sobota, 30 czerwca 2012

W kleszczach lęku.


Zawsze chciałam zamieszkać na zamku:P, ewentualnie w jakiejś uroczej wiejskiej rezydencji w stylu angielskim:):). Zbudowanej z szarego kamienia, z dużymi oknami, krętymi korytarzami i tajemniczymi schowkami. Chociaż większość czasu i tak spędzałabym zapewne w zamkowej bibliotece, więc czy warto zamieszkiwać i sprzątać cały zamek, skoro do szczęścia wystarczy mi tylko porządna biblioteka:)? Z tego zamiłowania do zamków i starych, tajemniczych rezydencji zrodziła się moja niegroźna na ich punkcie obsesja, dająca o sobie znać przy doborze książek do przeczytania i filmów do obejrzenia. Widząc książkę lub film z opisaną powyżej scenerią na okładce lub zapowiedzią podobnych klimatów w tytule muszę film obejrzeć, a książkę przeczytać jak najszybciej. Tym razem skusiłam się nawet na horror o pewnej angielskiej rezydencji Blithe, chociaż na co dzień nie lubię się bać, a filmy o duchach oglądam z zamkniętymi oczami.
"W kleszczach lęku" to filmowa adaptacja książki napisanej przez Henry'ego James'a w 1898 roku. Książki nie znam, więc trudno mi ocenić na ile film oddaje jej nastrój, na pewno zmieniono czas akcji, filmowa opowieść rozpoczyna się w roku 1921 w Londynie. Dwudziestoletnia główna bohaterka Ann, opuszcza rodzinny dom rządzony twardą ręką ojca, surowego pastora i udaje się do Londynu w poszukiwaniu pierwszej pracy. Zaoferowana jej przez wuja osieroconego rodzeństwa: Flory i Milesa, posada guwernantki w wiejskiej rezydencji Blithe, wydaje się niedoświadczonej Ann spełnieniem marzeń, zauroczona swoim przystojnym przełożonym z tym większym entuzjazmem podejmuje nowe wyzwanie. Pierwsze dni spędzone w okazałym, posępnym domostwie są zapowiedzią nadchodzącej burzy, służba złożona wyłącznie z kobiet (jest rok 1921, wojenną zawieruchę przeżyło niewielu mężczyzn z okolic rezydencji) po kątach zakłada się jak długo wytrzyma w Blithe Ann, na szczęście mała podopieczna Flora wydaje się początkowo miłym i nie sprawiającym kłopotów dzieckiem. Dopiero w dniu, w którym na wieś powraca wyrzucony ze szkoły Miles, Blithe zmienia się nie do poznania, tajemnicze szepty i postacie ukrywające się w wieżach i ogrodach starej rezydencji, coraz nachalniej demonstrują swoją obecność, poszukując kontaktu z chłopcem. 
Film jest produkcją BBC z 2009 roku, w roli Ann wystąpiła Michelle Dockery, a lekarza który wysłuchał jej historii Dan Stevens, para aktorów znana z serialu "Downton Abbey". Tradycyjnie film jest bardzo dobrze zagrany, również przez młodziutkich aktorów grających Florę i Milesa, piękna jest rezydencja Blithe, stary kościół i cmentarz potęgujące nastrój grozy. Podobały mi się realia lat dwudziestych oddane w strojach bohaterów, pięknie urządzone i pełne niepokojących zakamarków wnętrza Blithe i niepewność jaką pozostawia zaskakujący finał filmu. "W kleszczach lęku" to film będący miłą odmianą po oglądanych ostatnio transmisjach meczów piłki nożnej:).

W kleszczach lęku. ( The Turn of the Screw. ) 2009 r. reż. Tim Fywell

sobota, 23 czerwca 2012

Jesień na Mazurach. Siedlisko. Janusz Majewski.


