poniedziałek, 28 stycznia 2019

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas książkę Mai Ładyńskiej "Kika z beskidzkiego lasu". Ponieważ jestem na bakier z polityczną poprawnością i oceniam książki po okładce, to właśnie śnieżne pustkowie i dużo błękitnego nieba na okładce, sprawiło, że zabrałam ten skarb z biblioteki do domu.

Kika z rodziną przenosi się z Warszawy w Bieszczady, a dokładniej do uzdrowiska w Beskidzie Niskim. To chwilowy przystanek w życiu rodziny, tata wygrał konkurs architektoniczny i na miejscu ma nadzorować budowę. Już podróż pociągiem przez biały tunel z zasp śniegu i przedzieranie się saniami w zamieci do nowego domu ma posmak nadchodzących przygód. Mama Kiki jest zapracowanym lekarzem, więc dziewczynka korzysta z niczym nieskrępowanej wolności i eksploruje okoliczne lasy i góry, brodząc po kolana w śniegu.

Już podczas pierwszej wycieczki do górskiego boru za domem, Kika gubi się w lesie, ale dzięki tej dramatycznej przygodzie poznaje przyjaciela Romka i jego młodszą siostrę-cień Dorotkę, którzy odprowadzają ją na właściwą ścieżkę. Po lesie kręcą się podejrzane typy w kożuchach, ktoś zastawia pułapki na zwierzęta. Kika z rozrastającą się o szkolne koleżanki paczką przyjaciół rusza tropem kłusownika i mordercy leśniczego, znalezionego rok wcześniej z przestrzeloną głową w beskidzkim lesie.

Kika spędza w lesie więcej czasu, niż w domu w samym środku górskiej zimy, z zaspami śniegu i tęgim mrozem, biega w przemoczonym ubraniu, co kończy się w łóżku z ciężką grypą i zawieszeniem śledztwa. Poza uwikłaniem się w kryminalne zagadki dziewczynka korzysta z uroków zimy i życia w górach: jeździ na znalezionych pod choinką nartach, z całą szkołą rusza na bajkowy kulig, na którym zawiera bliższą znajomość z podejrzanym właścicielem zabytkowego kożucha. Wokół przyroda, ślady wilków na śniegu, legendy i smutna historia Łemków i całych umarłych wsi ukrytych przez las, tajemnicze chatki pasterskie wysoko w górach i legendy u topielicach w Boruciance i zwodnicach czających się w leśnych ostępach

Bardzo podoba mi się ta przypadkowo znaleziona w bibliotece książka o polskich górach, pięknej śnieżnej zimie i miłej, zapracowanej rodzince z nieco szaloną córką. Ten beskidzki kryminał wciągnie i starszego i młodszego czytelnika, starszy powspomina zimowe ferie podczas których do domu wpadało się na chwilkę rozgrzać nos, ręce i stopy w których po długich godzinach na polu traciło się czucie, młodsi może nabiorą chęci na oderwanie się od tabletów i komputerów i poczują zew zimowej przygody i przyrody :)

czwartek, 24 stycznia 2019

Bajka jest tak bliska prawdy, jak rumiana skórka na jabłku bliska jest soczystego wnętrza. Czy ładnie by wyglądało jabłko bez skórki? Moja babcia czarownica. Jan Edward Kucharski.

Jako mała dziewczynka spędzałam ferie zimowe w domu dziadków. Opalany kaflowymi piecami dom z czerwonej cegły z ogromnym strychem pełnym zabytkowych narzędzi pracy i starych książek, ze ślizgawkami w rozległym sadzie, był miejscem wymarzonym dla ruchliwego, ciekawego świata dziecka. Wieczorami dziadek i babcia wracali od swoich gospodarskich zajęć do domu, otrzepywali buty ze śniegu i już ten odgłos w sieni był dla nas sygnałem, że zaraz zaczną się czary, czyli opowieści o minionych czasach, historie z dreszczykiem o rodzinnych duchach i tajemnicach. Ogień płonący pod kaflowymi piecami strzelał niespodziewanie w akompaniamencie do tych baśniowych opowieści, a nocą błękitna łuna tańczyła po ścianach i sufitach kontynuując te czasem mroczne historie i utrwalając je w pamięci wnucząt. 

Klimat takiej zimy w zasypanym śniegiem gospodarstwie odnalazłam w książce Jana Edwarda Kucharskiego "Moja babcia czarownica". Książka jest pomnikiem dla babci autora, która opiekowała się nim i siostrą, kiedy mama-bibliotekarka i tata-leśniczy ruszali do pracy. 

Michał i Aneta mieszkają w domu na skraju lasu, ich podwórkiem jest ogrodzona leśna polana, za domem rozciąga się nieprzebyty bór, piękny i niebezpieczny z wilczymi watahami zimą podchodzącymi pod obejścia. Dzieci do szkoły podróżują autobusem, a po powrocie do domu babcia karmi ich kapuśniakiem i w świetle lampy naftowej, w tym bajkowym namiocie światła opowiada im baśnie, własne wspomnienia, historię Polski bardziej i mniej odległą.

Książka rozpoczyna się od powrotu rodzeństwa do domu ze szkoły. Śnieg grubą białą kurtyną przesłania świat i coraz grubszą pierzyną okrywa las i drogi prowadzące do leśniczówki. Nadciąga tęga zima, siarczysty mróz i ogromne zaspy śniegu odcinają leśne siedlisko od pobliskiego miasteczka. Dorośli przebijają się wspólnymi siłami do pracy, mama rusza na posterunek do biblioteki, bo ludzie więcej w taką pogodę czytają, ale dla dzieci rozpoczynają się przymusowe ferie zimowe z ukochaną babcią. 

Babcia opowiada o psich zaprzęgach i zdobywaniu bieguna południowego, a dzieci zdobywają własny biegun w kopnym śniegu polany. I słuchają wieczornych baśni o strudzonym listonoszu, którego wyręczają gołębie i o liście od dziadka partyzanta na który długie lata po zakończeniu wojny czekała babcia, ale list nigdy nie nadszedł. O leśnych chłopcach chronionych przez drzewa podczas potyczek z wrogiem w czasie 2 wojny światowej. Z drzew tych po wojnie wybudowano leśniczówkę, która podczas tęgich mrozów opowiada dramatyczne losy partyzantów.

Pytacie co mogły drzewa w lesie przeżywać? Zdaje się, że już wiem. Tak, na pewno! Posłuchajcie...Była wielka wojna. Wróg napadł na nasz kraj. Najpierw nasi żołnierze walczyli na froncie, ale napastnik był silniejszy...ulegli. Przyszła niewola. I wtedy ci, którzy nie chcieli żyć w tej niewoli, poszli do lasu i las ich przyjął. Bo las zawsze przyjmuje ludzi odważnych, tchórz nie ma w nim czego szukać.[...]
Siostry osiki, brzózki białe, jaworze! Podajcie dalej wiadomość: szykuje się obława na naszych leśnych chłopców![...]
Ruszyła obława. Najpierw weszli ci, którzy prowadzili psy. Ale co to? Wielkie, silne wilczury, które nikogo się nie boją i skaczą nawet na uzbrojonych ludzi, tym razem opuszczają ogony, drżą i zamiast ciągnąć do przodu i tropić przed sobą ślad człowieka, idą pokornie przy butach żandarmów, wcale nie myśląc o polowaniu. One pierwsze poczuły tę wielką siłę oporu, jaka płynęła z głębi lasu.[...]
-Do mnie siostry! Do mnie!-woła stuletnia sosna.-zasłaniać ich, żeby mi ani jednego kula nie trafiła! Bierzcie kule na siebie, śmiało ! Pilnować każdego chłopca![...]
Czy wiecie teraz, co wspominają w taki zimowy wieczór te grube belki z naszego lasu? To drewno na mrozie gada.
Życie w zasypanej śniegiem leśniczówce nie zamiera zimą. Leśniczy odśnieża leśne trakty i dokarmia wygłodzoną zwierzynę, która z głodu i strachu przed wilkami zbliża się do ludzkich siedzib. Michał towarzyszy ojcu w tych mroźnych wyprawach, młodsza siostra zostaje z babcią w ciepłej kuchni i słucha muzyki świerszcza i myszy chroboczących pod podłogą. Karmnik na oknie leśniczówki nigdy nie jest pusty, dzieci dokarmiają wróble, które nie przetrwałyby zimy bez pomocy człowieka. Babcia opowiada o wilczycy Białce, która zamiast wilczej watahy, wybrała przyjaciela-człowieka, o grajku Jasiu zamienionym przez dobrą wiedźmę w świerszcza:

-Nazwałam cię moim bratem, bo jednaki nam los przypadł: dajemy z siebie ludziom, choć oni nie mają dla nas niczego. Ja im daję rady, ty muzykę. Potrzeba im i jednego i drugiego, ale my im nie jesteśmy potrzebni. Stara jestem jak świat, przywykłam do tego, ale ty jesteś młody...
Babcia kapłanka domowego ogniska najszczęśliwsza jest kiedy karmi swoją rodzinę, bo sama pamięta głód i dając jeść daje życie, podrzuca dzieciom pomysły na zabawę, uczy wrażliwości na drugiego człowieka i na naturę, jest literackim obrazem również mojej babci.

"Moja babcia czarownica" to jedna z najpiękniejszych książek dziecięcej literatury. Autor pisze tak, jak ja sama chciałabym pisać. Baśnie i legendy przeplatają się z opowieścią o minionych czasach, ludzie, domy, drzewa, zwierzęta pozostają niezgłębionymi tajemnicami, rąbek tych tajemnic uchyla przed dziećmi babcia czarownica. Jak emocjonujące dla dzieci są takie opowieści, jaki przyjemny dreszczyk grozy powodują, pamiętam z własnego dzieciństwa. Pamiętam gadające na mrozie drewno i szemrzące piece, potem zamienione przez babcię i dziadka na centralne, mało romantyczne ogrzewanie. 

niedziela, 20 stycznia 2019

Czasami dzieci nie mogą dojechać do szkoły, bo droga nie jest odśnieżona, ale jakoś strasznie nie płaczą z tego powodu. Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta. Natalia Sosin-Kronowska.

