poniedziałek, 23 stycznia 2012

Miasto z morza.

Budowa portu w Gdyni
Wyobraźcie sobie, że stoicie sami na pustym kawałku plaży, w promieniu wielu kilometrów poza niewielką osadą rybacką nie ma śladów ludzkiej działalności, statki nie są widoczne nawet z daleka. Kiedy wracacie w to samo miejsce po kilku latach znajdujecie się w samym środku portowego gwaru, statki z całego świata zawijają do portu jeden po drugim, przywożąc na pokładzie egzotyczne towary i egzotycznych pasażerów. Miejsce powstaje w tak krótkim czasie, że wydaje się być darem morza, powstałym bez ingerencji człowieka. Miasto z marzeń, miasto z morza to Gdynia.
Po odzyskaniu niepodległości na mocy traktatu wersalskiego uzyskaliśmy dostęp do morza, Gdańsk jedyny wtedy port na naszym 120 kilometrowym skrawku wybrzeża otrzymał jednak status Wolnego Miasta, Polakom utrudniano więc na wszelkie możliwe sposoby korzystanie z dobrodziejstw miasta portowego. W dwudziestolecie międzywojenne weszliśmy dziarskim krokiem, z pierwszym zwycięstwem nad bolszewikami na koncie, ale kwestie granic nadal były sporne o te zachodnie przyszło nam stoczyć jeszcze kilka powstań. Walczący kraj, niepewny jeszcze swego miejsca na mapie pośród dwóch ekspansywnych i silnych sąsiadów musiał trzymać rękę na pulsie i mieć zapewnione dostawy broni. Potrzebny był więc port wojenny z prawdziwego zdarzenia, tylko nasz, bez blokad i niechęci mieszkańców, port powinien też spełniać role komercyjne i być szeroko otwartym oknem na świat dla młodej, niepodległej. Realizacja tego marzenia wymagała sporo nakładów, wydawała się wręcz projektem szalonym i niemożliwym w targanym granicznymi wojnami kraju, z masą innych ważnych spraw do uporządkowania. A jednak już w 1923 roku w Gdyni otwarto tymczasowy port wojenny, a w roku 1930 otwarto pierwsze, regularne połączenie pomiędzy Gdynią i Nowym Yorkiem.
Budowa portu w Gdyni  przez dziesiątki lat obrosła legendą, stała się piękną opowieścią o wielkim sukcesie Polaków, którzy zbudowali na piasku miasto z morza. Legendą o tętniącym życiem mieście, które wybudowane wielkim nakładem sił powstało w krótkim czasie, zostało bardzo szybko zaludnione i podczas piętnastu lat następujących po nadaniu w 1926 roku praw miejskich rozbrzmiewało gwarem mieszkańców i przyjezdnych, kwitnącym i rozwijającym się intensywnie do czasu wybuchu drugiej wojny światowej.