Moja ostatnia czytelnicza podróż zaniosła mnie na Mazury:), ten zakątek naszego kraju ma szczęście do dobrych książek na swój temat, jakiś czas temu zachwyciła mnie powieść Andrew Tarnowskiego "Rdzawe szable, blade kości...", wiosną odkryłam "Siedlisko" Janusza Majewskiego. Prawda, że tytuł brzmi znajomo:). Otóż "Siedlisko" powstało na podstawie scenariusza do serialu pod tym samym tytułem, emitowanego w polskiej telewizji wiele lat temu i co jakiś czas przypominanego. Serial był i nadal jest perełką na tle innych polskich produkcji, świetnie obsadzony, pokazuje obraz prowincji sprzed lat kilkunastu i historię Kalinowskich, którzy na czas jesieni swojego życia, odnaleźli swój mały raj na Mazurach. Książka zawiera elementy autobiografii, autor i jego żona przeszli podobną drogę życiową, z wielkiego miasta na mazurską wieś, w jednym z numerów "Werandy Country" znajduje się reportaż ze zdjęciami ich kawałka Mazur.
"Siedlisko" ku mojej wielkiej radości jest dużo bardziej rozbudowane od serialu. Książka to nie tylko piękne obrazy i błyskotliwe dialogi, papier pomieścił przemyślenia bohaterów, historie z ich przeszłości i dalszy ciąg. Serial zakończył się scenami z pierwszego Bożego Narodzenia spędzonego w Siedlisku, książkowa opowieść płynie nieco dalej:).
W pierwszych scenach filmu i pierwszym rozdziale "Siedliska" Marianna i Krzysztof poszukują miejscowości Panistruga i starego domu, który niespodziewanie stał się ich własnością. Przepisane na Mariannę gospodarstwo zmarłej ciotki Róży Kapli, dla twardo stąpającego po ziemi naukowca Krzysztofa to kłopot, który rozwiązać ma szybka jego sprzedaż, jego żona malarka, chce jeszcze przekroczyć progi domu, z którym wiążą ją najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Dom, w którym czas zatrzymał się jeszcze w latach młodości Marianny, budzi wspomnienia ciepła rodzinnego i podbija serca warszawiaków. Piękny krajobraz Mazur, okoliczne jezioro i łąki, urzekają swoim pięknem również ukrywającego pod zasłoną z ciętego dowcipu wszelkie przejawy sentymentalizm Krzysztofa. I tak z miejsca na sprzedaż, dom na Mazurach zmienia się w Siedlisko Kalinowskich.
W "Siedlisku" spędzamy z bohaterami wszystkie cztery pory roku, poznajemy ich bliższą i dalszą rodzinę. Asystujemy Mariannie zmagającej się z remontem domu, poznajemy historię życia ich sąsiada Gustawa Wolfa, prześladowanego podczas wojny i w latach powojennych i piękną opowieść o jego miłości do młodej nauczycielki Róży Kapli. "Siedlisko" zawiera w sobie kilka takich historii, tę książkę tworzy bolesna i skomplikowana historia Mazur, ukazana w losach bohaterów drugoplanowych i współcześni jej mieszkańcy, z którymi niejednokrotnie ciężko dogadać się "miastowym", ale czas i wzajemny szacunek zbliżają Kalinowskich i mieszkańców Panistrugi.
"Siedlisko" polecam serdecznie na letnie, wakacyjne czytanie, bo to chyba najlepsza i jedyna powieść z motywem wyprowadzki na prowincję, którą mogę polecić z czystym sumieniem. Chociaż trochę żałuję, że nie poczekałam z lekturą tej książki na zimowe miesiące, ciepło i atmosfera rodzinnego wieczoru przed kominkiem panujące w "Siedlisku" są wymarzonym klimatem dla zmęczonego zawieruchami umysłu w zimie.

Siedlisko.
Janusz Majewski
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2011, 495 str.

piątek, 22 czerwca 2012

Dowody na to, że przyszło lato. Razem ze słonkiem. Lato. Maria Kownacka.