Kiedy za oknem wirowały płatki śniegu, sięgnęłam dla kontrastu po najbardziej zieloną i pachnącą latem książkę ze stosiska nieprzeczytanych. Co najbardziej rzuca się w oczy po sięgnięciu po książkę to piękne, staranne wydanie. Najpierw porządnie nacieszyłam oczy ziołową wyklejką, okładką z ptaszyną wprost z tajemniczego ogrodu i zdjęciami sielskich siedlisk w środku. Książka przypomina rysunkami stare zielniki, a fakturą papieru szkolne elementarze sprzed lat. 

Co do treści tematyka ucieczki w Bieszczady nawiedza mnie po każdym ożywczym spacerze po Krakowie spowitym w smogu, który w świetle pełni księżyca wygląda dość demonicznie i przyniesieniu do domu na włosach i kurtce zapachu z trzydziestu wypalonych papierosów choć przez całe życie żadnego w ustach nie miałam.

Takie życie daleko od miasta w górach i kotlinach wymarzyli i te marzenia zrealizowali bohaterowie tej książki. Bez żalu porzucili korporacyjny wyścig, kupili kawałek własnej ziemi, wybudowali  bądź wyremontowali wiejskie domy i rozpoczęli nowe życie blisko natury. Niemniej pracowite, ale dające satysfakcję i  życiową przestrzeń, wyuczyli się rolniczego fachu i albo otworzyli swoje  domy dla innych spragnionych natury gości, wynajmując pokoje, albo zostali pszczelarzami, rzemieślnikami, hodowcami kóz czy koni, serowarami, czy co tam sobie wymarzyli. 

Książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, to historie ludzi z pasją napisane z równą pasją przez mającą doskonały warsztat dziennikarkę. To opowieść kompletna, bo życie na wsi ma blaski i cienie, trudno czasem zimą porządnie ogrzać dom i czas spędza się rodzinnie na nartach biegówkach, a nocami przenosi łóżka w pobliże kominka, żeby nie zamarznąć we własnym domu. Zwierzaki to radość, która słono kosztuje. Profesjonalna, liczna hodowla wymaga pomocy weterynarza, paszy i opieki, bez możliwości wyrwania się na weekend z własnego domu. 

Sama żyję na dwa domy i gdyby nie dom na wsi częściej bywałabym w Wiedniu, Pradze, czy ukochanych górach, stos rachunków byłby mniejszy, mniej obowiązków pilnowania ogrodu, łąki, sadu i walki z szaloną trawą, ale nie miałabym swojego kawałka ziemi i nieba nade mną do przeganiania z niego samolotów :)  

wydawnictwo czarna owca 

czwartek, 13 grudnia 2018

Rozmowy o truciznach są przyjemne o każdej porze roku, ale podczas Gwiazdki jest w nich coś szczególnego co przywołało uśmiech na mej twarzy. Flawia de Luce. Ucho od śledzia w śmietanie. Alan Bradley.


Czy jest lepszy sposób na plucho-grudzień niż eksplorowanie wiekowej angielskiej rezydencji? Nawet jeśli wycieczka do ojczyzny królowej Elżbiety jest chwilowo niemożliwa, można odbyć taką wyprawę z książką Alana Bradleya i ukryć się przed deszczem w wymyślonym przez autora Buckshaw, pełnym tajemniczych zakamarków dworze rodziny de Luce.

Kolejne pokolenia pozostawiły po sobie w Buckshaw laboratorium chemiczne i bibliotekę, która niczym kolejne warstwy geologiczne ziemi prezentuje zbiory od najstarszych pokoleń zbierających religijne traktaty po umieszczone w najniższej warstwie półek na wyciągnięcie ręki książki aktualnych mieszkańców domu. I w tej nieco mrocznej i tajemniczej świątyni książek odnalazła, a raczej wyczytała w podręczniku do chemii swojej matki, własne powołanie, główna bohaterka - Flawia de Luce.

Stosunkowo wcześnie w moim młodym życiu dane mi było się przekonać, że ludzki umysł niczego nie uwielbia tak bardzo, jak straszyć sam siebie, jakby nasze zwoje mózgowe były zastępem harcerek przytulonych do siebie przy ognisku gdzieś w ciemnych czeluściach czaszki.

Chemiczne laboratorium i pokój we wschodnim skrzydle podupadającej rezydencji to królestwo Flawii, w które nie zapuszczają się jej dwie siostry i ojciec. Główna bohaterka jest nieprzeciętnie inteligentną dziewczynką wykorzystującą swoją wiedzę o chemii w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, a dodać należy, że niemal każdy jej spacer po okolicy kończy się znalezieniem zwłok.  

W trzecim tomie podąża śladem zaginionego przed laty dziecka i winnych pobicia cyganki, przepowiadającej przyszłość na lokalnym festynie. Ku utrapieniu lokalnych stróżów prawa, Flawia pierwsza wpada na trop przestępców podróżując po okolicy z przyjaciółką Gladys. Ta wierna towarzyszka ma dwa koła i jest rowerem co wskazuje na wielką samotność Flawii, na siłę szukającej bratniej duszy. Otoczona przez dwie siostry które traktują Flawię w sposób na który w kodeksie karnym znalazłoby się kilka paragrafów i ojca, który poza znaczkami świata nie widzi, dziewczynka zapełnia sobie czas tropieniem przestępców.

Podoba mi się poczucie humoru i erudycja autora, więcej sekretów Flawii nie zdradzę, bo warto sięgnąć po ten kryminał, niezależnie od wieku czytającego. Grudzień pogodowo przypomina listopad, a jak wiadomo późna jesień to doskonały czas na kryminalne zagadki ukryte za mgłą tajemnic.

wtorek, 20 listopada 2018

Pan Bóg stworzył wieś, a człowiek miasto. Rok na wsi Magdalena Kozieł-Nowak.

Wiejski krajobraz zmienia się z dnia na dzień. Kiedy przyjeżdżam po tygodniu na wieś zmieniają się kolory liści i traw na łące, inne ptaki hałasują w sadzie późną jesienią, inne wczesną wiosną, krety zamieniają gładki jak stadion trawnik w poligon, wiewiórki śmiecą pod każdym iglakiem, w stodole najwięcej zamieszania jest teraz, co żyje chowa się w gałęziach na zimową drzemkę, kryją się w niej koty i psy sąsiadów. Na łące i w łysiejących lasach i zagajnikach łatwiej obserwować płową zwierzynę: sarny, zające. Taką zmieniającą się z miesiąca na miesiąc wieś uchwyciła w swojej książce Rok na wsi Magdalena Kozieł-Nowak.

Książka jest duża  oraz kolorowa: błękitami zimy, zielenią wiosny, płomiennymi barwami lata i brązami jesieni. Za płotem gospodarstwa biegają sarny, cała rodzina dzików, ptaki budują gniazda wiosną i trwają prace rolnicze na pobliskich polach uprawnych orka jesienią, letnie żniwa. Na podwórku ekologicznego gospodarstwa Listków w pozornym chaosie odnajdujemy odwieczny porządek. Starsi szykują maszyny do ciężkiej pracy na roli, machają łopatami i widłami w pocie czoła, obserwujemy pierwszą czerwcową zwózkę siana. Najmłodsi w rodzinie dbają o kurnik i dokazują ile mają sił. 

Babcia dba o przydomowy ogród i o poszanowanie tradycji robiąc we wrześniu dożynkowe wieńce. Pszczoły zasypiają na zimę, a latem ciężko pracują zapylając rośliny w ogrodzie Listków. Goście z miasta w styczniu jeżdżą kuligiem we trójkę, a w maju wracają w powiększonym o dzidziusia składzie. W grudniu okna udekorowane są świątecznymi gwiazdkami, a głowa rodziny przynosi choinkę z pobliskiego lasu. Dzień wykopków ziemniaków kończy się rozpaleniem ogniska i zjadaniem świeżego białego miąższu w zapieczonej skorupce (Przy tym obrazku przypomina mi się dramatyczna przygoda Almanzo Wildera z Małego farmera Laury Ingalls Wilder, któremu taki ziemniak wystrzelił w twarz 🤕).

Chociaż nie ma żadnej opowieści poza przedstawieniem mieszkańców i gości małego domku oraz stajni na wstępie można z tych obrazków wyczytać tysiące własnych historii i bajek  i na tym polega urok obrazkowych książek. Rozwijają słownictwo, umiejętności językowe i wyobraźnię najmłodszych.

Rok na wsi. Magdalena Kozieł-Nowak wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 12 listopada 2018

Biblia polska.

Mnóstwo jest utworów, którymi chciałabym się w Wami podzielić w setną rocznicę odzyskania niepodległości, ale ostatnio najchętniej sięgam do poezji Kazimierza Wierzyńskiego, stąd nieco spóźnionym prezentem rocznicowym od wyspy książek będzie przypomnienie o Biblii polskiej.

Kazimierz Wierzyński
Biblia polska.

                         Józefowi Czapskiemu
To nie są wiersze, poematy
I polonezy karmazynów:
To biblia, w której polskie światy
Z ojców przenoszą się na synów.

„Dziady”, „Irydion”, „Pan Tadeusz”
Lub „Kordian” – policz owe dzieła
I na pokoleń śpiew je przełóż –
Co w nich ci zagra? – Nie zginęła.

