poniedziałek, 23 stycznia 2012

Miasto z morza.

Budowa portu w Gdyni
Wyobraźcie sobie, że stoicie sami na pustym kawałku plaży, w promieniu wielu kilometrów poza niewielką osadą rybacką nie ma śladów ludzkiej działalności, statki nie są widoczne nawet z daleka. Kiedy wracacie w to samo miejsce po kilku latach znajdujecie się w samym środku portowego gwaru, statki z całego świata zawijają do portu jeden po drugim, przywożąc na pokładzie egzotyczne towary i egzotycznych pasażerów. Miejsce powstaje w tak krótkim czasie, że wydaje się być darem morza, powstałym bez ingerencji człowieka. Miasto z marzeń, miasto z morza to Gdynia.
Po odzyskaniu niepodległości na mocy traktatu wersalskiego uzyskaliśmy dostęp do morza, Gdańsk jedyny wtedy port na naszym 120 kilometrowym skrawku wybrzeża otrzymał jednak status Wolnego Miasta, Polakom utrudniano więc na wszelkie możliwe sposoby korzystanie z dobrodziejstw miasta portowego. W dwudziestolecie międzywojenne weszliśmy dziarskim krokiem, z pierwszym zwycięstwem nad bolszewikami na koncie, ale kwestie granic nadal były sporne o te zachodnie przyszło nam stoczyć jeszcze kilka powstań. Walczący kraj, niepewny jeszcze swego miejsca na mapie pośród dwóch ekspansywnych i silnych sąsiadów musiał trzymać rękę na pulsie i mieć zapewnione dostawy broni. Potrzebny był więc port wojenny z prawdziwego zdarzenia, tylko nasz, bez blokad i niechęci mieszkańców, port powinien też spełniać role komercyjne i być szeroko otwartym oknem na świat dla młodej, niepodległej. Realizacja tego marzenia wymagała sporo nakładów, wydawała się wręcz projektem szalonym i niemożliwym w targanym granicznymi wojnami kraju, z masą innych ważnych spraw do uporządkowania. A jednak już w 1923 roku w Gdyni otwarto tymczasowy port wojenny, a w roku 1930 otwarto pierwsze, regularne połączenie pomiędzy Gdynią i Nowym Yorkiem.
Budowa portu w Gdyni  przez dziesiątki lat obrosła legendą, stała się piękną opowieścią o wielkim sukcesie Polaków, którzy zbudowali na piasku miasto z morza. Legendą o tętniącym życiem mieście, które wybudowane wielkim nakładem sił powstało w krótkim czasie, zostało bardzo szybko zaludnione i podczas piętnastu lat następujących po nadaniu w 1926 roku praw miejskich rozbrzmiewało gwarem mieszkańców i przyjezdnych, kwitnącym i rozwijającym się intensywnie do czasu wybuchu drugiej wojny światowej.

***
"Miasto z morza" reż. Andrzej Kotkowski
Z tym pięknym kawałkiem naszej historii postanowili zmierzyć się polscy filmowcy. Film "Miasto z morza" powstał w 2009 roku, jakoś wcześniej nie miałam okazji go obejrzeć, zaległości nadrobiłam w sobotę i jestem pod wielkim wrażeniem nie tyle samego filmu, co historii dziejącej się w tle. "Miasto z morza" nie jest wybitnym dziełem, ma sporo mankamentów, widocznych nawet dla mojego mało profesjonalnego oka. Zacznę od stron słabych, bo i twórcy filmu zaczęli film tak, że zastanawiałam się czy płakać czy się śmiać, przychyliłam się do opcji drugiej, bowiem pierwsza scena tego zacnego w swym założeniu filmu to cwałujący po plaży wojskowi ze sztandarem dokonujący symbolicznych zaślubin Polski z morzem, jakość, pomysł i wykonanie marniutkie, aż w zębach trzeszczało od pompatyczności takiego wstępu. Później było tylko odrobinę lepiej:). Bohaterem filmu jest młody chłopak Krzysztof Grabień, który przyjeżdża do Gdyni, aby rozpocząć pracę przy budowie portu. Na miejscu poznaje Wołodię, który wprowadza go w to nowe gdyńskie życie, pomaga mu w znalezieniu pracy i miejsca na nocleg. Krzysztof pracuje przy budowie portu, a noce spędza w łodzi. Grabień zakochuje się w Kaszubce, pod jej wpływem kontynuuje naukę w gimnazjum, przygotowuje się do matury. Młodzi biorą ślub, mimo sprzeciwu ojca panny młodej. Opowieść banalna, ale przecież w tym filmie ważniejsza była historia, która działa się w tle, budowa portu w Gdyni, wspólny wysiłek polityków, inżynierów  i robotników, dni wypełnione wywożeniem furmanek z piaszczystą ziemią i stawianiem basenów przeładunkowych, zobrazowanie warunków w jakich żyli robotnicy i ich rodziny. W tle odpływają statki do Stanów Zjednoczonych, z tymi, którzy mają dość harówki przy budowie portu, zawierane są pierwsze gdyńskie małżeństwa, rodzą się pierwsze gdyńskie dzieci i toczą się rozmowy w języku kaszubskim. Pozytywne wrażenie zrobiła na mnie Małgorzata Foremniak w roli dumnej wdowy po Legioniście. Pięknie prezentowała się w strojach z epoki, pośród mebli, porcelany i bibelotów z dwudziestolecia międzywojennego. Podobała mi się suknia ślubna wybranki Krzysztofa, była tak bardzo podobna do tej, którą w dniu ślubu miała na sobie moja prababcia, ja znam ją ze starej fotografii oglądanej dziesiątki razy.
To nie jest wybitne dzieło, ale jest w nim pewien magnetyzm dwudziestolecia międzywojennego i pewna oryginalność na tle innych polskich produkcji, film jest historią budowy Gdyni w pigułce z mnóstwem wątków pobocznych. "Miasto z morza" nakręcono na podstawie książki Stanisławy Fleszarowej-Muskat zatytułowanej "Tak trzymać". 

Miasto z morza ( 2009 ) reż. Andrzej Kotkowski

2 komentarze:

  1. Nie widziałam jeszcze, bo muszę książkę zaliczyć. Lubię Fleszarową Muskat, to i film obejrzę, szkoda, że nie jest dobry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi się podobały piękne obrazy, kostiumy, gra aktorów drugoplanowych. To nie jest dynamiczny, nowoczesny obraz, chyba pieniędzy im zabrakło na "rozwinięcie skrzydeł". Ale obejrzeć warto, bo "Miasto z morza" ma swój urok i jest tak wielowątkowe, że nie ma siły, żeby coś nie przykuło uwagi i nie urzekło widza.

      Usuń