***
"Miasto z morza" reż. Andrzej Kotkowski
Z tym pięknym kawałkiem naszej historii postanowili zmierzyć się polscy filmowcy. Film "Miasto z morza" powstał w 2009 roku, jakoś wcześniej nie miałam okazji go obejrzeć, zaległości nadrobiłam w sobotę i jestem pod wielkim wrażeniem nie tyle samego filmu, co historii dziejącej się w tle. "Miasto z morza" nie jest wybitnym dziełem, ma sporo mankamentów, widocznych nawet dla mojego mało profesjonalnego oka. Zacznę od stron słabych, bo i twórcy filmu zaczęli film tak, że zastanawiałam się czy płakać czy się śmiać, przychyliłam się do opcji drugiej, bowiem pierwsza scena tego zacnego w swym założeniu filmu to cwałujący po plaży wojskowi ze sztandarem dokonujący symbolicznych zaślubin Polski z morzem, jakość, pomysł i wykonanie marniutkie, aż w zębach trzeszczało od pompatyczności takiego wstępu. Później było tylko odrobinę lepiej:). Bohaterem filmu jest młody chłopak Krzysztof Grabień, który przyjeżdża do Gdyni, aby rozpocząć pracę przy budowie portu. Na miejscu poznaje Wołodię, który wprowadza go w to nowe gdyńskie życie, pomaga mu w znalezieniu pracy i miejsca na nocleg. Krzysztof pracuje przy budowie portu, a noce spędza w łodzi. Grabień zakochuje się w Kaszubce, pod jej wpływem kontynuuje naukę w gimnazjum, przygotowuje się do matury. Młodzi biorą ślub, mimo sprzeciwu ojca panny młodej. Opowieść banalna, ale przecież w tym filmie ważniejsza była historia, która działa się w tle, budowa portu w Gdyni, wspólny wysiłek polityków, inżynierów  i robotników, dni wypełnione wywożeniem furmanek z piaszczystą ziemią i stawianiem basenów przeładunkowych, zobrazowanie warunków w jakich żyli robotnicy i ich rodziny. W tle odpływają statki do Stanów Zjednoczonych, z tymi, którzy mają dość harówki przy budowie portu, zawierane są pierwsze gdyńskie małżeństwa, rodzą się pierwsze gdyńskie dzieci i toczą się rozmowy w języku kaszubskim. Pozytywne wrażenie zrobiła na mnie Małgorzata Foremniak w roli dumnej wdowy po Legioniście. Pięknie prezentowała się w strojach z epoki, pośród mebli, porcelany i bibelotów z dwudziestolecia międzywojennego. Podobała mi się suknia ślubna wybranki Krzysztofa, była tak bardzo podobna do tej, którą w dniu ślubu miała na sobie moja prababcia, ja znam ją ze starej fotografii oglądanej dziesiątki razy.
To nie jest wybitne dzieło, ale jest w nim pewien magnetyzm dwudziestolecia międzywojennego i pewna oryginalność na tle innych polskich produkcji, film jest historią budowy Gdyni w pigułce z mnóstwem wątków pobocznych. "Miasto z morza" nakręcono na podstawie książki Stanisławy Fleszarowej-Muskat zatytułowanej "Tak trzymać". 

Miasto z morza ( 2009 ) reż. Andrzej Kotkowski

piątek, 20 stycznia 2012

Kiedy uznasz, że przyszedł czas, byście mieli dom, kiedy będziesz o tym głęboko przekonana, coś podpowie ci, co masz zrobić. Złota jabłoń. Noel Streatfeild.

"Złota jabłoń" to dom rodziny Forumów. Stara posiadłość w hrabstwie Essex, otoczona zarośniętym ogrodem jest miejscem, w którym wychowuje się czwórka dzieci Polly - malarki oraz Dawida - pianisty. Każde z dzieci posiada jakiś artystyczny talent. Wolfgang lubi się popisywać, ma głowę pełną poezji i chce pisać piosenki. Etti zapowiada się na zdolną baletnicę. Myra to najstarsza siostra, wiecznie zatroskana o los swoich najbliższych, stara się ogarnąć tę nieogarniętą rodzinę. Sebastian jest muzykiem, skrzypkiem, małym geniuszem, poza pełnymi niedziecięcej pasji występami na scenie jest na co dzień zwyczajnym dzieckiem. To właśnie jego talent odmienia los rodziny. Złotą jabłonią niepodzielnie rządzi Panna Popple, guwernantka dzieci, która zajmuje się całą praktyczną stroną życia tego artystycznego domu, w którym nawet do przewiązywania włosów Myra używa wstążeczki do wiązania nut. Dzięki pannie Popple obiad jest na czas, dziur w ubraniach zaczyna być jakby mniej i w ogóle wszystko zaczyna być bardziej uporządkowane. Nowa opiekunka lekcji udziela w kuchni, gotując przy okazji. Kiedy Sebastian kończy osiem lat otrzymuje propozycję wyjazdu w trasę koncertową i pobierania nauki u najlepszych skrzypków na świecie. Forumowie sprzedają Złotą jabłoń i razem z panną Popple wyruszają na podbój muzycznego świata. Po czterech latach koncertów, rodzeństwo Sebastiana jest już znużone ciągłymi podróżami i w tajemnicy przed rodzicami planuje powrót do domu. Okoliczności są sprzyjające, Sebastian ma lat dwanaście, może już zgodnie z brytyjskim prawem pracować na terenie Zjednoczonego Królestwa i dawać koncerty w swojej ojczyźnie, Wolfgang w pociągu poznaje reżysera i...rozpoczyna karierę aktorską. Chociaż droga do osiedlenia się na stałe w Anglii wydaje się być otwarta, "Operacja Dom" trwa długo i jest bardzo skomplikowana.
"Złota jabłoń" to historia młodych artystów nad wiek dojrzałych, utalentowanych i pewnych swoich umiejętności. Z książki emanuje niezwykła miłość i szacunek dla muzyki, teatru, kina i baletu. To również historia niezwykłej rodziny, która w pewnym momencie wielkiego zamieszania związanego z karierą Sebastiana, zaczyna gubić indywidualność pozostałej trójki młodych Forumów. Dzieci mają niezwykle silne osobowości i zaczynają realizować również własne ambicje. "Złota jabłoń" to jednak przede wszystkim opowieść o pragnieniu posiadania domu, swojego miejsca na ziemi do którego można wrócić po męczących koncertach, lekcjach baletu czy dniu spędzonym na planie filmowym.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta książka, nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się spodoba. "Złota jabłoń" jest niewielka, ale pełna treści. Polecam tę pełną muzyki powieść, którą czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie, kątem oka podglądając wirujące płatki śniegu i słuchając muzyki Beethovena.