Sułkowski, który padł w Kairze,
Dlatego znów się śnił piechurom
W Tobruku nocą. On tam krzyże
Ustawiał swoim sobowtórom.

Dlatego żadnej skazy nie ma
W Norwida twardym, dumnym łuku,
Pod którym przeszedł pogrzeb Bema
I rytmem grzmiał, jak w armat huku.

Dlatego oczy napełnione
Dziecięcym i anielskim żalem
W ojczystą obracając stronę
Eloe marła za Uralem.

Sybirski jeniec żył udręką,
By na wolności z krwi i z dymu
Światu zwycięską podać ręką
Z Monte Cassino klucz do Rzymu.

Dlatego nie ma w tym fantazji,
To nie poezja i dramaty –
Cała Europa, trochę Azji,
Ach, jakże nasze, polskie światy!

Żołnierz z nich sobie tekst wybierał,
Gdy dla ojczyzny lata młode
Na froncie wszystkich lądów sterał
Albo z okrętem szedł pod wodę.

Bo żołnierz powstał z biblii starej
I sercem ją ogarnął bystrem
I poowijał ją w sztandary
I z takim szedł się bić tornistrem.

Więc to nie wiersze ani słowa,
Relikwie marzeń i pamiątek:
Tak jak w Genezis tam się chowa
Naszych od Boga sił początek.

Wystarczy zdjąć z nich znak symboli,
Jak okiennice z okien domu,
A ujrzysz wszystko co cię boli,
Co kochasz, pieścisz po kryjomu.

I w burzy, która śmiercią wieje,
Która porwała cię za młodu,
Zobaczysz wolność i nadzieję
Z tych ksiąg pielgrzymstwa i narodu.

sobota, 10 listopada 2018

O! Mają nawet szkielety! Monstrrrualna Erudycja. Wyspy ludne i bezludne. Anita Ganeri.

Krakatau
Znacie książki z serii Monstrrrualna Erudycja? Jeżeli nie, warto zawrzeć z nimi bliższą znajomość w bibliotece i czytać samemu i najmłodszym i rozszerzać rodzinne horyzonty. Przy okazji można znaleźć pasję na całe życie: ścigać tornada, mierzyć temperaturę w wulkanach, albo kolonizować Proximę B. Nieco bezpieczniejsze hobby, jak obserwacja natury czy zachowań owadzich społeczności, też można na kartach tych książek odnaleźć.

Nazwa bloga zobowiązuje do opowiedzenia o tomie o jakże swojsko brzmiącym tytule wyspy ludne i bezludne. Jeśli wydaje wam się, że o wyspach niczego ciekawego powiedzieć nie można wspominacie zapewne nudne lekcje geografii, żeby przekonać się, jak ciekawy to dział wiedzy warto sięgnąć po Monstrrrualną. 

W książce towarzyszymy wyspie od narodzin do śmierci i...odrodzenia w innym miejscu oceanu. Dowiadujemy się, jak burzliwą i długą historię geologiczną ma umiejscowiona na styku dwóch płyt tektonicznych Japonia i jak wiele wspólnego mają wyspy i wulkany. Poznacie też mrożącą krew w żyłach historię o wybuchu wulkanu Krakatau, który wpłynął na klimat całej naszej planety niszcząc wcześniej okoliczne lądy falą tsunami i bombardując odpadami piroklastycznymi statki w promieniu dziesiątek kilometrów. Huk Krakatau słyszany był na odległych o 3200 km lądach, a wybuchu samotnej wyspy nikt się nie spodziewał.

Fascynujące są losy fauny i flory, która rozkwita bujnie w otoczeniu ocenów i mórz. Wyspy Galapagos i żółwie olbrzymy znamy wszyscy, ale nie wszyscy wiemy jak wiele odmian tego spokojnego stworzenia żyje na oddalonych od siebie wysepkach. Wiatr, ptaki, z kawałków lądu tysiącami lat wypiętrzającymi się z oceanów, uczyniły rajskie ogrody, rozsiewając nasiona i przenosząc owady.

Wyspy rodzą się, jak wyspa Surtsey która na oczach rybaków z wielkim bulgotem wyłoniła się u południowych brzegów Islandii 14 listopada 1963 i giną z wielkim hukiem jak wybuch Krakatau, który zmiótł z powierzchni ziemi dwie trzecie wyspy znajdującej się w Zatoce Sundajskiej (O Krakatau możecie obejrzeć film z 2006 Krakatau. Dni ostatnie. )

Książka przedstawia fascynujące zagadki przeszłości, jak ta o przybyciu  Eryka Rudego na Grenlandię i kolonizacji tej ziemi przez Wikingów, którzy po 500 latach...zniknęli w niejasnych dla naukowców okolicznościach. Intrygujące są losy odkrywców wysp takich jak dzielny Holender Abel Tasman, który w 1642 roku odkrył Nową Zelandię Tonga i Fidżi, ale nie zauważył...Australii 🤔

Gorąco polecam Monstrrrualną Erudycję, bo uczy łączenia faktów, wyciągania wniosków i budowania łańcucha przyczynowo skutkowego, jednym słowem uczy małego człowieka myślenia, co nie zawsze udaje się polskiemu systemowi edukacji. Przydałoby się wznowienie drogie wydawnictwo Egmont, bo Strrraszną Historię można kupić w nowej szacie graficznej. Ze znalezieniem Monstrrrualnej Erudycji w bibliotekach nie powinno być problemu. Wyspa książek oddala się marzyć o kolonizacji własnej małej i bezludnej wysepki byle nie na Atlantyku w klimacie subpolarnym jak wyspa Bouveta, coś bliżej Europy wypadałoby znaleźć, żeby móc tam przewieźć własny niemały księgozbiór 😘

środa, 31 października 2018

Ale tak zupełnie o wszystkim to książki być nie mogą...Mama Mu czyta. Jujja Wieslander. Sven Nordqvist.

Pomimo, że mam w domu pokaźny księgozbiór i mnóstwo nieprzeczytanych książek, które przyciągają mnie za każdym razem, kiedy przechodzę obok regału ze świeżynkami, jak choćby Rycerz Siedmiu Królestw G. R.R Martina, którego chciałabym przeczytać przed premierą 20 listopada kolejnej powieści że świata Westeros, nadal biegam często do osiedlowej biblioteki po jeszcze więcej książek. 

I chociaż nie brakuje mi książek do czytania na kilka lat do przodu, uwielbiam, kiedy za oknem zapada jesienny mrok zagłębić się pomiędzy półki z książkami w krakowskiej bibliotece. Potem szurając butami w stertach liści, zanoszę te wyszperane skarby do domu. 

Chyba dlatego spodobała mi się bajka o nieco zapomnianej Mamie Mu czytającej. A szczególnie przypadła mi do serca ilustracja Mamy Mu na przyczepie ciężarówki powracającej bardzo ciemną jesienną nocą do rzęsiście oświetlonego gospodarstwa z naręczem książek. Dobrze, że nie mam ciężarówki, bo zgadnijcie co i w jakich ilościach woziłabym na przyczepie. 

-Muuuło tak sobie jechać po ciemku samochodem! Wszędzie czarno, widać tylko światełka gdzieś w oddali. 

Historia jest prosta, ale niezwykle pouczająca. Mama Mu nie przejmuje się konwenansami i narzekaniem Pana Wrony i uczy się umiejętności nie licujących z powagą dużego gospodarskiego zwierzęcia winnego chrupać trawę i dawać mleko, a nie jeździć na rowerze, czy czytać książki Astrid Lindgren wylegując się na łące lub na strychu z aromatycznym sianem. Umiejętności które przyswaja ruda krowa, przypominają te, których nauka pochłania energię najmłodszych czytelników. Dodatkowo można dowiedzieć się co to nagroda Nobla i jak na nią zasłużyć, a wiadomo im wcześniej maluch zaplanuje swoją naukową, bądź literacką przyszłość tym większa nadzieja na spełnienie marzeń o tej nagrodzie😋

Lubię czytać odpowiadające porze roku za oknem książki i mam plan zmiany nazwy bloga z wyspy książek na cztery pory roku na regale z książkami, dlatego bardzo podoba mi się jesienna Mama Mu czytana późnym październikiem.Wszak szaruga jesienna wcale smutna nie jest z perspektywy okna w bibliotece i domowego fotela o czym żadnego mola książkowego przekonywać nie muszę.



czwartek, 25 października 2018

Dolną część weneckich okien pokrywał lód, wokół domu gwizdał zimowy wiatr, w środku znajdowały się fotele, brandy i ogień na kominku, jednak Lord John był dżentelmenem. Jesienne werble. Diana Gabaldon


Różne bywają powody moich powrotów do czytanych już powieści, zwykła chęć schronienia się na chwilę do już poznanego świata, który ma szansę zachwycić raz jeszcze, albo powtórka z książki przed obejrzeniem serialu będącego jej adaptacją. Tak jest w przypadku Jesiennych werbli które z początkiem listopada można będzie obejrzeć w wersji serialowej, a więc długodystansowej, która daje duże możliwości stworzenia na ekranie dokładnego obrazu książki.

Do lektury wróciłam po obejrzeniu...nowej czołówki serialu Outlander z odrobinę zmienioną muzyką pasującą do nowego świata, w którym osiedlają się główni bohaterowie. Jak będą rozpoczynać się kolejne odcinki 4 sezonu zobaczycie na facebookowej odsłonie wyspy książek klik. Outlander to kosztowna, a co za tym idzie efektowna produkcja z przepięknymi plenerami, wnętrzami oddającymi ducha epoki, strojami, balami i scenami walki. Znakomici, a przy tym nieopatrzeni aktorzy odtwarzają rolę głównych bohaterów: Claire - Caitriona jest piękna i charyzmatyczna, jak jej literacki pierwowzór, jej mąż Jamie - Sam Heughen to również strzał w dziesiątkę. 