Witam serdecznie drugiego dnia astronomicznego lata:). Dnia nam przybyło, nocne ciemności się skurczyły, na brak słońca też ostatnio nie możemy narzekać, nic tylko wyruszyć w plener i porozglądać się chociażby po najbliższym parku, łące i lesie. Poobserwować, co wraz z kolejną zmianą daty w kalendarzu, zmieniło się w przyrodzie. Książką, która od dawna towarzyszy mi latem jest "Razem ze słonkiem. Lato." Marii Kownackiej. Wiem, że tytuł brzmi podejrzanie przedszkolnie, bo też i dla tej najmłodszej grupy odbiorców stworzyła autorka książkę, ale zapewniam, że dorosły czytelnik znajdzie tutaj masę informacji i ciekawostek, o których nie miał zielonego pojęcia. Obrazki Zbigniewa Rychlickiego, na których wychowały się pokolenia młodych Polaków, dopełniają całości, tworząc bardzo klimatyczną, piękną i trochę zapomnianą już książkę.
"Razem ze słonkiem" to sześciotomowy cykl książek o przyrodzie, każda część opowiada o innej porze roku: Przedwiośnie, Wiosna, Lato, Złota jesień, Szaruga jesienna i Zima. Mam duży sentyment do tych starych książek, które przeglądam odkąd nauczyłam się czytać, stylu jakim zostały napisane i ilustracji: krajobrazów wiejskich, starych domków otoczonych drewnianym płotkiem, psich bud, kwiatów i zwierząt. Dotąd nie trafiłam na jakiekolwiek książki o porach roku, które podobałyby mi się choć w połowie tak bardzo, jak małe dzieła Marii Kownackiej.
Kiedy dojrzeje dużo poziomek, kiedy na łąkach zakwitną trawy, na polach zakwitnie pszenica, a wśród niej szafirowe chabry, kiedy z ula wyleci pierwszy rój pszczół, a wiele ptasich piskląt opuści gniazda, kiedy zaczną dojrzewać czerwone i czarne porzeczki - wtedy mamy dowody na to, że przyszło lato.
Letnia pogoda bywa ostatnimi laty bardzo kapryśna, ale nawet deszcz nie jest w stanie popsuć mi humoru, kiedy za oknami wszystko kwitnie i śpiewa. Lato to dla mnie ukwiecona łąka, ale taka widziana z bardzo bliska, w kolorze chabrów, łopianów i motyli, z całym małym zamieszaniem, które robią owady: mrówki i pszczoły i rozgrzany, kamienny most nad rzeką, na którym można ogrzać plecy i odpocząć spoglądając na lasy i pola uprawne. Książka Marii Kownackiej pozwoli rozszyfrować letnią łąkę, nazwać każdy kwiat, drzewo w lesie, zwierzęta, poznać ich zwyczaje. Wyjaśni dlaczego zające uciekają nam sprzed nóg kiedy zbliżymy się do nich i skomplikowany proces budowy jaskółczego gniazda. Kilka bardzo praktycznych informacji ucieszy każdą panią domu, jak rozsadzać truskawki, pelargonie, ja przypomniałam sobie o zimowym, zielonym źródełku witamin - roszponce. W tomie opowiadającym o lecie jest cały rozdział poświęcony tworzeniu bukietów z kwiatów polnych i ogrodowych. Z tymi polnymi trzeba się spieszyć, bo niedługo pierwsze sianokosy, no przynajmniej u mnie na wsi:).
"Razem ze słonkiem" zawiera całe mnóstwo pomysłów na zabawy dla maluchów. Autorka zachęca do założenia skrzyni skarbów i zbierania do niej eksponatów podczas letnich podróży: morskich muszelek, ptasich piórek, leśnych szyszek, które jesienią i zimą można przerobić na małą makietę ogródka, albo choinkowe zabawki i łańcuchy. Lato to również czas zapełniania piwnic i spiżarni kolorowymi słoikami konfitur. Zapasy można zrobić również dla dokarmianych zimą ptaków, zbierając i susząc jadalne ziarenka.
O ile przyjemniej pracuje się i wypoczywa latem, wie chyba każdy z nas, robota nawet najmniej lubiana dosłownie "pali się" w rękach, to dzięki energii pożyczonej od słońca, które w końcu jasno nam świeci:). Życzę bardzo udanych letnich dni i polecam "Razem ze słonkiem" małym i dużym czytelnikom, bo książka chociaż stareńka i nieco anachroniczna, zawiera sporą dawkę wiedzy podaną w bardzo przystępny sposób.