Złota jabłoń (Apple Bough)
Noel Streatfeild
Wydawnictwo WAZA
Warszawa 1998, 199 str.


czwartek, 12 stycznia 2012

Z dziećmi jest jak z konfiturami: dopóki konfitury są zamknięte w spiżarnii, nie ma z nimi kłopotu. Złota Księga Bastablów. Edith Nesbit.

Podczas ostatniej wyprawy do biblioteki zapuściłam się w dział literatury dziecięcej, z półek uśmiechały się do mnie dawno nie widziane tytuły, mili towarzysze dzieciństwa. Skusiłam się na wypożyczenie kilku książek z działu klasyki dziecięcej, wybrałam trzy, których wcześniej nie czytałam.
Po południu zabrałam się za czytanie książki Edith Nesbit, spodobał mi się pięknie zastawiony porcelaną stół na okładce, zapowiedź wakacyjnej przygody w wiejskiej rezydencji podziałała równie przyciągająco, lubię takie klimaty:).
"Złota Księga Bastablów" to książka będąca 230 stronicowym potwierdzeniem powiedzenia, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Główni bohaterowie to rodzeństwo Bastablów: Oswald, Noel, Dick, H.O., Alicja oraz Dora. Dzieci ciągle wpadają w tarapaty i są powszechnie uważane za utrapienie swojego owdowiałego ojca i indyjskiego wujaszka, z którymi zamieszkują w pięknym domu Blackheath. Kiedy młodzi Bastablowie chcąc urozmaicić swoim gościom Dennemu i Daisy nudnawe popołudnie decydują się odegrać w ogrodzie Księgę Dżungli z użyciem niezwykle cennych eksponatów z gablotki wuja, granice odporności opiekunów zostają mocno nadszarpnięte. Dorośli wysyłają całą ósemkę do wiejskiej rezydencji - Domu nad Fosą, chcąc dzieciom zapewnić rozrywkę, a sobie kilka tygodni świętego spokoju. Dzieci zawstydzone swoimi ostatnimi niepowodzeniami postanawiają powołać do życia Towarzystwo Grzecznisi, a w tytułowej Złotej Księdze spisywać swoje dobre uczynki. Wbrew dobrym chęciom zaczynają robić coraz większe zamieszanie, ich pomysły na poprawienie jakości życia okolicznych farmerów niekoniecznie spotykają się z wdzięcznością, większość przygód kończy się mało cenzuralnymi, dlatego nie przytaczanymi przez młodego narratora, reprymendami. Na szczęście ojciec wesołej kompanii jest człowiekiem zamożnym, w innym wypadku koszty kolejnych psot, niechybnie wprowadziłyby go do grobu. Bastablom zdarza się kilka podpaleń, alarm, porwanie niemowlęcia, zalanie i mnóstwo szalonych przygód. Filozoficzne rozważania dzieciaków i ich bezpretensjonalne podejście do życia to chyba najmocniejsza część tej książki.
Edith Nesbit autorka "Złotej Księgi Bastablów" była niezwykle barwną postacią. Urodziła się w 1858 roku. W epoce wiktoriańskiej nosiła krótkie włosy i sukienkę, co było bardzo nietypowe w tamtym czasie. Była matką czwórki dzieci swoich i dwójki zrodzonej z romansu jej męża z jej przyjaciółką, sama również miała licznych pozamałżeńskich adoratorów. Kobieta wyprzedzająca swoje czasy o co najmniej dwie, trzy długości, nie mogła być grzeczną dziewczynką, stąd chyba oryginalność jej małych bohaterów.
Książka do przetrawienia dla dorosłych, ale zdeterminowanych do sięgnięcia po coś energetycznego, zabawnego i z działu dla dzieci. Dla dzieci poradnik, jak wykończyć rodziców w dwa miesiące wakacji:).
  