Już w poprzednich sezonach producenci oddali hołd autorce, która pisze obszerne powieści, panuje nad ogromną ilością dorastających dzieci, szerokim wachlarzem postaci, miejsc akcji, uszanowali to pisarskie szaleństwo i stworzyli serial, który jest równie okazały i dynamiczny.

Ale chociaż doceniam poprzednie "szkockie" sezony, długo czekałam na sezon 4, pokazujący życie bohaterów w amerykańskiej kolonii Karolinie Północnej. Materiały ujawnione przez producentów pokazują przepiękne dzikie plenery, rwące rzeki tworzące amerykański krwiobieg, barki którymi podróżowali osadnicy przed epoką autostrad czy choćby utwardzonych dróg. Drewniany dom w Fraser's Ridge jest piękniejszy, niż go sobie wyobrażałam czytając "Jesienne werble", nie mogę doczekać się widoku gabinetu - pracowni Claire, mam nadzieję, że będzie przypominał ten z zamku Leoch. 

W ostatnim ujęciu bohaterowie spoglądają na swoją posiadłość Fraser's Ridge, która na kartach książki zapełniała się dzierżawcami, doskonale rozpisanymi przez autorkę bohaterami o różnorodnych charakterach i fizjonomii. Gospodarstwo to kawał dzikich gór, które ujarzmiali ciężką pracą osadnicy, którzy uciekli że Szkocji przed trudnymi po-powstańczymi warunkami. Nowy Świat jest piękny, ale w tej dziczy czai się jakaś groza nieznanego lądu, pełnego zwierzyny nie znającej ludzi co czyni je równie bezbronnymi, co groźnymi w starciu z człowiekiem.

Początek historii Stanów Zjednoczonych pisany losami osadników  uważam za jeden z najciekawszych w historii świata od czasu przeczytania..."Domku na prerii" Laury Ingalls Wilder. Szukając książek o takiej tematyce trafiłam na Dianę Gabaldon, jeśli znacie inne tytuły o podobnym tle historycznym, podzielcie się ze mną w komentarzach.

Zdarzyło mi się już napisać o "Jesiennych werblach" na blogu ponowna lektura tej ogromnej książki odświeżyła moją pamięć przed obejrzeniem serialu, właśnie dlatego lubię mieć ulubione powieści w pobliżu i planuję dokupić brakujące tomy tej fantastycznej baśni dla dorosłych. Marzy mi się książka z polskimi Fraserami z elementami fantastyki i polskiej historii i z taką popularnością na świecie. Gorąco polecam serię "Obca", bo gwarantuje dużo czytania na coraz dłuższe jesienne i nadchodzące nieubłaganie zimowe wieczory.

poniedziałek, 22 października 2018

Kochali go, mimo że był malutki i sprawiał wiele kłopotów. Peter i Lena. Dwa opowiadania. Astrid Lindgren. Ilon Wikland.


Jesień tuż po babim lecie to taka pora roku, kiedy otuleni mgłą i przemoczeni deszczem, tym chętniej wracamy do domowego ciepła i bałaganu, pozostawionego w porannym pośpiechu. Książkowym ekspertem od rysowania domowego bałaganu jest Ilon Wikland. Jej ilustracje zasnutych zabawkami niczym górski szczyt śniegową czapą pokoi dziecięcych, przykuwają wzrok i rozgrzewają serce zziębniętego jesienią czytelnika.      

Dwa opowiadania o rodzeństwie Parterze i Lenie przenoszą nas w skomplikowany świat relacji pomiędzy starszym bratem i młodszą siostrą. Pomimo chęci wymiany kłopotliwego noworodka na trzykołowy rowerek starszy brat z czasem docenia, że nie jest już sam na tym skomplikowanym świecie i ma z kim wieczorami prowadzić bitwy na poduszki. Choć do czasu kiedy noworodek zmienia się w kontaktową dziewczynkę upływa sporo wody w szwedzkich rzekach i czasu wypełnionego doglądaniem płaczliwej siostry.

Drugie opowiadanie przekonuje małego czytelnika do instytucji szkoły, w której przyjdzie mu spędzić najlepsze lata życia. Już samo przedarcie się przez plątaninę ulic na szkolny dziedziniec jest trudne dla małej Leny i w tej sytuacji znów pomaga starszy imponujący brat, któremu przyjdzie w obronie honoru siostry stoczyć najprawdziwszą bójkę. 

A wieczorem Lena i Peter zasiadają w ciepłym świetle lampki przy swoich biurkach i dzielą się wrażeniami i na takie wspólne jesienne wieczory jest ta pięknie zilustrowana opowieść niezawodnego wydawnictwa Zakamarki.

Ja też chcę mieć rodzeństwo.
Ja też chcę iść do szkoły.
Astrid Lindgren Ilon Wikland
wydawnictwo Zakamarki

O książkach Astrid Lindgren na wyspie książek poczytacie tutaj :)
Ronja, córka zbójnika.
Boże Narodzenie w Bullerbyn.
Lotta z ulicy Awanturników.
Maddika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Nie jestem za mała, nie jestem za ciężka, ja też chcę pojechać! Kocia mama i jej przygody. Maria Buyno-Arctowa.

Bronisława Rychter-Janowska
Gdyby otworzyć drzwi do starego dworku który pełnił funkcję szkoły w wiosce nieopodal mojego domu i cofnąć się w czasie do czasów przed II wojną światową to właśnie obrazki z książek Marii Buyno-Arctowej dane byłoby nam za tymi drzwiami zobaczyć. To właśnie obraz życia na folwarku zachowała dla potomności autorka zawierającej elementy autobiografii "Kociej mamy."

Beztroska Zochna mieszka w dworku, ma za towarzysza zabaw brata i młodszą siostrzyczkę. Nad rodzeństwem czuwa mama i nauczycielka panna Klara, niemniej energii zmuszeni są poświęcać wyciągając z tarapatów najmłodszych pracujący na folwarku parobek, dwie służące i mały pomocnik.

Gospodarstwo posiada rozlicznych mieszkańców kury, kaczki, indyki, zaprzyjaźnione z główną bohaterką oraz gromadkę kotów dzięki szczerej miłości do nich Zochna staje się dla rodziny Kocią mamą. Czas upływa dzieciom na psotach, czytaniu książek i wymyślaniu najrozmaitszych sposobów na samounicestwienie. Zabawy z drabinami spacery po dachówkach i umykanie przed stadem koni z sadzawki to tylko kilka z ich pomysłów na spędzanie wolnego czasu.

Zochna jest jednym z grzeczniejszych dzieci polskiej literatury ma jednak problem z dotarciem na lekcje z panną Klarą i szlifowaniem wierszy i niemieckich słówek, kocia gromadka i konie oczekujące na kostki cukru skutecznie rozpraszały to miłujące gospodarskie życie dziecko. Na szczęście kary w postaci zakazu udziału w zwózce siana nie były zbyt dotkliwe, choć burza i odkryty na stryszku nowy przychówek ukochanej kotki doprowadzają do dramatycznych przygód.

A tym czasem na dworze zachodziły wielkie zmiany: powietrze stawało się coraz duszniejsze, gorętsze, drzewa i krzaki, nie poruszane najlżejszym wietrzykiem, stały nieruchome, jakby czegoś oczekiwały; niebo z jednej strony zaczęło zaciągać brudnoszarą chmurą, od czasu do czasu dawał się słyszeć ponury łoskot, jakby tam wysoko w chmurach, ktoś przesypywał wielkie, ciężkie kamienie.

I tak od zabawy do zabawy w otoczeniu przyrody i korzystając z całej masy wiejskich przyjemności mija lato w Brzezinach i pora wrócić do szkoły. Bywa w tej mojej ukochanej także za sprawą ilustracji Anny Stylo-Ginter książce z dzieciństwa dojmująco smutno, nie brak okrucieństwa choć ukrytego między wierszami i korygowanego przez niezawodnych dorosłych, a dawka miłości do zwierząt jest ogromna, więc warto poczytać współczesnym skomputeryzowanym małoletnim, którzy nie zaznają takich wakacji na wsi z dziadkami, jakie ja miałam szczęście przeżywać. 

Z punktu widzenia poszerzania horyzontów, gdyby jakiś dorosły czytelnik potrzebował wymówki przy sięganiu po książki Buyno-Arctowej warto poznać książkę, bo to relacja z pierwszej ręki, pisarka dzieciństwo spędziła w majątku Brzeziny pod Łodzią i taki nie wykrzywiony w grymasie obraz ziemiaństwa, które pracujących traktuje jak członków rodziny, a dworek to duża prężna instytucja oświatowo-rolna dająca wyżywienie swoim mieszkańcom i wykształcenie dzieciom, które musiało być dużym wysiłkiem finansowym, aby wartości i wiedzę niosły przez życie i przekazywały kolejnym pokoleniom.


sobota, 23 czerwca 2018

Nie zdawałam sobie sprawy, że są zwierzęta, które w środku lata zaczynają jesień. Żubr Pompik. Kolory jesieni i pozostałe historie. Tomasz Samojlik.

We wstępie książki Wojciecha Mikołuszko Z tatą w przyrodę przeczytałam, że maluchy wiedzą więcej o groźnych lwach, pękatych słoniach, a nawet prehistorycznych dinozaurach niż o rodzimej faunie i florze i myślę, że sporo w tym stwierdzeniu prawdy. Ale na szczęście mamy pana Mikołuszko i Tomasza Samojlika, którzy o polskiej przyrodzie opowiadają tak dobrze, jak Maria Kownacka w "Razem ze słonkiem" wiele lat temu. 

