sobota, 4 stycznia 2014

Powrót do zimowego Bullerbyn.

 

"Dzieci z Bullerbyn" to nadal jedna z moich ulubionych książek i naprawdę nie ma znaczenia, że podobno wyrosłam z grupy docelowej ośmiolatków, którzy najwięcej radości powinni odnaleźć na kartach tej opowieści. Tych kilka pierwszych dni stycznia, kiedy magia świąteczna wciąż nieśmiało unosi się po domowych kątach, a herbata z imbirem jeszcze smakuje świętami, to najlepszy moment na przypominanie sobie ulubionych bajek z dzieciństwa. Koniecznie na fotelu przy mrugającej światełkami choince:).

"Boże Narodzenie w Bullerbyn" to zilustrowany przez Ilon Wikland album w nieco staroświeckim stylu, przypominający chropowatością papieru stare elementarze szkolne. Zakup tej książki miałam w planach od dłuższego czasu, bo zawsze tęskniłam za kontynuacją "Dzieci z Bullerbyn", a Ilon Wikland uważam za najlepszą ilustratorkę książek dla najmłodszych. 

"Dzieci z Bullerbyn" bez firanek, półeczek, pyzatych buzi szwedzkiej gromadki bohaterów, okiennych pelargonii, lalek, kanek, dzbanków, porcelany, gorących kuchennych piecyków i domowego nieładu wyrysowanego ręką Ilon Wikland, chyba nie robiłyby na mnie samą treścią takiego wrażenia, jak robią w komplecie z ilustracjami:). 

Wiele lat temu moje wydanie z niebieską okładką (zakup tej książki w osiedlowej księgarni, potrafię wręcz odtworzyć w pamięci krok po kroku), było nieskończoną inspiracją do zabaw, meblowania wakacyjnych domków w starej wędzarni dziadków i nadal jest najbardziej eksploatowaną książką, jaką posiadam.

Już wiem, że i "Boże Narodzenie w Bullerbyn" będę często ściągać z regału. Uwielbiam tę książkę za ciepłe kolory przywodzące na myśl blask choinkowych świeczek i światło domowego kominka oraz za błękitny, zimowy mróz wymalowany tak sugestywnie, że uszy szczypią przy czytaniu. 

Świąteczny czas w Bullerbyn rozpoczyna się wielką zwózką drewna, aby w czasie przygotowywania wigilijnych pieczeni oraz ciast, nie zabrakło opału w kuchniach Zagrody Północnej, Środkowej i Południowej. Potem już tylko pieczenie pierników w uroczym kuchennym nieładzie i rozgardiaszu przysypanym obficie mąką oraz szukanie najpiękniejszego drzewka w lesie i dzieci z Bullerbyn przechodzą do zasadniczej części świąt: kolacji, prezentów, porannej bożonarodzeniowej mszy, na którą udają się konnym zaprzęgiem oraz zabaw na śniegu, których tak bardzo nam brakowało podczas Bożego Narodzenia, które już za nami.

Pięknie zilustrowała Ilon Wikland szwedzkie zwyczaje świąteczne, a Astrid Lindgren ubrała je w pełną uroku i dziecięcego śmiechu opowieść. "Boże Narodzenie w Bullerbyn" to książka pełna szczegółów i drobiazgów, które z przyjemnością wychwytuje w tekście i na ilustracjach czytelnik w każdym wieku, prawdziwa ozdoba moich półek z książkami:).

Boże Narodzenie w Bullerbyn. ( Jul i Bullerbyn. )
Astrid Lindgren
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2012

6 komentarzy:

  1. Nie rozumiem do końca fenomenu "Dzieci z Bullerbyn". Tak, czytałam i nawet mi się podobało, ale skąd aż tyle ludzi, którzy właśnie tę książkę najmilej wspominają z dzieciństwa? (Nie hejtuję, tylko się zastanawiam).

    A książka fajna. Może młodszej kuzynce w prezencie na następne Święta kupię :].

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszystko zależy od tego w jakim wieku i w jakich okolicznościach sięgnęło się po daną książkę. Czasem fakt czytania książki podczas bardzo udanych wakacji decyduje o późniejszym do niej sentymencie. Niektóre pozycje z listy klasyki dziecięcej skutecznie potrafi obrzydzić nielubiany nauczyciel.

      Nie wiem jak z ogółem czytelników, ale ja lubię "Dzieci z Bullerbyn", bo przypominają mi wakacje na wsi dawno temu, których klimat odnalazłam w tej książce :).

      Usuń
  2. Witaj, ja miałam pożyczoną z biblioteki;-) Jakiś miesiąc temu,kiedy chrześniak przyniósł mocno sfatygowany egzemplarz z biblioteki,jako lekturę zatęskniłam przeogromnie.I tak jakoś zachciało mi się mieć swój egzemplarz,ale z zaraz pomyślałam,czy to nie wstyd,że ja dorosła kobieta,a książki dla dzieci mi w głowie;-)Ale po przeczytaniu Twego posta,odrzucam tę myśl w kąt.O tak chcę tej książki z pozostałymi wydaniami...Tak sobie myśle,czy nie wrócić do książek z dzieciństwa... Świetny post...Taki ciepły.Pozdrawiam i życzę: wszystkiego Dobrego w Nowym Roku. Missy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że lepiej czasem przeznaczyć tych dwadzieścia parę złotych na książkę do której zagląda się wielokrotnie i która samą obecnością na regale poprawia humor niż na jednokrotne czytadło:). Mam kilku autorów z dzieciństwa, których książki chcę mieć na półce i kupuję nie zważając na własną metrykę:). Jeśli lubi się literaturę dla dzieci to powinno się ją czytać i zbierać w nieograniczonych niczym poza zasobnością portfela i miejscem na książki w domu ilościach:).

      Wszystkiego dobrego w Nowym Roku i pozdrawiam cieplutko:).

      Usuń
  3. Uwielbiam "Dzieci z Bullerbyn" i kiedy byłam młodsza, zaczytywałam się w różnych wersjach ich przygód. Z tego co pamiętam, czytałam także "Boże Narodzenie w Bullerbyn". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w dzieciństwie "Bożego Narodzenia w Bullerbyn" nie miałam okazji poznać, za to bardzo wnikliwie zgłębiłam "Dzieci z Bullerbyn". Po otrzymaniu "Bożego Narodzenia..." postanowiłam sobie dokupić jeszcze "Wiosnę w Bullerbyn" :).

      Usuń