Złota Księga Bastablów.
Edith Nesbit
Wydawnictwo WAZA
Warszawa 1994, 230 str.

czwartek, 5 stycznia 2012

Zmierzch gęstniał, ciemność pokryła ziemię, na czystym niebie migotały wielkie gwiazdy, a skrzypce dalej śpiewały swą piosenkę. Szczęśliwe lata. Laura Ingalls Wilder.

Zauważyliście, że w pewnym momencie naszego życia czas zdecydowanie przyspiesza. Kiedy wkraczamy w dorosłość pory roku zmieniają się niezauważalnie, a dzień za dniem mijają coraz szybciej. Pierwsze dni nowego roku sprzyjają takim rozważaniom, bo przecież ani się obejrzymy martwe na razie drzewa wystrzelą wiosennymi pąkami zewsząd otoczy nas zieleń, a my zasiądziemy do wielkanocnego śniadania, kolejne lato przeminie zanim zdążymy nacieszyć się promieniami słońca i naszym oczom ukaże się inne równie piękne złoto spadających liści, potem jeszcze tylko otulimy się magią gwiazdy betlejemskiej i znów przywitamy zupełnie nowy rok. 
Podobnie szalone tempo los narzuca bohaterom "Szczęśliwych lat". Laura dorasta i staje się młodą kobietą. Jako najstarsza w pełni sprawna dziewczynka w rodzinie obejmuje pierwszą posadę nauczycielki w osadzie Brewstera. Na sześć zimowych tygodni opuszcza pełen miłości i wzajemnego szacunku dom i pomieszkuje u rodziny Brewsterów. Laura nie znosi swojej pracy, dom w którym przyszło jej mieszkać również nie spełnia jej oczekiwań, gospodyni jest wulgarna i nie znosi młodej nauczycielki. Jedyną radość tamtej zimy przynosi jej cotygodniowa podróż do domu zaprzęgiem jej przyszłego męża.
Laura nigdy przedtem nie zwróciła uwagi, że powiedzenie "dzień dobry" poprawia nastrój. Pomyślała, że nauczyła się czegoś od pani Brewster.
Po powrocie do domu Laura, znów jako uczennica szkoły w De Smet, kontynuuje przygotowania do  egzaminów nauczycielskich. Wiosną po raz kolejny podejmuje pracę nauczycielki, tym razem to wymagające zajęcie przynosi jej więcej radości.
Była to najszczęśliwsza wiosna w jej życiu. W rześkie, śliczne poranki szła do szkoły, mijając małe zagłębienia, niebieskie od fiołków, których zapach przenikał powietrze.
Mijają kolejne zimy, święta Bożego Narodzenia, potem nadchodzi lato - czas wytężonej pracy na farmie i letnich huraganów. 
Tajemnicze wiry pędziły ponad prerią, pozostawiając za sobą poskręcaną trawę, jak gdyby robiły to niewidzialne, gigantyczne palce. - Duchy - zauważył Almanzo. - Ludzie mówią, że to znak nadchodzących huraganów. Słychać było wycie wichru, a w nim jakiś dziwny dziki ton.
Rodzina Ingallsów wkrótce otrzyma pełne prawa do zajmowanej działki, ich sytuacja finansowa zdecydowanie się poprawia. Laura przyjmuje pierścionek zaręczynowy od Almanza Wildera i wychodzi za mąż. Wczesną jesienią opuszcza domek na prerii, aby zamieszkać u boku męża kilka mil dalej. Niezwykle wzruszające jest to pożegnanie z ukochanym domem, rodzicami, Mary i młodszymi dziewczynkami.
W zapadającym zmierzchu przy wtórze skrzypiec płynęły pieśni, które Laura znała z Wielkiego Lasu w Wisconsin, i melodie, które tatuś grał przy obozowych ogniskach na równinach Kansas. Powtórzył piosenkę słowika z księżycowej nocy nad brzegami rzeki Verdigris, przypomniał dni przeżyte w ziemiance nad brzegiem Śliwkowego Strumienia, zimowe wieczory w domu, który tam zbudował. Boże Narodzenie nad Srebrnym Jeziorem i wiosnę po długiej ciężkiej zimie.
W "Domku na prerii" autorka często wspomina o Indiańskim Kraju, w którym spędziła pierwsze lata swojego życia. Indian Teritory to obszar dzisiejszego stanu Oklahoma, teren na który mocą ustawy Kongresu z 1830 roku przesiedlano Indian z innych rejonów Stanów Zjednoczonych, amerykańskim i europejskim osadnikom nie wolno było się tam osiedlać.
Jak dotąd przeczytałam trzy części z serii książek Laury Ingalls Wilder "Domek na prerii". Chętnie spędziłabym jeszcze trochę czasu na prerii, ale więcej książek z tego cyklu w bibliotece nie ma, na wznowienie też nie ma co liczyć. Może przypomnę sobie książki Jamesa Olivera Curwood albo Jacka Londona, to powieści z dzikich, niezamieszkanych północnych rejonów kontynentu amerykańskiego, tylko typowo męskie przygody, o szyciu i wylegiwaniu przed piecykiem mowy w nich raczej nie ma:).

