedzenie jej posady. W kolejnym miejscu pracy, Horton Lodge państwa Murray, Agnes zajmuje się dwiema młodymi damami, które przygotowuje do debiutu w wyższych sferach. Przez dwa lata usiłuje guwernantka okiełznać charaktery swoich podopiecznych i przekazać im solidną porcję wiedzy potrzebną bogatym damom, tym razem jej wysiłki uwieńczone są drobnymi sukcesami. Horton Lodge jest miejscem przełomowych dla Agnes Grey wydarzeń, dziewczyna mimo, że niedoceniana przez pracodawców i ignorowana przez ich wytwornych gości, odnajduje się w działalności dobroczynnej, odwiedzając ubogich mieszkańców okolicznych wiosek. To właśnie w Horton Lodge poznaje Agnes młodego wikarego, dzięki któremu w sercu samotnej guwernantki kiełkuje nadzieja na miłość.
Obawiałam się trochę, czy książka najmłodszej z sióstr Brontë uznawanej za obdarzoną najmniej bogatą wyobraźnią przypadnie mi do gustu. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, "Agnes Grey" to opowiedziana pięknymi słowami, wciągająca historia, zaskakująca odważnym przedstawieniem zamkniętego świata wiktoriańskich ziemian. Pomiędzy wierszami unosi się zapach dogasających świec i starych książek w szkolnym pokoju i słychać szelest długich sukien angielskich dam. "Agnes Grey" przenosi nas w czasie i umożliwia spacer z książką po dworskim parku, podróże powozem i oddaje niepowtarzalny klimat epoki wiktoriańskiej. I to wydanie z wyjątkowo udaną okładką, która sprawia, że na długo po przeczytaniu książki, chętnie ściągam mój egzemplarz "Agnes Grey" z półki i spoglądam na niego, jak na najpiękniejszy obraz:).

Richard Redgrave "The governess" 1844 r.
Agnes Grey. ( 1847 r. )
Anne Brontë
Wydawnictwo MG,  Kraków 2012, 232 str.

środa, 18 lipca 2012

Księżna de Montpensier.


Więcej podczas ostatnich pochmurnych dni oglądam niż czytam, dlatego dzisiaj znów opowiem o filmie. Tradycyjnie będzie to film kostiumowy:). Uwielbiam historię, stąd zapewne monotematyczność moich książkowych i filmowych wyborów, a "Księżna de Montpensier" trafiła w moje ręce w dobrym momencie, z powodów zawodowych muszę odświeżyć swoją znajomość języka francuskiego. Przyniosłam już z piwnicy lekko zakurzone podręczniki, notatki, rozmówki i słowniki, łatwiej będzie mi się zabrać za powtórkę po tak pięknym, filmowym wstępie:).
Francuskie filmy kostiumowe zawsze budzą mój zachwyt, bo to dobrze opowiedziane historie z dopracowanymi i pięknymi szczegółami, francuskimi zamkami i pejzażami w tle. "Księżna de Montpensier" bynajmniej mnie nie zawiodła, wystarczy spojrzeć na wklejone do posta filmowe zdjęcia Marie Montpensier spacerującej po zamku w przepięknej sukni. 
"Księżna de Montpensier" to historia niespełnionej miłości w targanej religijnym konfliktem pomiędzy katolikami i hugenotami XVI - wiecznej Francji. Marie de Mézières pochodzi z bogatego francuskiego rodu, zaplanowane dla niej małżeństwo z Henrykiem Gwizjuszem, w którym dziewczyna jest zakochana, nie dochodzi do skutku, jej ojciec znajduje bowiem dla niej innego, lepiej sytuowanego kandydata na małżonka - księcia Filipa de Montpensier. Po ślubie, księżna de Montpensier zostaje wywieziona przez Filipa do oddalonego od działań wojennych zamku, gdzie Marie towarzyszy hrabia de Chabannes, doświadczony nauczyciel jej męża, który ma młodą żonę przygotować do jej przyszłych obowiązków na królewskim dworze. Piękna Marie de Montpensier zwraca uwagę również księcia Andegawenii, późniejszego króla Polski, a potem Francji - Henryka Walezego. Spośród czterech mężczyzn zabiegających o względy księżnej: zazdrosnego męża, dojrzałego hrabiego de Chabannes, Henryka Gwizjusza i księcia Andegawenii, Marie de Montpensier wybiera tę pierwszą, zakazaną miłość.
Film jest luźną adaptacją powieści autorstwa Madame de La Fayette, warto go zobaczyć choćby dla pięknych kostiumów, również tych męskich, za które projektantka Caroline de Vivaise otrzymała nagrodę Cezara. Film oddaje blaski i cienie epoki o której opowiada, wyraźnie pokazuje historyczne tło, dworskie i miłosne intrygi pomiędzy francuską arystokracją oraz niepokoje religijne z połowy wieku XVI we Francji.