Seria książeczek o Żubrze Pompiku doskonale prezentuje się w biblioteczce przedszkolaka, komiksy o ryjówkach skierowane są do nieco starszych dzieci. Każda książka to kopalnia wiedzy o polskiej przyrodzie, zwyczajach zwierząt, tajemniczych gatunkach zamieszkujących mroczne, słowiańskie bory :)

Lubię książki podzielone według pór roku, a Pompika i jego żubrzą rodzinę poznajemy w różnorodnych okolicznościach przyrody. Są tomy wiosenne, zimowe, a ja opowiem u progu lata o kolorowych liściach i odlatujących bocianach, bo właśnie "Kolory jesieni i pozostałe historie" wypożyczyłam ostatnio z biblioteki.

Pompik i Polinka zamieszkują z rodzicami żubrzą polanę, latem, z pełnymi ziół brzuszkami żubry eksplorują las i poznają jego niezwykłych mieszkańców od niewielkiej ćmy, która słodki zapach ukochanej wyczuwa z drugiego końca lasu i mając księżyc za przewodnika podąża nocą jej śladem, przez rozbrykane kuny po zimorodki zamieszkujące norki w piaszczystych skarpach przy rzece.

Każda historia ma wielu bohaterów, którzy chętnie dzielą się z czytelnikami swoimi tajemnicami: borsuki sprzątają nory swoją i te dziedziczone po ojcach i dziadach, jenoty zakładają leśny squot, ropucha zdradza gdzie skrywa groźną, śmiercionośną broń, a rzekotka okazuje się kameleonem.

Barwne, fascynujące historie do czytania przed snem, uśmiechnięta żubrza rodzinka na ilustracjach i mnóstwo wiedzy, która przyda się także dorosłym czytelnikom, bo czy wiedzieliście, że czarny bocian jest sprinterem w porównaniu do białych kuzynów i kiedy oni z mozołem machają skrzydłami w drodze na zimowisko, on może sobie pozwolić na kilka dodatkowych dni na polskich łąkach :)

piątek, 22 czerwca 2018

Ocal mnie z paszczy lwa. Detektywi z klasztornego wzgórza. Zuzanna Orlińska.

W przeciągu kilku miesięcy wyspa stała się bez książkową i bezludną, nad zmianą tego stanu rzeczy postaram się podczas bezsennych nocy popracować, inna sprawa, że śpię doskonale więc blogowy stan rzeczy może się jednak nie zmienić. Inspiracji czytelniczych mi nie brak, notes w którym zapisuję tytuły przeczytanych książek wybił czerwcową porą na papierowym liczniku rekordową dla mnie liczbę 78 przeczytanych książek. Więc na wyspie w 2018 stoi solidny regał, wypadałoby jeszcze każdej z przeczytanych powieści poświęcić skrawek wyspy i otoczyć własnymi słowami. Dzisiaj chciałabym zwrócić uwagę czytelników, którzy nie pogonili mnie jeszcze z paska czytanych blogów na serię książek "A to historia" i na Zuzannę Orlińską, której 2 powieści zachwyciły mnie w ostatnich tygodniach.
***
Pierwsza z nich to "Z Bożej łaski Jadwiga Król" książka napisana z takim ogniem historycznym, że niezależnie od wieku naprawdę warto ją poznać. Autorka ma doskonały warsztat zarówno pisarski, jak historyczny i anielską cierpliwość do zagłębiania się w źródła historyczne, te niteczki wyplata w przepiękne, chwytające za serce opowieści o dziejach minionych. Króla Jadwigę poznajemy jeszcze przed ślubem z Jagiełłą i trudno naszej władczyni nie pokochać, podobnie jak tajemniczej Formozy, która ze źródeł historycznych znana jest wyłącznie z niezwykłego imienia (być może pochodzącego z biblijnej Pieśni nad pieśniami - nigra sum sed formosa*). Zuzanna Orlińska wymyśliła Formozę od podstaw i to jedna z takich książkowych bohaterek, które długo po lekturze będziecie wspominać.

Druga książka Zuzanny Orlińskiej "Detektywi z klasztornego wzgórza" to doskonale napisana powieść dla młodego czytelnika z historią w tle. Chociaż wyrosłam z grupy docelowej mam ciągły głód takich książek dla młodzieży, napisanych z szacunkiem dla inteligencji młodego człowieka i będących pomocą naukową wyjaśniającą zawiłości przedwojennego świata. 

W książce opisano lata 30 XX wieku przez karty powieści przewijają się barwne postacie tworzące zbiorową świadomość Polaków początku wieku XX, poeci, pisarze, naukowcy, inżynier Stefan Ossowiecki jasnowidz, który na niejedną powieść i serial zasłużył, przewidział bowiem koszmar II wojny światowej, a w jej trakcie szukał zaginionych. Akcja książki osadzona jest w Czerwińsku nad Wisłą, autorka doskonale pokazała barwny świat małych wielokulturowych miasteczek II Rzeczpospolitej,  które przepadły w wojennej zawierusze. Sporo miejsca poświęciła opisom Wisły zmieniającej się o każdej porze dnia i roku, będącej główną arterią miasteczka i żywicielką wielu rodzin. 

Powieść osnuta jest wokół wizyty prezydenta Ignacego Mościckiego w Czerwińsku i tajemniczego malarza, którego pojawienie się w miasteczku na krótko przed nią budzi niepokój czerwińskich...dzieci. Malarz kręci się wokół klasztoru na wzgórzu, wspina się na wieże znajdującą się na trasie przejazdu prezydenta, bada każde z zabytkowych klasztornych drzwi, pod okiem nieświadomych, zapracowanych dorosłych. Tajemnice klasztoru i malarza usiłują rozwikłać panienka z dobrego domu, syn restauratorów i wyratowany z powodzi pies Indus. 

Poza sympatycznymi bohaterami Bronką i Jerzym, którzy uwielbiają czytać ukryci w wieży, bądź na drzewie, poznajemy historię niezwykłego przedmiotu, anataby z brązu, głowy lwa, pomiędzy którego kłami tkwi maleńka głowa człowieka. 

Salva me ex ore leonis [...]- Ocal mnie z paszczy lwa. Tak właśnie słowami psalmu mówi ta kołatka. 

Jedna z dziewięciu w Europie, anataba czerwińska została ukradziona przez Dagoberta Freya w czasie okupacji i najprawdopodobniej nadal pozostaje w rękach jego rodziny. Takich niezwykłych historii, które wydarzyły się naprawdę, jest tu więcej, a także szczegółowe, piękne opisy zabytków, sklepów i przedmiotów używanych w międzywojniu, warszawskie antykwariaty, setki drobiazgów, które znalazła w źródłach historycznych autorka i ożywiła dla nas w swojej książce.

Po przeczytaniu "Z Bożej łaski Jadwiga Król" pokochałam książki Zuzanny Orlińskiej teraz potwierdzam swoje zauroczenie jej twórczością. Świeżo wypożyczonych z biblioteki "Detektywów.." miałam tylko przekartkować i tak do-kartkowałam do ostatniej strony. Polecam serię #atohistoria nie tylko dzieciom, bo odnajdą w nich klimat najlepszych młodzieżowych powieści sprzed lat także dorośli :-)

*śniada jestem, lecz piękna

piątek, 15 grudnia 2017

A tu do wyższych pnę się grządek w mej firmie „Trwoga & Żołądek”

Za oknem wieje okrutnie, choć w Krakowie wietrzenie miasta zimową porą witamy z ulgą i radością, nasze płuca i mózgi w końcu otrzymają zasłużoną dawkę świeżego powietrza. Pogoda jest więc idealna na pisanie postów, dzisiaj podzielę się więc swoim stosikiem zbieranym jesienią, którym zaczytywać będę się zimową porą.

Dwie książki to taki mroźny impuls, chciałam poczytać o zimie więc kupiłam książkę o jej ekstremalnym obliczu w "Spod zamarzniętych powiek" Adama Bieleckiego zmagającego się z aurą i górami oraz kryminał wprost z Grenlandii. Kryminały ostatnimi czasy robią za przewodniki po nieznanych krainach, zachęceni sukcesami Skandynawów pisarze uwieczniają swoje wioski, miasteczka, ich tło społeczne, pogodę, ulice, sąsiadów, dodają kryminalną intrygę i jest to przepis na sukces na rynkach księgarskich. Połączenie Grenlandii z wątkiem kryminalnym działa na wyobraźnię czytelnika, ja widząc zapowiedź "Dziewczyny bez skóry" zobaczyłam obrazy skutej lodem, spowitej mrokiem śnieżnej krainy i moja wyobraźnia została kupiona, a książka bez głębszego zastanowienia zamówiona.

"Demelzy" wypatrywałam w kioskach już od kilku tygodni, pierwszy tom kolekcji "Poldark" przeczytałam w tempie ekspresowym, powieść ma posmak twórczości sióstr Bronte, ich nastrojowość obezwładniającą wyobraźnię czytelnika. Cieszę się, że powieści Winstona Grahama co miesiąc znajdę w saloniku prasowym, bo polubiliśmy się z Kornwalią i bohaterami od pierwszego czytania.

Dwie cieniutkie książeczki niemal niewidoczne na zdjęciu to czytanki w języku angielskim, dodatek do podręczników do nauki języka obcego. Posiadanie książki Jarosława Marka Rymkiewicza udało mi się zasygnalizować w poprzednim poście, co jest wysiłkiem niezwykłym dla tak leniwego blogera, jak moja skromna osoba. Na swoje usprawiedliwienie mam fragmenty wiersza o ludzkiej niedoskonałości autorstwa K.I.Gałczyńskiego, którym mam nadzieję odkupię nieco swoje winy w oczach zaglądających tu jeszcze czytelników.

„Ziemia i niebo przemijają,
lecz słowo Moje nie przeminie”,
kto to powiedział? kto powiedział?
Zapomniałem.

Zapomnieć snadniej. Przebacz, Panie:
za duży wiatr na moją wełnę;...