Laura Ingalls Wilder


Szczęśliwe lata
Laura Ingalls Wilder
Agencja Kris
Warszawa 1995, 218 str.


środa, 4 stycznia 2012

Tatusiu, widziałeś rano ślady wilków? Nad brzegami Srebrnego Jeziora. Laura Ingalls Wilder.

"Nad brzegami Srebrnego Jeziora" przenosi nas znów na tereny bezkresnej prerii. Tym razem poznajemy pierwsze miesiące rodziny Ingallsów po przeprowadzce z Minnesoty do Dakoty, do miejsca w którym zapuszczają korzenie na dłużej. Również tutaj mamy do czynienia z nieokiełznanym żywiołem. Problemem nie jest już nieobliczalność przyrody, żywioł ten stanowią nowi osadnicy, zbieranina ludzi z różnej części Stanów Zjednoczonych połączona celem zdobycia działki na własność, nie zawsze najuczciwszymi metodami. 
Głowa rodziny otrzymuje posadę rachmistrza i sprzedawcy w Dakocie, gdzie powstawał żelazny szlak. Charles Ingalls pierwszy udaje się na Zachód, aby osiąść w pobliżu miasteczka De Smet, a właściwie na kawałku ziemi, który miasteczkiem staje się po roku, kiedy po ukończeniu budowy linii kolejowej  napływają do niego kolejni osadnicy. Dziewczynki wraz z mamą dołączają do ojca kilka miesięcy później. Drogę znad Śliwkowego Strumienia do De Smet pokonują pociągiem, jest to ich pierwsza w życiu podróż tym środkiem lokomocji, więc nie mogło w książce Laury zabraknąć pełnego emocji opisu tej wyprawy. Wcześniej rodzina Ingallsów przemieszczała się wozem zaprzężonym w parę koni od Wisconsin do Indiańskiego Kraju, przez Minnesotę do Dakoty, gdzie przybyła pociągiem i osiedliła się na dłużej, nad brzegami Srebrnego Jeziora.
Zima opisana w tej części Domku na Prerii jest dużo spokojniejsza od tej, która nastąpiła wiele miesięcy później i zainspirowała Laurę do napisania "Długiej zimy". Rodzina spędza ją bezpieczna w domu geometrów, którzy wiosną i latem pracowali przy odmierzaniu kolejnych kilometrów nasypu kolejowego, na czas zimy pracownicy wyjeżdżają pozostawiając dom pełen zapasów rodzinie Ingallsów. Opisy zimowych dni spędzanych w tym miejscu są  wręcz sielankowo spokojne.
Szyby w oknach pokrywała gruba warstwa szronu. Zebrał się on także wokół szpar przy drzwiach. Tylko przez górne, nie oszronione części okien widać było wirujące gęsto płatki śniegu. Na stole, na biało-czerwonym obrusie jasno świeciła lampa, w piecu buzował ogień, przez szczeliny w drzwiczkach piecyka widać było jasne płomienie.
Robiło się coraz zimniej. Srebrne Jezioro zamarzło. Padał śnieg, ale wiatr oczyszczał lód, zmiatając go w fale przy niskim brzegu. Na całej prerii nie poruszało się nic oprócz wirujących białych płatków, a jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się pośród głębokiej ciszy, był szum wiatru. W ciepłym, przytulnym domu Laura i Carrie pomagały mamie w gospodarskich zajęciach. Grace bawiła się sama, krążąc dookoła dużego pokoju, stawiając pierwsze niepewne kroczki. Kiedy zmęczyła się zabawą, wspinała się na kolana Mary, tam bowiem było najcieplej. Mary zawsze miała dla niej bajkę. Słuchając bajek, Grace zapadała w sen. Wtedy mama układała ją w wysuwanym łóżeczku, które stało przy piecu, i zaczynały się miłe popołudniowe godziny, wypełnione szyciem, szydełkowaniem i robieniem na drutach. 
Ja pewnie zamieniłabym szycie i szydełkowanie na lekturę i obraz byłby wręcz idealny. Im bliżej wiosny tym więcej nowych osadników przybywa na prerię w poszukiwaniu swojego kawałka ziemi pod przyszłą farmę. Charles Ingalls wyrusza do Brookins, aby pozyskać prawa do osiedlenia się na wzgórzu w okolicach bagien. 
No więc założyłem się z wujem Samem, czyli z władzą, o czternaście dolarów, że wytrzymamy przez pięć lat na naszych stu sześćdziesięciu akrach.
W tym czasie dziewczynki z mamą udzielają schronienia nowo przybyłym osadnikom i mają pełne ręce roboty. Wiosną rozpoczyna się budowa domu w miasteczku, potem rozbudowa farmy, sadzenie drzew. Tempo w jakim powstają nowe budynki, szkoły, hotele i sklepy jest doprawdy imponujące. Wraz z rozbudową nowego kraju, poprzedni mieszkańcy prerii są wypierani przez postęp, bizony uciekają, drapieżniki zmieniają swoje terytoria wraz z drobniejszą zwierzyną. Ostatnie odchodzą wilki, zimą ich przerażająca obecność w okolicach stajni i domu Ingallsów jest jeszcze widoczna, potem również dla nich na prerii robi się zdecydowanie za ciasno.
 - Tatusiu, widziałeś rano ślady wilków? - spytała Laura. -Tak, widziałem i to sporo. Wszystkie wokół stajni. Są też większe ślady. Pewnie należą do wielkich wilków, zwanych tu koniuchami. Drapieżniki nie mogły się dostać do środka. Ptaki odleciały na południe, ludzie pracujący przy nasypie wystraszyli antylopy, więc i wilki będą musiały się ruszyć. Nie mają po co siedzieć tam, gdzie nie ma nic do jedzenia. [...] Koniuchy to największe wilki na prerii i najbardziej zajadłe...
W poprzednich częściach serii książek "Domek na prerii" zdarzało się Laurze opisywać wymyślone przygody .  "Nad brzegami Srebrnego Jeziora" oraz "Długa zima" to bardzo wierny opis życia jej rodziny w tamtych niebezpiecznych czasach. Ta książka Laury Ingalls nie jest typowo dziecięcą literaturą, zrozumienie pewnych fragmentów wymaga nieco większej znajomości tła historycznego i geograficznego, inspiruje do poszukiwania zdjęć oraz informacji z tamtego niezwykłego okresu w historii Stanów Zjednoczonych.