Razem ze słonkiem. Lato.
Maria Kownacka
Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986, 143 str.

środa, 6 czerwca 2012

Tajemnica domu na wzgórzu i moje czytanie od kuchni.

Seriale BBC chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać swoim bogactwem: ilością zekranizowanych powieści, jakością, dbałością o detale. Z wielkim zaskoczeniem odkryłam pośród nich kolejną perełkę, serial "Tajemnica domu na wzgórzu", który jest ekranizacją, przetłumaczonej ostatnio na język polski powieści "Lokatorka Wildfell Hall" Anny Brontë. Nie miałam pojęcia, że książkę przeniesiono na ekran. Powieści jeszcze nie czytałam, planuję dopiero jej zakup w najbliższym czasie, a obejrzenie serialu tylko podsyciło moją chęć sięgnięcia po książkę.
Główna bohaterka, Helen Graham osiedla się wraz z kilkuletnim synem w starym, zniszczonym dworze Wildfell Hall w Yorkshire. Jest wiek XIX, samotna kobieta budzi zainteresowanie sąsiadów nieznających jej przeszłości. Helen nosi żałobę, zostaje więc uznana za wdowę. Aby utrzymać siebie i syna Arthura, maluje i sprzedaje swoje obrazy.
Widoczna niechęć Helen do zacieśniania sąsiedzkich więzów, śmiałe poglądy wypowiadane w towarzystwie i tajemniczy mężczyzna odwiedzający dwór Wildfell Hall wieczorami, podsycają niezdrową ciekawość sąsiadów, co do przeszłości głównej bohaterki.
Gilbert Markham, zafascynowany nową mieszkanką okolicy, jako pierwszy zdobywa zaufanie Helen, to jemu zwierza się ze swojej przeszłości, wyjaśnia powody dla których opuściła swojego męża.
Serial został bardzo dobrze obsadzony. Gilberta zagrał Toby Stephens, znany z serialu "Jane Eyre", wymarzony bohater powieści sióstr Brontë, obdarzony tajemniczym, odrobinę mrocznym typem urody. Helen zagrała Tara Fitzgerald, której naturalnie piękną twarz wyeksponowali, zamiast ukrywać pod mocnym makijażem, twórcy serialu. Zadbano o każdy drobiazg, piękne kostiumy i fryzury z epoki, wnętrza, krajobrazy. Podniszczone meble i popękane ściany Wildfell Hall podkreślają delikatny urok tego miejsca i dodają mu autentyczności. Dopracowana całość sprawia, że oglądającemu serial widzowi wydaje się, że przeniósł się w czasie, na XIX wieczną angielską prowincję:).