Księżna de Montpensier. ( La princesse de Montpensier. ) 2010 reż. Bertrand Travernier

wtorek, 10 lipca 2012

Wojna dwóch róż. Taniec ze smokami. Część II. George R.R. Martin.


W jednym z wywiadów z Georgem R.R. Martinem przeczytałam, że inspirację dla "Pieśni Lodu i Ognia" autor zaczerpnął z pewnego historycznego wydarzenia. Z kart powieści łatwo wyczytać, że pisarz jest wybitnie zorientowany w tematach średniowiecza: zwyczajach, sposobach walki, systemie społecznych powiązań, rycerskim sposobie życia oraz dworskich intrygach i czerpie garściami z tego pełnego fascynujących opowieści historycznego źródła. Historią, która posłużyła za pierwotny szkic, biegnącej już z czasem własnymi, bardzo rozbudowanymi torami "Pieśni Lodu i Ognia" była wojna dwóch róż. Pod tą piękną i niewinną nazwą, kryje się opowieść o walce dwóch rodów o tron angielski w latach 1455-1485. Współzawodnictwo rodu Lancasterów z czerwoną różą w herbie i rodu Yorków z białą różą na chorągwiach, przerodziło się wiele wieków temu w regularną wojnę domową. Przyczyną walk był chaos w jakim pogrążyła się Anglia po przegranej wojnie stuletniej i coraz wyraźniejsza nieudolność szalonego monarchy Henryka VI Lancastera. Opozycja popierana przez potężny ród Yorków, wyczuła okazję na przejęcie władzy z rąk osłabionego króla, na jej czele stał hrabia Warwick, który zyskał sobie przydomek twórcy królów. Małżonkę króla Henryka - Katarzynę Andegaweńską, podejrzewano o urodzenie syna z nieprawego łoża, którego następnie próbowano uczynić prawowitym następcą tronu. Intrygi dworskie, rzucanie na królową oskarżeń o cudzołóstwo, uwięzienie i późniejsza śmierć szalonego króla Henryka VI i zastąpienie go Edwardem IV, zamordowanie następcy tronu małoletniego Edwarda V i jego młodszego brata ( chłopcy do dzisiaj straszą w Tower ), które podważyło pretensje do tronu Yorków, szereg bitew pomiędzy przedstawicielami i stronnikami rodów dwóch róż, które przechylały szalę zwycięstwa z jednej na drugą stronę, przecież bardzo podobnie układają się w książce losy Lannisterów i Starków. W wojnie dwóch róż wyginęli niemal wszyscy przedstawiciele starej, angielskiej szlachty, zastąpieni później przez nową szlachtę, w książce sytuacja rozwija się w podobny sposób. Zakończenie trwającego 30 lat konfliktu, który pogrążył w chaosie Anglię, nadeszło wraz z koronacją Henryka VII Tudora, jego kandydaturę wysunęli stronnicy Lancasterów po śmierci Ryszarda III. Ślub Henryka VII z córką Edwarda IV kończy trzydziestoletnie zmagania angielskiej arystokracji i rozpoczyna czasy panowania dynastii Tudorów.