Nad brzegami Srebrnego Jeziora 
Laura Ingalls Wilder 
Agencja Kris
Warszawa 1993,  229 str.



środa, 28 grudnia 2011

Będziemy mieli tego roku ciężką zimę. Długa zima. Laura Ingalls Wilder.

Długa zima  1880-1881r.
Dzisiaj chcę wam opowiedzieć o jednej z najsroższych zim w historii świata. Owa zima rozpoczęła się feralnego 1880 roku już w październiku i trwała nieprzerwanie do maja 1881 roku. Amerykański stan Południową Dakotę pokryły wówczas wielometrowe warstwy śniegu. Zwierzęta przewidujące nadchodzącą katastrofę umknęły na południe, ludzie na wiele miesięcy utknęli w swoich domach. Kończyły się zapasy żywności, kolej nie była w stanie przebić się z nowymi dostawami przez grube warstwy śniegu. W prerie zamieszkiwane przez pierwszych amerykańskich osadników uderzała jedna po drugiej śnieżyca, dając mieszkańcom drewnianych domków co najwyżej jeden dzień wytchnienia.
W tym czasie w domku na prerii mieszkała rodzina Ingallsów, czternastoletnia wówczas Laura Ingalls Wilder opisała bardzo dokładnie wydarzenia z lat 1880-1881 w książce zatytułowanej "Długa zima".
"Długa zima" rozpoczyna się podczas letnich sianokosów. Laura pomaga swojemu ojcu w robieniu zimowych zapasów siana. Mimo początkowych wątpliwości Laura dostaje pozwolenie na pracę w polu  matki, która:
Nie lubiła, kiedy kobiety pracowały w polu. Wydawało się jej, że to dobre dla cudzoziemek, a ona i jej dziewczynki były Amerykankami, więc nie powinny się zniżać do czegoś takiego jak męska harówka. 
To pierwsze lato, które rodzina Ingallsów spędza na surowej prerii, plony są więc bardzo mizerne. W czasie zwózki siana ojciec Laury zauważa grube ściany budowli piżmaków, które są pierwszymi zwiastunami ciężkiej zimy. Pierwsze przymrozki ozdobiły okna małego domku na prerii, pięknymi haftami już we wrześniu, w październiku w prerię uderzyła pierwsza, trwająca trzy dni zamieć. Po jej zakończeniu na podwórku rodzina znajduje stado krów z pyskami przymarzniętymi do ziemi, które na szczęście udaje się uwolnić. Spotkany w miasteczku Indianin potwierdza obawy osadników przepowiadając nadejście gór wielkiego śniegu.
- O co chodziło z tymi siedmioma wielkimi śniegami?- zapytał Almanzo. Tatuś wyjaśnił mu, że co siedem lat, wedle Indianina, przychodzi ciężka zima, a za trzecim razem zima będzie najcięższa ze wszystkich. Indianin przyszedł powiedzieć, że właśnie minęło dwadzieścia jeden lat i w ciągu tej dwudziestej pierwszej zimy śnieżyce będą trwały przez siedem miesięcy.  
Przy okazji spotkania z Indianinem ujawnia się stosunek pionierów do rdzennych mieszkańców prerii.
- Jaki znów Indianin?- spytała mama i pokręciła nosem, jakby na sam dźwięk słowa "Indianin" poczuła w powietrzu zapach indiańskiego obozowiska. Mama gardziła czerwonoskórymi i bała się ich.  