Tajemnica domu na wzgórzu. ( The Tenant of Wildfell Hall. ) reż Mike Barker, 1996 r.
***
Zostałam zaproszona przez Bubisę, autorkę bloga "Moje życie na wsi", na który z przyjemnością zaglądam, do wzięcia udziału w zabawie o czytaniu. A, że zabawa polega na udzieleniu odpowiedzi na kilka mało kłopotliwych pytań dotyczących jednego z moich ulubionych, bo książkowych tematów, poniżej prezentuję swoje odpowiedzi:):).
O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Najczęściej czytam przed snem, czasem urządzam sobie leniwe popołudnie z książką, jeśli mogę sobie na to pozwolić. W ciągu dnia zdarza mi się czytać w tramwaju i autobusie oraz w poczekalniach, jestem niecierpliwa i książka pomaga mi lepiej znosić ból oczekiwania:).
W jakiej pozycji najchętniej czytasz?
Na siedząco, najchętniej na leżaku balkonowym z kopytkami ułożonymi elegancko na podnóżku, ale nie zawsze obowiązki i pogoda pozwalają na taki luksus. Zimą i jesienią czytam na fotelu lub na łóżku, opatulona i otoczona kocami i poduszkami, zniesionymi z całego domu, przy świetle wszystkich pokojowych lampek. Lubię się krzątać po domu i ogrodzie, dlatego kiedy jestem na wsi, często czytana książka wędruje ze mną od leżaka do stolika przed domem, poprzez ogrodową huśtawkę, pergolę z ławeczką w sadzie i z powrotem do domu, potem wieczorem usiłuję sobie przypomnieć gdzie ją porzuciłam ostatnio:).
Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Zależy od nastroju i od tego, co akurat wpadnie mi w ręce. Lubię dobrą fantastykę, kryminały, najchętniej skandynawskie, bo ten rejon świata najbardziej mi się podoba z jego mroźnym klimatem, nie pogardzę dobrą książką dla dzieci, lubię albumy i książki opowiadające o przyrodzie, książki historyczne, lub takie osadzone w czasach zamierzchłych, książki o polskich tradycjach, o życiu codziennym naszych przodków i klasykę literatury angielskiej, rosyjskiej, francuskiej i polskiej, bo na niej trudno się zawieść.
Jaką książkę ostatnio kupiłaś-otrzymałaś?
Moje ostatnie zakupy książkowe to "Ania ze Złotego Brzegu", "Ania z Avonlea" Lucy Maud Montgomery, "Siedlisko" Janusza Majewskiego i "Taniec ze smokami" Georga R.R. Martina.
Co czytasz obecnie?
Aktualnie jestem w trakcie czytania "Siedliska" Janusza Majewskiego i jestem zachwycona tą książką. Czytam ją powolutku, delektując się każdym słowem:).
Używasz zakładek czy zaginasz rogi?
Rogów nie zaginam, bo to paskudny i niszczący dla książek zwyczaj. Używam pocztówek, których sporo się w moim domu nazbierało, mam też kilka zakładek, ale nie mam ulubionych.
E-book czy audiobook?
Czytam głównie książki w wersji papierowej, ale zobaczymy co przyszłość pokaże, nie opieram się nowym technologiom.
Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Te książkowe początki chyba wszyscy mamy podobne: uwielbiałam i nadal darzę wielką miłością "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren i książki Lucy Maud Montgomery. Z tych nieco mniej znanych, książka o wielkim białym psie, którego chciałam i nadal chcę mieć, czyli "Bella i Sebastian" Cécile Aubry i piękna górska opowieść "Skarby śniegu" Patricii St. John.
To już wszystko na dzisiaj, więc pozdrawiam cieplutko i życzę słonecznego końca tygodnia:).

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Co człowiek ma robić kiedy świat mu się skończy? Tajemnica dworu w Stornham. Frances Hodgson Burnett.