***
W drugim tomie "Tańca ze smokami" historia zdecydowanie przyspiesza, co daje zapowiedź i nadzieję na jeszcze dynamiczniejsze rozwinięcie fabuły w tomie kolejnym.
Ścieżki głównych bohaterów zaczynają się wreszcie krzyżować, a końcówka książki niesie zapowiedź wyjaśnienia między innymi smoczego wątku. Bohater, któremu dotąd nie kibicowałam - Theon, w końcu wyrywa się swoim oprawcom, a jego wątek zaczyna zyskiwać na znaczeniu, Tyrion znajduje się coraz bliżej smoczej królowej Daenerys. Sytuacja na Murze również zmienia się bardzo dynamicznie, dawni wrogowie, których usiłuje przeciągnąć na swoją stronę Lord Dowódca Jon Snow, zaogniają konflikt wewnątrz Straży, podsycany dodatkowo obecnością królowej Selyse i czerwonej kapłanki. Arya odnajduje się w tajemniczej świątyni i na razie trudno powiedzieć jaką przyszłość przewidział dla niej autor. Ród Lannisterów coraz bardziej traci na znaczeniu, głównie przez nieudolność Cersei. W Siedmiu Królestwach pojawiają się uznani za zmarłych, nowi pretendenci do Żelaznego Tronu, sojusze polityczne wywracają się i osłabiają, na scenie pojawiają się nowi bohaterowie. 
Jesienne sztormy na morzach niszczą floty i krzyżują plany głównych bohaterów. Na północy zima trwa już w najlepsze, kiedy białe kruki z Cytadeli obwieszczają początek wielu lat zmagań z zimowym żywiołem również południowym lordom Siedmiu Królestw.
Na oknie siedział wielki kruk, strosząc jasne pióra. Kevan Lannister nigdy jeszcze nie widział tak olbrzymiego. Był większy od najokazalszego sokoła w Casterly Rock, a nawet od największych sów. Padający śnieg tańczył wokół ptaka, a blask księżyca nadawał mu srebrną barwę.
- Nie srebrną. Białą. Ten ptak jest biały. 
Białe kruki z Cytadeli nie przenosiły wiadomości jak ich czarni kuzynowie. Wysyłano je ze Starego Miasta tylko w jednym celu: żeby obwieścić nadejście nowej pory roku. 
- Zima - rzekł ser Kevan. To słowo zamieniło się w powietrzu w białą parę.
Podoba mi się ta wymyślona na potrzeby fantastycznego świata Westeros symbolika, białe i czarne kruki, mityczne wilkory, Inni i smoki, zazdroszczę całym sercem wiedzy historycznej i wyobraźni autorowi i niecierpliwie czekam na zimowe podmuchy wiatru w Siedmiu Królestwach:). Cieszę się, że za sprawą serialu HBO nie muszę jeszcze żegnać się z prozą Georga R.R. Martina, przede mną jeszcze ciepły drugi sezon, który mam w planach obejrzeć w najbliższym czasie. W empiku przeglądałam ostatnio komiks "Gra o tron", dawno komiksów nie czytałam, więc może i na to wydawnictwo kiedyś się skuszę:).