Nie mogę. Zrozum. Jestem mały
urzędnik w wielkim biurze świata,
a Ty byś chciał, żebym ja latał
i wiarą mą przenosił skały.

Nie mogę. Popatrz: to me dzieci,
śliczna kanapa i dywanik,
i lampa z abażurem świeci,
i gwiazdka malowana na nim,

gwiazdka normalna, świeci ziemsko —
a Ty byś zaraz — betlejemską!

Posadę przecież mam w tej firmie
kłamstwa, żelaza i papieru.
Kiedy ją stracę, kto mnie przyjmie?
Kto mi da jeść? Serafin? Cherub?

A tu do wyższych pnę się grządek
w mej firmie „Trwoga & Żołądek”.


sobota, 25 listopada 2017

Ale wie pan, wypisać się ze wszystkiego to jednak nie można.

Zgodnie z gorącym postanowieniem nie kupowania książek, aż do przerzedzenia drogą przeczytania domowych zbiorów...kupiłam sobie jeszcze jedną książkę. Jest bowiem takie miejsce w okolicy krakowskiego Rynku Głównego do którego nogi same mnie prowadzą, to księgarnia na ul. Szewskiej, gdzie można uzupełnić bibliotekę o książki historyczne, kryminały, albumy i książki dla dzieci. 

Wpadłam do księgarni na chwilę i zatonęłam w lekturze książki Jarosława Marka Rymkiewicza, trafiłam na fragment, którym podzielę się z Wami poniżej.

Ale wie pan, wypisać się ze wszystkiego to jednak nie można. - Chyba że ktoś umrze - mówi Profesor. Co usłyszawszy, pan Mareczek zaczyna się zastanawiać, czy wówczas, kiedy umrze, kiedy już go nie będzie, rzeczywiście wypisze się lub też zostanie wypisany ze wszystkiego, i dochodzi do wniosku, że jednak nie, chyba nie, bowiem z problematyki polskiej, ze sprawy polskiej, krótko mówiąc, z Polski wypisać się nie można, i Polak, który umiera, nie przemienia się przecież - o, to byłaby kara zbyt już okrutna, gorsza niż wszystkie czyśćce, wszystkie piekła - w truchło bez narodowości, w ducha bez ojczyzny, lecz pozostaje nadal Polakiem, duchem polskim, trupem polskim, i nadal zatem uczestniczy w polskich dziejach, jest obecny, jest świadkiem, poświadcza, i działa nadal duchowo, a może w tajemniczym jakimś sposobie, i fizycznie w sprawie polskiej, wspomaga Polskę, wzmaga polskość Polski, i pan Mareczek z prawdziwą przyjemnością wyobraża sobie siebie samego, ale już umarłego, już cokolwiek zetlałego pana Mareczka, który właśnie umarł, i widzi, jak on, ten dopiero co zmarły pan Mareczek, nadal będąc obecnym i wcale nie zamierzając zrezygnować, mimo rozkładu ciała, a może i ducha, z duchowej obecności w sprawie polskiej, z duchowego świadczenia na rzecz tej sprawy, udaje się właśnie - on, duch pana Mareczka albo jego upiór - autobusem pośpiesznym "D" do Pałacu u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu, ponieważ jest to akurat ten dzień miesiąca, w którym w tym Pałacu pan Mareczek - a teraz ju upiór pana Mareczka powinien opłacić miesięczną składkę związkową oraz miesięczną składkę na uwięzionych i prześladowanych.*

Całkiem przypadkowo trafiłam na kolejną ważną książkę w swoim czytelniczym życiu - "Rozmowy polskie latem roku 1983" Jarosława Marka Rymkiewicza. Jeżeli będziecie zwiedzać królewski Kraków, a jakimś cudem nie znacie dwóch ważnych dla moli książkowych adresów, służę uprzejmie: skład taniej książki znajduje się na ulicy Grodzkiej 50, a księgarnia "Tak czytam" przy Szewskiej 5. Z prawdziwymi książkowymi skarbami wrócicie do domu, a i zbaczać z turystycznych ścieżek w celu ich zdobycia nie ma potrzeby :)

*"Rozmowy polskie latem roku 1983" Jarosław Marek Rymkiewicz


wtorek, 16 sierpnia 2016

Czytam, siedząc na starych sankach w stodole.


Czytam, siedząc na starych sankach w stodole, sanki mam wyścielone kocem w czerwoną kratę, podebranym z ogrodowej huśtawki i poduszkami z tarasu, plecami opieram się o stare drewniane wrota, przez które ostatni wóz z sianem wjechał jakąś dekadę temu. Kiedy obracam wzrok w prawo, spoglądam na dom i ogród, na wprost mam sad, w roku ubiegłym zapomnieliśmy o podcinaniu gałęzi, a raczej po prostu zabrakło nam na to czasu, więc drzewa splątały się koronami i tworzą nieco przerażający widok wprost z obrazów Juliusa von Klever, on właśnie w taki sposób malował drzewa, jakby i w swoim ogrodzie nie chciało mu się przycinać gałęzi. 

Zazwyczaj podczas czytania nad głową latają mi stada jaskółek, teraz jest ich mniej i nie są tak zapracowane jak podczas pełni lata, ten ich brak i chłodne powiewy wiatru, które poruszają kartkami mojej książki uświadamiają mi, że pod moją nieobecność zmieniła się w te dwa tygodnie aura rozpalonej pełni lata na dojrzały skłaniający się ku jesieni sierpień, i właśnie dlatego nie lubię na tak długo opuszczać swojej wsi, bo wracam na zmianę pory roku. 

Las za płotem pachnie grzybami, wilgocią i głębszym chłodem końca lata, łąka zamieniła się miejscami w bagno, trawa na niej urosła, jest ciemno, a nie soczyście zielona, sierpniowa. Wieczorem znad rzeki po łące przyjdzie mgła, zatrzyma się za płotem, linię podwórka przekroczy we wrześniu, wtedy zamkniemy rzeźbione wejściowe drzwi, teraz otwarte i wdychające zapach lasu, łąki, rzeki, którymi oddycha potem cały dom, we wrześniu dom oddycha tylko oknami, bo mali mieszkańcy łąk lubią szukać jesiennego schronienia w domach, a wolelibyśmy gościć ich co najwyżej w stodole. Przykro patrzeć jak lato powoli odchodzi, otuchą napawa mnie jednak widok stert zwiezionego drewna, chrustu przyniesionego z lasu, który bajecznie strzela w piecu zimą, złożone w kącie stodoły drzewo pachnie żywicą i jest jeszcze złocisto-żółte, na stoliku w drugim końcu stodoły w wiklinowym koszu malinowy syrop w butelkach czeka na wywiezienie do krakowskiej piwnicy, powoli szykujemy się do zimy. 

Kiedy czytam książki już znane nie muszę za bardzo skupiać na nich uwagi, mogę błądzić myślami po całej okolicy i notować w pamięci całą jej urodę, za "Zdobywam zamek" Dodie Smith zabrałam się ponownie, bo przed snem wypatrzyłam tą książkę na regale i zabrałam następnego dnia ze sobą na wieś, chyba stęskniłam się za jej klimatem i właśnie takiej lektury było mi trzeba ostatnio. 

Lubię podobnie jak główna bohaterka powieści zaczytać się w nietypowym miejscu, nie mam na własność wieży, mam tylko mało romantyczny, bo zagospodarowany strych, dlatego przesiaduję w stodole, która jest najoryginalniejszym, bo najstarszym budynkiem na podwórku, swego czasu dużo się tu działo, jest w starej stodole podwójna ściana z solidnymi, ciężkimi drzwiami, która w czasach okupacji była kryjówką, w której mieszkańcy okolicy chronili się przed wywózkami do Niemiec na roboty, trochę tego niepokoju, który musiał im towarzyszyć podczas ukrywania się w schowku unosi się nadal przy tej ścianie. Chyba za dużo dookoła śladów wojny, na oknie w składziku leży poszarpana część pocisku znaleziona podczas sadzenia iglaków z balkonu, pociski w tej naszej oazie spokoju nie wybuchały na pewno, choć front przebiegał niedaleko, ale mosiądz zawsze można było zużytkować w biedzie panującej na wsi w latach powojennych, gospodarz przyniósł żelastwo i coś  z niego zmajstrował, resztkę wchłonęła ziemia, potem oddała nam, żeby pamiętać. 

Uwielbiam czytać w starej stodole do późnego wieczoru, kiedy ostatnie promienie słońca wpadają przez szpary pomiędzy wyschniętymi, wysłużonymi deskami ścian, lubię czytać książki po dłuższej przerwie, zawsze na nowo się nimi zachwycam, znajduję i znaczę nowe, ulubione fragmenty, nie spieszę się ze swoim czytaniem, nie pędzę za nowościami, wolę to co znam i sprawia mi przyjemność. A wy lubicie wracać do znanych już powieści?

Zapraszam na Instagram wyspy książek https://www.instagram.com/wyspaksiazek/


O powieści "Zdobywam zamek" było już kiedyś na wyspie książek, o, tutaj :D

sobota, 13 sierpnia 2016

Jesienią i zimą pszczoły w ogóle nie wyfruwają z gniazd. Mam przyjaciela pszczelarza. Ralf Butschkow.