Dzisiaj znów dwór w tytule książki:). Tym razem nie białe cudo, otoczone starymi wierzbami i parkiem w zielonej nadwiślańskiej krainie tylko posępne, angielskie, kamienne domiszcze w osnutym mgłą, wyspiarskim krajobrazie, które dopiero w miarę rozwoju  historii, pięknieje ze strony na stronę.
Autorka "Tajemnicy dworu w Stornham" znana jest głównie ze swojej twórczości dla najmłodszego czytelnika. Kultowy "Tajemniczy ogród" rozpoczynał moją przygodę z czytaniem i wyrobił we mnie obraz ogrodu idealnego: zarośniętego, ukrytego za wysokim murem i żywopłotami, pełnego żywotnych, wieloletnich i odpornych roślin, które śmiało radzą sobie i bez opieki człowieka. Te wzorce staram się ożywić w moim ogrodzie, z mniejszym lub większym powodzeniem:). "Mała księżniczka", jej animowana, filmowa i książkowa wersja to również część historii mojego dzieciństwa. Do dziś mam wielki sentyment do imienia głównej bohaterki, Sara to chyba jedno z najpiękniejszych imion, jakie można nadać młodej damie, i do filmowej, stareńkiej wersji z Shirley Temple w roli głównej. Później przyszła pora na "Małego lorda" i na tej książce zamknęła się moja znajomość literatury pióra Frances Hodgson Burnett.
Pośród tych znanych powieści, odnalazłam na bibliotecznym regale tytuł kompletnie mi obcy, kolejną miłą niespodziankę, niesłusznie umieszczoną w dziale dla najmłodszych. "Tajemnica dworu w Stornham" to powieść napisana dla dorosłego czytelnika, poruszająca problem zależności kobiet od mężczyzn występujący pośród skostniałej, angielskiej arystokracji w początkach wieku XX.
Zubożały arystokrata, Nigel Anstruthers wyrusza do Stanów Zjednoczonych, aby znaleźć majętną, amerykańską żonę. Rozalia Vanderpoel młodziutka, naiwna i delikatna córka, bogatego kupca, staje się szybko obiektem jego starań. Przy zgodzie rodziców dziewczyny i jawnym sprzeciwie młodszej siostry, Betty, Rozalia i Nigel biorą ślub i udają się do Anglii, do włości pana młodego, zdewastowanego dworu w Stornham.
Już pierwsze tygodnie małżeństwa, obnażają podły charakter lorda Anstruthers, Rozalia dotąd otoczona wyłącznie miłością, trafia w szpony chciwego męża i okrutnej teściowej, traci kontakt z rodziną, na długie lata staje się więźniem Stornham i ofiarą złych humorów swojego arystokratycznego męża. Kiedy Rozalii wydaje się, że jej życie zakończyło się w dniu przekroczenia bram starego dworu, jej dorastająca siostra Betty planuje wizytę w Anglii i poznanie powodów dla których starsza z sióstr zerwała kontakty z rodzicami.
Betty, ciemnowłosa i wykształcona w najlepszych europejskich szkołach piękność, wsiada na pokład statku Meridiana i wyrusza do Stornham. Podczas zderzenia pasażerskiego statku z tankowcem poznaje tajemniczego pasażera drugiej klasy, który kilka rozdziałów później okazuje się sąsiadem lady Anstruthers.
Ogrody i dwór Stornham robią na Betty jak najgorsze wrażenie, radykalne zmiany w wyglądzie i zachowaniu zalęknionej Rozalii i jej syna Ughtreda, wyjaśniają lata milczenia siostry. Betty angażuje się w remont dworu i przywrócenie do życia zaniedbanych ogrodów i próbuje znaleźć sposób na uwolnienie siostry i siostrzeńca spod wpływów lorda Anstruthers. W międzyczasie sama się zakochuje w Mount Dunstanie, właścicielu sąsiadującego z ziemiami szwagra dworu.