Taniec ze smokami. Część II. ( A Dance with Dragons Vol. 2. )
George R.R. Martin.
Wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 2011, 757 str.
Taniec ze smokami. Część I.
A Dance with Dragons.

czwartek, 5 lipca 2012

Siostry Brontë.


Podczas wizyty w księgarni wypatrzyłam na półce "Agnes Grey" Anny Brontë, niewielką książkę z piękną okładką utrzymaną w ciemnej tonacji, bardzo stylową i klimatyczną. Ponieważ dawno temu postanowiłam nie robić pochopnych zakupów, z księgarni wyszłam bez pierwszego polskiego wydania książki Anny Brontë, chociaż ciekawość paliła mnie równie mocno, jak popołudniowe słońce w ostatnich dniach. To niedopatrzenie oczywiście bardzo szybko nadrobiłam w domu, zamawiając książkę przez internet:). Oczekiwanie na przesyłkę, skróciłam sobie przeglądając biografie sióstr Brontë i oglądając dostępne w internecie filmy dokumentalne na ich temat, przejrzałam również swoje poprzednie posty o "Jane Eyre" i "Na plebanii w Haworth". W tych filmowych poszukiwaniach dokopałam się do roku 1979 i francuskiego filmu biograficznego "Siostry Brontë" w reżyserii André Téchiné .
Film fabularny rządzi się oczywiście swoimi prawami i zawiera kilka elementów niezgadzających się z prawdziwą biografią sióstr z Haworth, pewne wątki dodano, pewne pominięto, można mieć również zastrzeżenia do obsady, Emilię zagrała Isabelle Adjani, pozostałe dwie siostry zagrały dwie równie piękne francuskie aktorki, chociaż uroda samych pisarek była przecież dość dyskusyjna. Siostry Brontë, jak pokazują ich obrazy, były ładnymi kobietami, ale nie były wybitnymi pięknościami jak Isabella Adjani, Isabelle Huppert i Marie-France Pissier.
Dla ubarwienia fabuły dodano również płomienny romans, pomiędzy Branwellem i matką dzieci, których był guwernerem. To właśnie w dniu, w którym dama serca mimo, że miejsce u jej boku zwolniło się po śmierci męża, odrzuca zaloty Branwella Brontë, rozpoczyna się historia jego upadku i uzależnienia od opium.
Koleje losów sióstr Brontë są wyraźnie zaznaczone: praca guwernantek, wyjazd do Brukseli i plany otwarcia pensji w Haworth, pierwsze sukcesy literackie i choroba Emilii. Film rozpoczyna się od scen w salonie plebanii, który jest wiernym obrazem fotografii z muzeum w Haworth, w niewielkim ciemnym pomieszczeniu Anna i Charlotta zapisują swoje myśli, dyskutują o przeczytanych książkach i zastanawiają się jak potoczą się przyszłe losy ich rodzeństwa. W tym czasie Emilia spaceruje po ponurych wrzosowiskach, jej postaci w filmie nadano jakiś rys szaleństwa, zaczerpnięty zapewne z napisanych przez nią "Wichrowych wzgórz". Branwell spędza czas w znajdującej się nieopodal gospodzie. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów "Agnes Grey" skojarzyłam, że filmowe dialogi tworzą te wyjęte fragmentami z książek sióstr Brontë.
Pomimo kilku naprawdę drobnych zastrzeżeń, całość bardzo mi się podobała: nastrój, sceneria wrzosowisk i starej plebanii z widokiem na cmentarz, wnętrza i stroje z epoki wiktoriańskiej, ukazanie jak radziły sobie siostry w brukselskiej szkole i jako guwernantki. Film jest nagrany wiele lat temu, więc można mu sporo wybaczyć. Całość to kawałek dobrego kina i powinien spodobać się miłośniczkom prozy sióstr Brontë.

Siostry Brontë. ( Les Soeurs  Brontë. ) reż. André Téchiné, 1979 r.

wtorek, 3 lipca 2012

W zacisznym domu nadal wesoło będzie płonął ogień na kominku. Ania ze Złotego Brzegu. Lucy Maud Montgomery.