Nie chcąc kusić losu po takich zapowiedziach i ostrzeżeniach, jakie ludzie otrzymują od obumierającej prerii, Charles Ingalls, jego żona Caroline oraz cztery córki niewidoma Mary, Laura, Carrie i Grace przenoszą się na zimę do miasteczka do swojego budynku sklepowego. Domek na prerii mógłby nie wytrzymać naporu kolejnych śnieżyc, poza tym w trudnych warunkach atmosferycznych lepiej być w pobliżu innych ludzi i dostaw żywności oraz opału. Przez miasteczko przebiegała trasa linii kolejowej, co dawało większe szanse na zdobycie zaopatrzenia. Starsze dziewczynki mogły zimą rozpocząć naukę w szkole i uzupełnić wiedzę zdobywaną w domu, pod okiem matki. 
Na krótko po przeprowadzce zima uderza z całą mocą, kolejne śnieżyce zasypują miasteczko i tory kolejowe. Zmniejszają się zapasy żywności i opału sześcioosobowej rodziny. Kiedy kolej podejmuje decyzje o  zawieszeniu ruchu pociągów do wiosny sytuacja osadników dramatycznie się pogarsza. Szkoła zostaje zamknięta. Cała rodzina spędza dni zamknięta w swoim domu, sąsiedzi kontaktują się ze sobą tylko podczas nielicznych i krótkich przerw pomiędzy zamieciami i śnieżycami. Następują kolejne miesiące spędzane w ciemnościach, nafta do lampy kończy się, nie można czytać, apatyczne dziewczynki nie są w stanie dalej się uczyć. W "Długiej zimie" poznajemy przyszłego męża Laury - Almanza Wildera, który zajmuje jedną z działek na prerii pod przyszłą farmę. 
Kiedy przybyli na Zachód Almanzo miał dziewiętnaście lat. Ukrywał to jednak, ponieważ zajął działkę, a nie miał prawa tego zrobić przed ukończeniem dwudziestego pierwszego roku życia. 
"Długa zima" to literatura dla dzieci, ale również książka bardzo dojrzale opisująca zmagania osadników z trudami najcięższej zimy, jest źródłem informacji i świadectwem tych dni przedstawionym oczami naocznego świadka, jakim jest Laura. Długie miesiące głodu, opalania drewnianej chatki słomą, mielenia ostatnich zapasów pszenicy młynkiem do kawy, odbijają się na zdrowiu mieszkańców prerii, równocześnie hartują ich. Pierwszy po wielu miesiącach oczekiwań pociąg nadjeżdża dopiero ostatniego dnia kwietnia, przywożąc zmęczonym mieszkańcom miasteczka zaopatrzenie. 
Z poszczególnych fragmentów książki wyłania się obraz pierwszych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Obraz ludzi upartych, odważnych i wytrzymałych. Mobilność tych ludzi jest zaskakująca, w krótkim czasie podejmują decyzje o kolejnych przeprowadzkach, bez marudzenia ładują dobytek i swoje rodziny na wozy i zasiedlają kolejne połacie nowego wielkiego świata, który staje się podwalinami najsilniejszej potęgi militarnej i gospodarczej do dnia dzisiejszego.
Mam nadzieję, ze tytuł posta was nie przestraszył, nie mam informacji z żadnego wiarygodnego źródła, że grozi nam ciężka zima, chyba na szczęście wręcz przeciwnie. To dobrze, bo trochę przestraszyły mnie te książkowe zamiecie i jakoś tak zimniej mi się robiło czytając "Długą zimę".