Kiedy ktoś spędza wszystkie dni swego życia sam jeden w ogromnym domostwie, może to przyprawić go o melancholię. Wie, że za zamkniętymi drzwiami są setki ciemnych pokoi, natyka się na opuszczone schody, na korytarze, którymi od dawna nikt nie przechodził. Z portretów spoglądają tak dziwnie, jakby widziały rzeczy, których śmiertelnik nie dostrzeże, oczy dawno zmarłych mężczyzn i kobiet. Mount Dunstan sypiał w ogromnym łożu z kolumnami. W tej oddalonej komnacie mógł umrzeć lub zostać zamordowany, nim zdołałby przywołać z sutereny parę służących. Kiedy późno wieczorem przygotowywał się do snu przy migotliwych świecach, wokół panowała martwa cisza grobowca, a noc jest groźniejsza w swej ciszy od dnia. Czasami prawie wierzył we własne fantazje, że wokół bezszelestnie krążyły istoty, które wcale nie pragnęły pozostać w świecie zmarłych. Sam je wybierał z portretów rodzinnej galerii...śliczne, beztroskie, kapryśne kobiety...i pełnokrwistych, śmiałych, awanturniczych mężczyzn. Wyobrażał sobie, że nienawidzą kamiennych sarkofagów i poprzez szarą mgłę przedzierają się ku światu, w którym pragnęły kochać, rozmawiać i stać się widzialne. Nie miały ciała ani głosu, a zamknięte drzwi nie poddawały się ich rękom. Lecz i tak wracały...wciąż wracały. I czasami można było usłyszeć w korytarzu szmer, szelest czy skrzypnięcie; czasami też czuł, że za drzwiami ktoś czeka.
"Tajemnica dworu w Stornham" to powieść zaskakująca, na przemian trzymająca w napięciu i rozleniwiająca długimi, pozornie spokojnymi dialogami. Są w niej elementy, dzięki którym bezbłędnie rozpoznalibyśmy autorkę "Tajemniczego ogrodu", zaniedbany ogród, podupadający dwór, spacery głównych bohaterów z ogromnymi mastiffami, psami rasy lubianej na angielskich dworach i w książkach Frances Hodgson Burnett, konne przejażdżki, pojawia się nawet pewien uroczy rudzik:).
Na rozkołysanej gałązce młodego drzewka w pobliżu okalającego park żywopłotu zaśpiewał rudzik. Mount Dunstan przystanął zasłuchany. Przed chwilą przestał kropić deszczyk, a słońce przebiło się przez chmury, wywołując kaskadę radosnych ptasich trelów. Pokryte kroplami rosy trawy i paprocie lśniły młodą zielenią, świeże listeczki na drzewach zdawały się rozwijać w oczach, a bogata, wilgotna ziemia pachniała oszałamiająco. Jaskrawo ubarwiony w strój godowy rudzik pochylił dziobek aż do rdzawej piersi, nastroszył piórka i wydymając gardziołko zaśpiewał krótką, wesołą, śliczną melodyjkę. Wyczuwało się w niej zuchowatość, szelmowskie propozycje i wabiącą nutkę.
Oprócz tych sielankowych obrazów angielskiej prowincji i rozrywek arystokratów z balami i polowaniami na czele, autorka porusza dużo mniej wygodne tematy, piętnując w swojej powieści niemoralność, fałsz i zepsucie, otoczone bezpiecznym kokonem ze szlacheckich tytułów i majątków, w którym ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości i społecznym potępieniem poszczególni przedstawiciele tej wyższej, angielskiej klasy społecznej.

