sobota, 4 października 2014

Apsik :P

Tumany wirtualnego kurzu, którymi pokryta jest wyspa książek zniechęcały skutecznie nawet skromną autorkę do zaglądania na długo nie odświeżaną nowymi treściami blogspotową wersję wyspy. Dużo częściej bywałam na facebookowym wcieleniu wyspy książek, na którym wrzuconymi od czasu do czasu zdaniem lub obrazkiem, podtrzymywałam wątły płomyczek mojej internetowej twórczości, z nadzieją na ponowne rozpalenie wielkiego płomienia blogowym powrotem :).

Co prawda nadal nie bardzo chce mi się pisać, wolę skupiać się na czytaniu, na które nie mam przesadnie dużo czasu, ale z przyjemnością podzielę się z Wami swoimi październikowymi zapasami książkowymi, zniesionymi z biblioteki do domu, jako niezbędne dodatki do jesiennych coraz dłuższych nocy i coraz cieplejszych herbatek :).

Stosik wrześniowo-październikowy przyniosłam z biblioteki już kilka tygodni temu, "Tchnienie śniegu i popiołu" powoli kończę czytać, lektura dwóch pozostałych książek ( "Wysadzić Rosję" A.Litwinienko, J.Felsztinski oraz "Złocista droga" L.M.Montgomery ) jeszcze przede mną. Przyznam, że niecierpliwie czekałam na każdą wolną chwilę, żeby móc zatopić się w 6 tomie cyklu "Obca", "Tchnienie..." podobało mi się dużo bardziej od poprzedniego "Ognistego krzyża", być może książka faktycznie jest lepiej napisana, a może jesienią mam więcej cierpliwości i większą potrzebę czytania książek o perypetiach rodzinnych i prowadzeniu gospodarstwa :).

Powieści Diany Gabaldon zaczęłam czytać dawno temu, ale mocno rozbudowana objętość (do tysiąca stron) każdego kolejnego tomu w zasadzie uniemożliwia przeczytanie całego cyklu na raz. Podzieliłam więc sobie przyjemność na kilka etapów, ponieważ tomy od "Jesiennych werbli" spokojnie można uznać za zupełnie odmienną od pierwszych części historię, tom czwarty przenosi nas bowiem do brytyjskiej kolonii w Ameryce Północnej, gdzie Claire i Jaimie prowadzą dużo bardziej osiadły, choć nie mniej awanturniczy tryb życia.

"Ognisty krzyż", który czytałam  w sierpniu, jest początkowo odrobinę męczący, powieść rozpoczyna się rozpisanym na niemal trzysta stron przyjęciem, męczy ten długi wieczór czytelnika okrutnie, po przebrnięciu przez ten rozwleczony do granic wstęp, czytający jest padnięty, jakby sam miał wątpliwą przyjemność uczestniczenia w wyjątkowo nieudanym weselnym przyjęciu. Potem jest dużo lepiej, wydarzenia nabierają tempa, dlatego warto przetrwać nudniejsze fragmenty i dotrwać do samego końca "Ognistego krzyża" i sięgnąć po "Tchnienie śniegu i popiołu" podczas czytania którego przyjemny dreszczyk emocji towarzyszył mi przez całe dwa długie tomy.

Diana Gabaldon ma przebogatą wyobraźnię, dzieli się z czytelnikami nawet najbardziej szalonymi pomysłami na fabułę, z wdziękiem bawi się historią Stanów Zjednoczonych, wplata w powieść fragmenty innych dzieł literackich, całość czyta się z przyjemnością, niewielu autorów potrafi utrzymać uwagę czytelnika w skupieniu i rozbudzać jego ciekawość przy tak długo i obszernie snutej opowieści.

Zachwycające są opisy codzienności w górskiej osadzie Fraser's Ridge: zbieranie ziół, próby robienia leków w prymitywnych XVIII wiecznych warunkach, Brianna usiłująca kopiować wynalazki wieku XX w kolonii, w której brakowało znanych nam surowców, choćby metalu, przygotowywanie posiłków, hodowla pszczół, praca w ogrodzie. Spokojne gospodarowanie na farmie przeplata się z dramatycznymi przygodami, przytrafiającymi się głównym bohaterom, rodzą się dzieci, zawierane są nowe małżeństwa, bohaterów przybywa i są to bardzo ciekawie rozpisane postacie, w tle historia przyspiesza mieszkańcy kolonii coraz jawniej występują przeciwko Brytyjczykom. Warto przestać odkładać czytanie "tych grubych książek Gabaldon" na później, ponieważ świetnie i szybko się je czyta, zapewniając prawdziwą ucztę dla wyobraźni na pochmurną jesień.

Jedyna książka w stosiku, która po przeczytaniu wzbogaci moją prywatną biblioteczkę to "Złocista droga". Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, aby losy Historynki jakoś szczególnie mnie zachwyciły, a "Złocista..." to zimowa odsłona przygód dzieci z Carlisle, ale po przeczytaniu takiego wstępu:

Cały dzień wiał ostry listopadowy wicher, zmierzch był wilgotny i wrogi. Wiatr zresztą nadal zawodził za oknami  i hulał wokół facjatek, w szyby bębnił deszcz. Stara wierzba przy bramie szamotała się z nawałnicą, a w sadzie rozbrzmiewała niesamowita muzyka, zrodzona z łez i lęków nękających noc. Naszej gromadki jednak nic nie obchodził ten ponury świat za oknami. Bronił nas przed nim wesoło trzaskający ogień i śmiech.

nie mogłam zostawić znalezionej w księgarni książki z uroczą okładką Bena Stahla. Myślę, że przyjemnie będzie zabrać się któregoś deszczowego dnia do czytania tej opowieści popiając herbatę z mojej nowej ulubionej, różowej filiżanki :).

Żegnam się gorącymi pozdrowieniami i gdybym znów przepadła na dłużej, zapraszam na fan page wyspy książek, tam postaram się zaglądać częściej :).