Nie poddając się pogodzie przynoszącej pierwsze powiewy jesieni czytam o pełni lata. A, że dla mnie pełnia lata to rozśpiewana łąka z całym zamieszaniem robionym przez milion żyjących na niej owadów, zabrałam się za czytanie i oglądanie książki o pszczołach. W osiedlowej księgarni wypatrzyłam tom o pszczelarzu z serii "Mądra Mysz" i zabrałam do domu, bo temat pszczelarstwa uważam za intrygujący, sama chętnie zajęłabym się kiedyś profesjonalną hodowlą tych owadów na swoim kawałku wsi :)

Uwielbiam swoją łąkę, która zmienia się z tygodnia na tydzień, od wybuchu kolorów i zapachów w maju, poprzez letnie dojrzewanie aż do drugich sianokosów i jesiennego wyzłacania traw, nic nie relaksuje mnie tak, jak rozłożenie się na trawie, wpatrywanie w błękit nieba i słuchanie milionów odmiennych tonów bzyczeń i  brzęczeń owadów zamieszkujących ten zielony mikroświat. Ponieważ jestem też właścicielką wiekowej stodoły, musiałam zaakceptować bliskie sąsiedztwo z osami, które wysoko przy dachu robią sobie gniazda, bo tak jak ja cenią sobie stare drewno. Żyjemy może nie w przyjaźni, bo pełnego zaufania to tego rozbrzęczanego stadka nie mam, ale staramy się nie wchodzić sobie w drogę i jak na razie nikt nikomu krzywdy nie zrobił. Chyba właśnie z powodu pasiastych mieszkańców szarej kuli w stodole lubię czytać o owadach uskrzydlonych, znając ich zwyczaje i wiedząc, jak ważne są dla zachowania równowagi w przyrodzie, staram się im pomagać sadząc rośliny, które lubią. 

Książki z serii "Mądra Mysz"  uważam za wartościowe publikacje, które prezentują najmłodszym różne zawody, w domowej biblioteczce jakiś kącik zajmuje tomik o rolnikach (bo my kiedyś na pewno wylądujemy na wsi) i o zawodzie pielęgniarki. Wiedzy jest tu akurat w sam raz na główkę kilkulatka, książeczka ma cudne ilustracje, bardzo kolorowe i wzmacniające przekaz książki.

Maluch pozna dzięki tej książeczce budowę pracowitej pszczółki od jej mozaikowych oczu, którymi wypatruje kwiatów, z których potem zbiera pyłek i nektar, po koszyczki na tylnych odnóżach w których zanosi skarby z łąki do ula. Potem do akcji wkracza pszczelarz, który ramki z plastrami miodu wkłada do specjalnej maszyny wirówki-miodarki, miód z plastrów wpada do słoika, a potem ląduje na naszym stole z kraciastym obrusem. Ponieważ najlepiej miodek wygląda w świetle porannych promieni słońca, najlepiej serwować go na śniadanie. Pszczoły mają też nie głupi sposób na spędzanie zimy, wtedy po prostu nie opuszczają ciepłego ula, a jedzą to, co uzbierają latem i przechowują w woskowych plastrach.

Podziwiam stare zawody, chciałabym mieć i fach pszczelarza w ręku, może kiedyś się uda :)


czwartek, 7 lipca 2016

Poza tym wszędzie, absolutnie wszędzie walały się nitki. Wystarczyło się oprzeć o blat, żeby już kilka z nich przyczepiło się do ubrania.

Uwielbiam uczyć się nowych rzeczy, z równym zapałem zabieram się za naukę nowych języków, co za naukę obsługi wyrzynarki do drewna. Przez długie lata chodziła mi po głowie chęć nauczenia się szycia na maszynie. Wstyd się przyznać, ale dotąd świat maszyn do szycia był dla mnie kompletnie obcy, a z każdą poprawką garderoby musiałam biec do zakładu krawieckiego. Lubię zaglądać do pań krawcowych, które mają piękną pracownię w bardzo starym stylu, ale nadarzyła się okazja zdobycia własnego sprzętu. Sąsiad sprzątając piwnicę, znalazł maszynę do szycia w świetnym stanie i wiedząc, że mamy domek na wsi zapytał, czy nie potrzebujemy :) Maszyna jest piękna, więc długo się nie zastanawiałam nad jej przyjęciem i właśnie zaczynamy razem nową przygodę. 

W dzieciństwie z przyjemnością przyglądałam się mamie rozkładającej maszynę do szycia, błyszczącym i migającym srebrnym igiełkom czarującym wraz z dłońmi mamy nad kolorowymi tkaninami. Godzinami przekładałam skarby w pudełeczkach z igłami, z nićmi delikatnymi jak pajęczyna lub grubymi jak końskie włosy, we wszystkich możliwych kolorach tęczy. Dzień szycia zdarzał się bardzo rzadko i miał w sobie coś z domowego święta i magicznego, kolorowego rytuału z furkoczącą maszyną, z błękitną filiżanką z pachnącą kawą, po którą sięgała moja rodzicielka w przerwie pracy. 

Naukę rozpoczęłam od zakupów, a trudno dzisiaj znaleźć srebrzyste bębenki do starej maszyny. Nici znaleźć najłatwiej, mało praktycznie wybrałam kolory żółte, turkusowe, karmazynowe i amarantowe, kierując się ich urodą, mniej praktycznym zastosowaniem. Znowu urządzamy sobie w domu świąteczny dzień szycia za każdym razem, kiedy moja miła nauczycielka ma na to chwilkę czasu. Moje umiejętności nie są jakoś szalenie imponujące, tu przychodzi mi na myśl książkowa bohaterka Gry o tron, moje ściegi są dość siermiężne, póki co. Ale marzyłam o domowej pracowni krawieckiej i mam swój kącik zachwycający feerią barw, z przyborów do szycia cieszę się nawet mocniej niż z nowo nabytych umiejętności. A ponieważ to nadal blog o książkach, warto zajrzeć do literackiej pracowni krawieckiej stworzonej w wyobraźni Emilii Kiereś w "Srebrnym dzwoneczku", o tej delikatnej i urzekającej książce pisałam, którejś zimy :)

Weszły do niedużego pokoiku na końcu korytarza. Przez szerokie odsłonięte okno wpadało jeszcze trochę jasnego światła, ale południowe słońce już kierowało swoje promienie w inną stronę. Pod oknem ciągnął się długi, szeroki blat z dwiema maszynami do szycia; cały zasłany ścinkami kolorowych tkanin i wykrojami. Na podłodze też leżały różne ścinki i skrawki. Pod drugą ścianą ustawiono szerokie regały, na których poukładano tkaniny [...] Były tam tkaniny cieńsze i grubsze; gładkie, w groszki, w kratkę, w prążki, w kwiatki, a nawet w lokomotywy! [...] Z boku stała deska do prasowania i żelazko, a przy drzwiach dwa manekiny. [...] Poza tym wszędzie, absolutnie wszędzie walały się nitki. Wystarczyło się oprzeć o blat, żeby już kilka z nich przyczepiło się do ubrania.*

*Emilia Kiereś "Srebrny dzwoneczek."

wtorek, 5 lipca 2016

Kiedy piszę, że czytam wszystko to jest to prawda absolutna, bo absolutnie wszystko czytam, czyli o skandynawskich sagach i nie wyrzucaniu książek.

Mam w zwyczaju chomikowanie książek i objawia się to na naprawdę różne sposoby :) Na przykład w księgarniach, zwłaszcza tych z tanią książką, kupuję "na zaś" dwa skandynawskie kryminały, bo kiedyś na pewno się przydadzą, kiedy będę mieć ochotę na ten rodzaj literatury, a już zimą i jesienią przydadzą się na pewno na długie, ciemne wieczory przyprawione kryminalnym dreszczykiem. Wychodzi ze mnie chomik również, kiedy składam zamówienie w księgarni internetowej, wtedy zawsze przyplącze mi się jakiś dodatkowy tytuł do zamówienia. Znajomi i rodzina tylko pogłębiają moje chomicze skłonności, ponieważ obdarowują mnie książkami, które już przeczytali, albo otrzymali, jako gratis do czasopisma. 

Choćby tytuł był kompletnie głupi, a okładka doprowadzała do zgrzytania oczami, książkę zagarniam do torebki, chowam w biurku, a potem zastanawiam się, co też dalej z nią uczynić. Zwykle takie okładkowe straszydła-romansidła lądują na regale w domu na wsi i leżą sobie długie lata, ogrzewane zimą przez znajdujący się w pobliżu piecyk, a latem przez słoneczne promienie wpadające przez okno. 

Znam swoje szarże czytelnicze i wiem, że potrafię się zabrać za czytanie najdziwniejszych serii książek choćby takich dla bardzo małych dzieci, kiedyś dostałam pudełko komiksów Gigant i też przeczytałam w porywie czytelniczego szaleństwa. Więc, kiedy piszę, że czytam wszystko to jest to prawda absolutna, bo absolutnie wszystko czytam i dlatego zbieranie książkowych dziwadeł jest w moim przypadku jak najbardziej uzasadnione ;) 

Ostatnio przyszła w końcu pora na dokładniejsze przyjrzenie się własnym zbiorom i wybranie pośród tomów latami leżakujących na regale kilku książek do bieżącego czytania. Po wymęczeniu "Zamku na wrzosowisku" znalazłam małą, niepozorną powieść, która przed kilku laty otwierała kolekcję książek sprzedawanych, jako dodatek do pewnej gazetki z obrazkami. Ta książka to "Saga o Ludziach Lodu. Tom I: Zauroczenie". 

Kiedyś obiło mi się o uszy nazwisko autorki Margit Sandemo, ale o samej sadze nie słyszałam. O dziwo tę paskudnie wydaną książkę czyta się rewelacyjnie, autorka ma prawdziwy talent do opowiadania historii osadzonych w historycznych realiach, pośród dzikiej, norweskiej przyrody, z bohaterami, których nie sposób nie polubić i tajemnicami, których wyjaśnienia czytelnik oczekuje jak najszybciej. Byłam bardzo sceptyczna zabierając się za lekturę, ale pochłonęłam ją szybko na ogrodowej huśtawce, przerywając czytanie tylko z wyższej konieczności :) Faktem jest, że w pewnym momencie fabuła skręca ostro na harleqinową mieliznę, ale to w końcu bajka dla dorosłych, a nie literatura z wybujałymi ambicjami.