Jakiś czas temu kupiłam "Anię ze Złotego Brzegu", zawsze podobała mi się okładka tego wydania stworzona przez Bena Stahla, z płomiennie rudą Anią w towarzystwie bliźniaczek Nan i Di zbierających kwiaty, z tyłu trochę schowani są chłopcy ze Złotego Brzegu i dom Blythe'ów. A to wszystko w oprawie z mojego ulubionego, zielonego koloru. Samo spoglądanie na nowy nabytek oczywiście mi nie wystarczyło, skoro nowa książka pojawiła się w moim domu, musi przejść tradycyjny chrzest bojowy i zostać przeczytana, odkładanie na regał książek nieprzeczytanych to okrucieństwo:P. I naprawdę nie ma znaczenia że "Anię ze Złotego Brzegu" czytałam już tyle razy, że trochę się wstydzę przyznać ile dokładnie.
Złoty Brzeg otoczony wypielęgnowanym ogrodem jest drugim po Wymarzonym Domku, domem  Ani i Gilberta. Dom jest na tyle duży, aby pomieścić liczną rodzinę doktora i jej czworonożnych przyjaciół, w zakamarkach Złotego Brzegu zdarzyło się nawet Blythe'om na jeden wieczór zgubić najstarszego syna Jima. Kuchnią Złotego Brzegu zarządza Zuzanna Baker, pocieszająca i dokarmiająca nocami małych Blythe'ów i ciesząca się prawami członka rodziny. W Złotym Brzegu na świat przyszli Walter, bliźniaczki Nan i Di, Shirley i w tym właśnie tomie, najmłodsza Rilla. Dzieci dorastają i przeżywają swoje pierwsze przygody, każdemu z nich poświęcono przynajmniej jeden rozdział, tym samym, w tej książce najmłodsze pokolenie przejmuje inicjatywę i to właśnie troski oraz radości dzieci są głównym motywem powieści. Nowe, szkolne przyjaciółki Nan i Di, nie zawsze okazują się uczciwe i szczere, a pierwsze bolesne rozczarowania dzieciom ze Złotego Brzegu najlepiej przetrwać w ramionach mamy. Ania zarzuciła karierę literacką, skupiając się na prowadzeniu domu, składaniu sąsiedzkich wizyt, pocieszaniu, utulaniu do snu i opiece nad szóstką swoich dzieci, nadal jest rozmarzona, ale już nie tak roztrzepana. Kolejne pory roku mijają na Złotym Brzegu, stary zegar wybija spokojny rytm życia całej rodziny, aż do pojawienia się pewnej złośliwej ciotki Gilberta, rozstawiającej dzieci po kątach i karmiącej zgryźliwymi uwagami panią domu - Anię i Zuzannę. Ciotka Mary Maria, co prawda uprzykrza życie bohaterom, ale doskonale ubarwia tę sielankową książkę. Mary Maria spędza na Złotym Brzegu wiele, dłużących się tygodni, aż do zaskakującego wyjazdu po pewnym przyjęciu urodzinowym. Od tego dnia kolejne nadchodzące miesiące mają nieco przyjaźniejsze oblicze, a błogi spokój otula przyjazne kąty Złotego Brzegu i jego mieszkańców. Dla ochłody umieszczam zimowy cytat, o tym jak w Złotym Brzegu świętowano Boże Narodzenie, bo to właśnie ten fragment oddaje całe ciepło rodzinne i atmosferę książki:
- Ostatnio nie miewamy staroświeckich zim, prawda, mamusiu? - rzekł posępnie Walter. Listopadowy śnieg dawno stopniał i przez cały grudzień Glen St. Mary było miejscem czarnym i ponurym, ujętym w ramy szarych wód zatoki pokrytej kędzierzawymi  grzywami śnieżnobiałej piany. Zdarzyło się zaledwie kilka słonecznych dni, kiedy zatoka iskrzyła się w złocistych objęciach wzgórz. Przeważnie jednak panowało przygnębiające zimno. Na próżno mieszkańcy Złotego Brzegu oczekiwali z nadzieją, że przed Bożym Narodzeniem spadnie śnieg. Pomimo to, jak co roku, czyniono przygotowania do świąt. Gdy nadszedł ostatni tydzień grudnia, Złoty Brzeg wypełniły tajemnicze szepty i cudowne zapachy. W przeddzień Bożego Narodzenia wszystko było gotowe. Przyniesione przez chłopców drzewko świerkowe ustawiono w rogu salonu. Na oknach i drzwiach zawieszano wielkie zielone wianki przewiązane czerwonymi kokardami. Poręcze schodów owinięto gałązkami jodłowymi, a spiżarnia Zuzanny była wypełniona po brzegi.
Jest jakaś magia w książkach Lucy Maud Montgomery i w jej najlepiej znanym powieściowym dziecku, Ani Shirley. Chociaż autorce pisanie kolejnych tomów o życiu rudowłosej marzycielki nie sprawiało wielkiej przyjemności, chwała jej za to, że przezwyciężyła swoje opory i możemy towarzyszyć Ani od przybycia na Zielone Wzgórze, poprzez edukację w Avonlea i na Uniwersytecie, aż po założenie rodziny i zamieszkanie w Złotym Brzegu. Na książki o Ani reagowałam podobnie entuzjastycznie na każdym etapie swojego życia, seria książek Lucy Maud Montgomery chyba nigdy się dla mnie nie zestarzeje, system wartości które popularyzuje, taki niedzisiejszy, pomaga mi ochłonąć po codziennym szaleństwie i pomarzyć o własnym, spokojnym Złotym Brzegu:).

Ania ze Złotego Brzegu. ( Anne of Ingleside. )
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, 355 str.
Ania z Avonlea.