Tajemnica dworu w Stornham. ( The Shuttle., 1901 r. )
Frances Hodgson Burnett
Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1995, 301 str.

piątek, 1 czerwca 2012

Burza na Zielonym Wzgórzu.


Lubię w zasadzie każdy rodzaj pogody:). Nie przeszkadza mi, kiedy inni ze mną o pogodzie rozmawiają, bo to bezpieczny temat, każdy potrafi o pogodzie powiedzieć kilka odpowiednich słów. Mam też oczywiście ulubione rodzaje pogody: śnieżyce w zimie i burze latem:). I właśnie dzisiaj, w pierwszym dniu czerwca, kiedy lato już czai się za progiem, o kilku letnich nawałnicach chcę Wam opowiedzieć:).
Burze, które znam dzielą się na miejskie i wiejskie:). Najwięcej niezwykłych wspomnień wiąże się z burzami, które przeżyłam na wsi.
Kiedy ciemne chmury przesłaniały niebo nad domem, starym sadem i ogrodem moich dziadków, a wiatr wyginał stare jabłonie i śliwy, na podwórku zaczynał się ruch. Zgodnie z wiejsko-burzową niepisaną hierarchią najpierw należało zagonić pod bezpieczny dach wszystkie stworzenia żywe: kicające, gdaczące i trawę przeżuwające na pastwisku. Kury potulnie chowały się w kurniku, psy mościły sobie bezpieczne posłanie w słomie. Kiedy spokojna już łaciata Gaja przeżuwała siano w swojej zagródce, można było przejść do chowania przedmiotów codziennego użytku. Wiadra i prawie suche pranie znikały w domu, na podwórku panował wymuszony porządek, wystarczyło jeszcze przynieść do domu wiklinowy koszyk z drogocennymi kociętami i ich mamą i otworzyć starą drewnianą beczkę na deszczówkę, którą babcia podlewała swój ogródek.  Jeśli burza była z tych potężniejszych, babcia zapalała na parapecie gromnicę i siadała przy białym, kuchennym kaflowym piecu. I wtedy zaczynały się czary:):). 
Wiatr za oknem wiał coraz silniej, drzewa wyginały się w szalonym tańcu, rośliny otrzymywały od łaskawych niebios upragnioną po suszy porcję deszczu, grzmoty uderzały w oddali, wstrząsając domkiem z czerwonej cegły, w którym babcia i dziadek zaczynali opowiadać: o czasach, kiedy wsią zarządzali źli panowie, o duchu, którego babcia będąc młodą dziewczyną wygoniła z domu swojej kuzynki, o starej, zdobionej sukience, którą lubiła nosić. Stado wnucząt kotłujących się wraz ze stadem kociąt na i pod drewnianym łóżkiem, z każdą kolejną opowieścią przestawało się wiercić i dokazywać, wsłuchując się w dzieje swojej rodziny, które po kilkunastu latach stały się najmilszym wspomnieniem i są przekazywane kolejnym pokoleniom. W głowie każdego malowały się obrazy tych duchów i postaci żyjących kilkadziesiąt lat wcześniej, wspomnienia dziadków ożywały w naszych sercach i żyją do dzisiaj. Burza zostawała za oknem i nie miała już większego znaczenia.
***
Wspomnienia opisane powyżej obudziły się we mnie po przeczytaniu "Ani z Avonlea" i opisanej w tej książce historii jednej z największych burz na Wyspie Księcia Edwarda. Poprzedzona żartobliwą przepowiednią w prasie, potężna nawałnica uderzyła w Avonlea po długim okresie suszy.
Nadszedł dwudziesty trzeci maja - dzień niezwykle upalny. Nikt nie odczuł tego bardziej niż Ania i jej gromadka ślęcząca nad składnią i ułamkami. Przed południem dął gorący wiatr, po południu jednak zamarł i zapanowała ciężka cisza. Około czwartej Ania usłyszała daleki odgłos grzmotu. Natychmiast zwolniła dzieci, żeby zdążyły do domu  przed burzą. 
Przechodząc przez dziedziniec, zauważyła jakiś dziwny cień przesłaniający cały świat, mimo iż słońce w dalszym ciągu świeciło. [...] Ania obejrzała się i krzyknęła przerażona: z północnego zachodu toczyła się skłębiona masa chmur, jakich nigdy w życiu nie widziała - ołowianoczarne zwały, okolone wystrzępionymi białymi brzegami. Nieopisana groza wiała od nich, gdy sunęły szybko, zasłaniając jasne błękitne niebo. Co chwila rozdzierała je błyskawica, po której następował ciężki grzmot. Zdawało się, że sklepienie nieba osunęło się tak nisko, iż prawie dotyka zalesionych wzgórz.
Ania trzymając Tadzia i Tolę za ręce, biegła do domu  tak szybko, jak tylko pozwalały tłuste nóżki bliźniąt. Dotarli na Zielone Wzgórze w samą porę. Na dziedzińcu zastali Marylę zapędzającą pod dach kury i kaczki. Zaledwie wpadli do kuchni, światło dzienne zniknęło jakby zdmuchnięte przez jakiś potężny oddech. Straszna chmura przesłoniła słońce i ziemię okryła ciemność jak o późnym zmierzchu. W tejże chwili przy huku grzmotu i oślepiającym świetle błyskawic posypał się grad i przesłonił bielą cały krajobraz. Poprzez ryk burzy dochodził trzask łamiących się gałęzi i ostry brzęk tłuczonego szkła.
[...] Przez trzy kwadranse burza szalała z równą gwałtownością, ktokolwiek ją przeżył, nie zapomniał jej już nigdy.*
Fragmenty opisujące burzę na Zielonym Wzgórzu przypominają mi czary, które działy się przed laty w czerwonym, ceglanym domku moich dziadków. W mieście dreszczyk burzowych emocji budzi tylko deszczowy widok za oknem, nie ma potrzeby ścigania się z ciemnością nawałnicy i zabezpieczania gospodarstwa i jego małych i dużych mieszkańców, te krakowskie burze są żenująco bezpieczne:).

*Ania z Avonlea. Wydanie albumowe.
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, 307 str.
A tutaj historia pewnej upiornej zimy:).