Pierwszy tom sagi przenosi nas w XVI wiek do Norwegii, znajdującej się pod panowaniem duńskim, zarazy dziesiątkują kraj, pośród skał i fiordów nie ma rodziny, która nie utraciła przez chorobę kogoś bliskiego, a żaden odmieniec nie jest bezpieczny w tych trudnych czasach płonących stosów. W tych okolicznościach poznajemy błąkającą się po Trondheim Silje, która przygarnia jednej nocy dwójkę dzieci, ratuje życie mężczyźnie skazanemu na śmierć i zyskuje tajemniczego opiekuna, który ofiaruje jej dach nad głową u zaprzyjaźnionego artysty. Podoba mi się sposób opowiadania losów dwójki bohaterów, pomimo upału miałam wrażenie, że siedzę w drewnianej chacie, za oknami szaleje zamieć, w domu jest ciepło i przytulnie, a ja słucham świetnej historii, która wydarzyła się naprawdę :) Do tego stopnia spodobała mi się ta książka, że pożałowałam, że nie mam dalszego ciągu pod ręką.

Zachęcona tą pierwszą w życiu przeczytaną skandynawską sagą, zaczęłam przegląd regałów w poszukiwaniu kolejnej, wiedziałam, że mam jeszcze jedną książeczkę z jeszcze paskudniejszą okładką (tak, to możliwe). I znów po lekturze pierwszego tomu Sagi grzech pierworodny byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, tym razem bohaterowie nie przykuwają uwagi, a w zasadzie znikają w świetnie opowiedzianym tle. W początkach XX wieku przenosimy się do bogatego norweskiego dworu, zwyczaje weselne, świąteczne, kolejne pory roku i związane z nimi rytuały opowiedziane są z kronikarską dokładnością. Uwielbiam czytać o życiu na wsi w zamierzchłych czasach, dlatego tak bardzo podobała mi się ta książka. Anne-Lise Boge ma wiedzę świetnego etnografa i hojnie się nią z czytelnikiem dzieli. 

Mam nadzieję, że tym przydługim wywodem przekonałam Was do zbierania książek, które w różnych okolicznościach wpadną Wam w ręce, wszak nigdy nie wiadomo na jaki rodzaj literatury przyjdzie molowi książkowemu ochota, przecież nasz apetyt na książki jest nie do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika ;)

środa, 8 czerwca 2016

Biblioteka Brzozowego Zagajnika i Zamek na wrzosowisku.


Mój dom na wsi ma rozliczne zalety, jedną z nich, ważną z punktu widzenia tematyki bloga jest posiadanie alternatywnej do miejskiej - wiejskiej biblioteki :) Biblioteczka Brzozowego Zagajnika gromadzi książki wywiezione z Krakowa w różnym czasie i z bardzo różnych powodów, trzon stanowią tzw. książki jednokrotnego czytania, których staram się obecnie kupować jak najmniej, ale wciąż trafiają się jakieś okazje w marketowych koszach z tanią powieścią, czy w księgarni na Grodzkiej, którym nie potrafię się oprzeć. Po przeczytaniu i uznaniu, że długo, albo wcale już do danej książki nie zajrzę układam stosik wywózkowy i zabieram ze sobą na wieś, potem przywiezione powieści rozlokowuję na regale. 

Duża część księgozbioru w Brzozowym to staruszki, które większość swojego książkowego żywota spędziły w piwnicznych kartonach i po latach życia w ukryciu, nareszcie mogą rozprostować stare stronice na regale ;) Oczywiście o książki dbam i nawet te w pudłach w piwnicy są tak zapakowane, żeby kurz nie pokrył ich grubą warstwą, a piwnica na szczęście nie jest w klimacie średniowiecznych, wilgotnych lochów, więc wilgoć nie zabiła starego księgozbioru. 

Jest też sporo książek od znajomych likwidujących swoje biblioteki, z których pozbierałam prawdziwe perełki, choćby Kroniki Bolesława Prusa, które podczytywałam, żeby uniknąć wyrzutów sumienia, że trwonię czas na romans historyczny. Swoją drogą romans to doskonała lektura, kiedy żar z nieba się leje, a prace porządkowe w ogrodzie, domu i sadzie wydają się niekończącą się historią, ale o tej książce kilka słów później. Po kątach regału poupychałam stare podręczniki z historii, bo te zbieram od zawsze, ostatnio udało mi się przy okazji znaleźć podręcznik z 1 klasy LO, 3 pozostałe mam w Krakowie i chociaż to akurat nie z nich sama się uczyłam, bardzo lubię je przeglądać, poza nimi w bibliotece swoją przystań znalazły podręczniki z botaniki, geografii, stare komiksy i masa ciekawostek, które co jakiś czas odnajduję po latach.

Z jednej strony zaczytaniu w Brzozowym Zagajniku sprzyjają przecudne okoliczności przyrody, nie mieszkamy przy drodze, tylko schowani za zielenią lasu i łąki, a od najbliższej drogi o większym natężeniu ruchu oddzielają nas...trzy naprawdę gęste lasy, dwie rzeki i potok :), na podwórku jest cichuteńko, no poza ptasimi trelami, ale one akurat uprzyjemniają lekturę i trudno je w kategoriach hałasu rozpatrywać, mieszkając na co dzień w gwarnym mieście. Cała działka usiana jest ławeczkami, leżakami, w stodole króluje huśtawka, więc umościć sobie miejsce w którym zapaść w lekturę, a potem w drzemkę, śniąc o przeczytanych przygodach jest bardzo łatwo ;) Od ciągłego leniuchowania z książką na leżaku odrywa praca w ogrodzie, sadzie i zagajniku, zawsze jest jakaś roślina do zasadzenia, przesadzenia, gałęzie do obcięcia, drewno do pocięcia i ułożenia na zimę, a dom domaga się sprzątania, bo jest z rzadka zamieszkiwany, ale to jest taki rodzaj pracy, który uwielbiam :)

Ostatnim razem przed wyjazdem uszykowałam "misiowy tobołek" (torby na książki zdobią misie, stąd ich poetyczna nazwa) z kilkoma książkami z miejskiej biblioteczki przygotowanymi do wywiezienia na wieś, przy okazji robiąc przestrzeń na nowe zakupy i z książką, którą miałam aktualnie w czytaniu. Tobołek został jednak zapomniany w Krakowie, a ja zrobiłam nocą wymuszone porządki i przegląd generalny w biblioteczce Brzozowego Zagajnika, żeby znaleźć sobie coś do czytania. 

Odkryłam przy okazji porządków masę książek nie przeczytanych, jakiś czas temu na przykład kupowałam powieści Jane Austen sprzedawane w pakiecie z romansem historycznym, zebrała się tych drugich mała kolekcja, którą wywiozłam na wieś i zupełnie o nich zapomniałam, i tak znalazłam "Zamek na wrzosowisku" Meagan McKinney powieść uroczo głupiutką, wykorzystującą wszystkie znane z kobiecej literatury motywy: tajemniczy ogród, zamek i jego gburowaty właściciel, duchy, guwernantka, powieści sióstr  Brontë i F. Hodgson Burnett wychylają się z tajemniczych zamkowych komnat, a całość zdaje się parodią gatunku, bardziej niż przyzwoitym czytadłem. Cała opowieść byłaby bardziej znośna, gdyby główni bohaterowie mniej stron przegadali, przynudzając okrutnie, mniej się powtarzali, a porównania nie były tak zabójczo głupie. Na okładce autorka przyznaje, że dla pisania romansów porzuciła pracę biologa, jakoś to wyznanie napawa mnie smutkiem po lekturze, chociaż bawiłam się momentami naprawdę nieźle, ale chyba nie o ubawienie czytelnika chodziło autorce. 

Po przeczytaniu "Zamku..." zabrałam się za przegląd lektur z dzieciństwa, znalazłam na przykład "Złotą kulę" Hanny Ożogowskiej, a myślałam, że książka dawno przepadła, podczas którejś z przeprowadzek. Być może podczas kolejnej wizyty na wsi zabiorę się za jej czytanie, sprawdzę, jak wrażenia po latach. W wiejskiej biblioteczce mam też albumy i leksykony przyrodnicze, najchętniej zaglądam do albumu o ptakach, żeby sprawdzić nazwy naprawdę licznych mieszkańców naszych drzewek, w pobliżu mamy bociany, wróble, drozdy, kosy, szpaki i masę ptaszków o dziwacznym upierzeniu, które nagle wyskakują nad głową ze świerków, tujowych alejek i płotów :)

Jak każdy mól książkowy zapasy książkowe mam zachomikowane wszędzie, gdzie dłużej przebywam, a dzięki przestrzeniom wiejskim nie martwią mnie kolejne książkowe zakupy, bo wywożę książki z mieszkania uwalniając miejsce pod takie, które chcę mieć stale przy sobie, bo lubię do nich zajrzeć od czasu do czasu :) Biblioteczka na wsi służy mi wiosną, latem, jesienią i zimą, jest bardziej różnorodna od tej, którą mam w Krakowie i żadnego klucza nie potrafię wymyślić do uporządkowania tego chaotycznego zbioru, ale tak jest nawet przyjemniej, bo przypomina mi ten księgozbiór tajemniczy splątany ogród, który niełatwo wyjawia swoje sekrety, tak jak Mary Lennox odkrywała nieznane gatunki roślin, tak ja odnajduje zapomniane książki, zastanawiając się skąd u licha mam tutaj tę powieść, przecież nawet nie pamiętam, kiedy ją kupiłam...

"Zamek na wrzosowisku"
Meagan McKinney
Wydawnictwo Amber 2009, 319 str.

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...