Długa zima.
Laura Ingalls Wilder
Agencja KRIS
Warszawa 1994, 259 str.


poniedziałek, 26 grudnia 2011

Więcej śniegu w żadnym razie nie będzie, a i ten zdąży stajać do świąt ! Boże Narodzenie w Bullerbyn.

Te słowa Lassego z Dzieci z Bullerbyn poprzedzają w książce nadejście śnieżycy. Nam nadmiar śniegu póki co nie grozi, tegoroczne święta spędzamy co prawda z opadami, ale deszczu. Powyższy cytat sprawdził się bowiem bardzo dosłownie, śnieg spadł kilka dni temu i zniknął w Wigilię. Brak śniegu i bajkowej aury postanowiłam sobie zrekompensować sięgając po moje ukochane Dzieci z Bullerbyn, a dokładniej po rozdziały zimowo-bożonarodzeniowe tej książki. Boże Narodzenie w Bullerbyn to również tytuł pięknie ilustrowanego albumu dla dzieci, którego nie posiadam, ale który chętnie przeglądałam podczas przedświątecznych wizyt w księgarniach.
Okres przed świętami dzieci z Bullerbyn wypełniają sobie oczekiwaniem na śnieg i klejeniem koszyczków na choinkę. Dwa dni przed Gwiazdką upragniony śnieg zaczyna sypać nieśmiało, by po kilku godzinach przerodzić się w niebezpieczną śnieżycę. Jednak już następnego dnia...
Następnego dnia słońce świeciło, a piękny, biały puszysty śnieg leżał na wszystkich drzewach.
Podczas ostatnich przed świętami lekcji Lisa, Lasse, Bosse, Olle, Britta oraz Anna otrzymują od swojej nauczycielki zmówione wcześniej książki.
W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoją książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła, że przeczyta tylko mały, malusieńki kawałeczek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu. - Muszę się dowiedzieć, czy książę został odczarowany, czy nie - mówił Lasse. Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny.
Skąd ja znam tę niecierpliwość:)? W tym roku sama podkradałam jedną z książek, która miała wylądować pod choinką:).
W Bullerbyn świętowanie Bożego Narodzenia rozpoczyna się w dniu pieczenia pierników.  Potem następują kolejno wyprawa do lasu po choinki dla zagrody północnej, południowej i środkowej, wieczorem dzieci karmią głodne ptaki snopkami odłożonymi na wigilię podczas żniw. W dzień Bożego Narodzenia Lisa z rodzeństwem i przyjaciółmi roznosi prezenty przygotowane przez rodziców dla najstarszych mieszkańców małej szwedzkiej osady. W końcu cała rodzina zasiada do wieczerzy, z którą wiąże się wiele ciekawych, różniących się od naszych tradycji. Słyszycie radość i czujecie zapach świąt w Bullerbyn? Jeśli nie, to chyba pora na ponowną lekturę książki Astrid Lindgren.
 ***
Powoli zapada zmrok, zegar odmierza ostatnie świąteczne godziny. W domu unosi się jeszcze delikatny zapach potraw wigilijnych, zapach mandarynek miesza się z aromatem mocnej kawy i świerkowych gałęzi, powoli gasną świece. Pora zamknąć drzwi dla Gwiazdki 2011 roku. Dobrej nocy:).


Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...