piątek, 1 czerwca 2012

Burza na Zielonym Wzgórzu.


Lubię w zasadzie każdy rodzaj pogody:). Nie przeszkadza mi, kiedy inni ze mną o pogodzie rozmawiają, bo to bezpieczny temat, każdy potrafi o pogodzie powiedzieć kilka odpowiednich słów. Mam też oczywiście ulubione rodzaje pogody: śnieżyce w zimie i burze latem:). I właśnie dzisiaj, w pierwszym dniu czerwca, kiedy lato już czai się za progiem, o kilku letnich nawałnicach chcę Wam opowiedzieć:).
Burze, które znam dzielą się na miejskie i wiejskie:). Najwięcej niezwykłych wspomnień wiąże się z burzami, które przeżyłam na wsi.
Kiedy ciemne chmury przesłaniały niebo nad domem, starym sadem i ogrodem moich dziadków, a wiatr wyginał stare jabłonie i śliwy, na podwórku zaczynał się ruch. Zgodnie z wiejsko-burzową niepisaną hierarchią najpierw należało zagonić pod bezpieczny dach wszystkie stworzenia żywe: kicające, gdaczące i trawę przeżuwające na pastwisku. Kury potulnie chowały się w kurniku, psy mościły sobie bezpieczne posłanie w słomie. Kiedy spokojna już łaciata Gaja przeżuwała siano w swojej zagródce, można było przejść do chowania przedmiotów codziennego użytku. Wiadra i prawie suche pranie znikały w domu, na podwórku panował wymuszony porządek, wystarczyło jeszcze przynieść do domu wiklinowy koszyk z drogocennymi kociętami i ich mamą i otworzyć starą drewnianą beczkę na deszczówkę, którą babcia podlewała swój ogródek.  Jeśli burza była z tych potężniejszych, babcia zapalała na parapecie gromnicę i siadała przy białym, kuchennym kaflowym piecu. I wtedy zaczynały się czary:):). 
Wiatr za oknem wiał coraz silniej, drzewa wyginały się w szalonym tańcu, rośliny otrzymywały od łaskawych niebios upragnioną po suszy porcję deszczu, grzmoty uderzały w oddali, wstrząsając domkiem z czerwonej cegły, w którym babcia i dziadek zaczynali opowiadać: o czasach, kiedy wsią zarządzali źli panowie, o duchu, którego babcia będąc młodą dziewczyną wygoniła z domu swojej kuzynki, o starej, zdobionej sukience, którą lubiła nosić. Stado wnucząt kotłujących się wraz ze stadem kociąt na i pod drewnianym łóżkiem, z każdą kolejną opowieścią przestawało się wiercić i dokazywać, wsłuchując się w dzieje swojej rodziny, które po kilkunastu latach stały się najmilszym wspomnieniem i są przekazywane kolejnym pokoleniom. W głowie każdego malowały się obrazy tych duchów i postaci żyjących kilkadziesiąt lat wcześniej, wspomnienia dziadków ożywały w naszych sercach i żyją do dzisiaj. Burza zostawała za oknem i nie miała już większego znaczenia.
***
Wspomnienia opisane powyżej obudziły się we mnie po przeczytaniu "Ani z Avonlea" i opisanej w tej książce historii jednej z największych burz na Wyspie Księcia Edwarda. Poprzedzona żartobliwą przepowiednią w prasie, potężna nawałnica uderzyła w Avonlea po długim okresie suszy.
Nadszedł dwudziesty trzeci maja - dzień niezwykle upalny. Nikt nie odczuł tego bardziej niż Ania i jej gromadka ślęcząca nad składnią i ułamkami. Przed południem dął gorący wiatr, po południu jednak zamarł i zapanowała ciężka cisza. Około czwartej Ania usłyszała daleki odgłos grzmotu. Natychmiast zwolniła dzieci, żeby zdążyły do domu  przed burzą. 
Przechodząc przez dziedziniec, zauważyła jakiś dziwny cień przesłaniający cały świat, mimo iż słońce w dalszym ciągu świeciło. [...] Ania obejrzała się i krzyknęła przerażona: z północnego zachodu toczyła się skłębiona masa chmur, jakich nigdy w życiu nie widziała - ołowianoczarne zwały, okolone wystrzępionymi białymi brzegami. Nieopisana groza wiała od nich, gdy sunęły szybko, zasłaniając jasne błękitne niebo. Co chwila rozdzierała je błyskawica, po której następował ciężki grzmot. Zdawało się, że sklepienie nieba osunęło się tak nisko, iż prawie dotyka zalesionych wzgórz.
Ania trzymając Tadzia i Tolę za ręce, biegła do domu  tak szybko, jak tylko pozwalały tłuste nóżki bliźniąt. Dotarli na Zielone Wzgórze w samą porę. Na dziedzińcu zastali Marylę zapędzającą pod dach kury i kaczki. Zaledwie wpadli do kuchni, światło dzienne zniknęło jakby zdmuchnięte przez jakiś potężny oddech. Straszna chmura przesłoniła słońce i ziemię okryła ciemność jak o późnym zmierzchu. W tejże chwili przy huku grzmotu i oślepiającym świetle błyskawic posypał się grad i przesłonił bielą cały krajobraz. Poprzez ryk burzy dochodził trzask łamiących się gałęzi i ostry brzęk tłuczonego szkła.
[...] Przez trzy kwadranse burza szalała z równą gwałtownością, ktokolwiek ją przeżył, nie zapomniał jej już nigdy.*
Fragmenty opisujące burzę na Zielonym Wzgórzu przypominają mi czary, które działy się przed laty w czerwonym, ceglanym domku moich dziadków. W mieście dreszczyk burzowych emocji budzi tylko deszczowy widok za oknem, nie ma potrzeby ścigania się z ciemnością nawałnicy i zabezpieczania gospodarstwa i jego małych i dużych mieszkańców, te krakowskie burze są żenująco bezpieczne:).

*Ania z Avonlea. Wydanie albumowe.
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, 307 str.
A tutaj historia pewnej upiornej zimy:).

4 komentarze:

  1. Wiesz ja jednak wolę burze w mieście. Może i jest malowniczo w trakcie burzy "wiejskiej", ale może być diabelnie niebezpiecznie. Nie mówiąc już o tym, że zwykle siada prąd. Malowniczość można sobie zaserwować na wakacje, albo jako wspomnienie z dzieciństwa, ale na co dzień wolę burzę miejską. Ot co!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem zdecydowanie miłośniczką wiejskich klimatów:).

      Usuń
  2. Lubię burze w mieście. Powietrze wtedy staje się, w ciągu raptem kilkudziesięciu minut, tak cudownie świeże. Wiejskie burze też mają swój urok, ale nie zmieniają tak radykalnie klimatu, jak te w mieście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kraków, po burzy to bardzo miłe dla oka i ducha zjawisko:)

      Usuń