Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania z Zielonego Wzgórza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania z Zielonego Wzgórza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lipca 2012

W zacisznym domu nadal wesoło będzie płonął ogień na kominku. Ania ze Złotego Brzegu. Lucy Maud Montgomery.



Jakiś czas temu kupiłam "Anię ze Złotego Brzegu", zawsze podobała mi się okładka tego wydania stworzona przez Bena Stahla, z płomiennie rudą Anią w towarzystwie bliźniaczek Nan i Di zbierających kwiaty, z tyłu trochę schowani są chłopcy ze Złotego Brzegu i dom Blythe'ów. A to wszystko w oprawie z mojego ulubionego, zielonego koloru. Samo spoglądanie na nowy nabytek oczywiście mi nie wystarczyło, skoro nowa książka pojawiła się w moim domu, musi przejść tradycyjny chrzest bojowy i zostać przeczytana, odkładanie na regał książek nieprzeczytanych to okrucieństwo:P. I naprawdę nie ma znaczenia że "Anię ze Złotego Brzegu" czytałam już tyle razy, że trochę się wstydzę przyznać ile dokładnie.
Złoty Brzeg otoczony wypielęgnowanym ogrodem jest drugim po Wymarzonym Domku, domem  Ani i Gilberta. Dom jest na tyle duży, aby pomieścić liczną rodzinę doktora i jej czworonożnych przyjaciół, w zakamarkach Złotego Brzegu zdarzyło się nawet Blythe'om na jeden wieczór zgubić najstarszego syna Jima. Kuchnią Złotego Brzegu zarządza Zuzanna Baker, pocieszająca i dokarmiająca nocami małych Blythe'ów i ciesząca się prawami członka rodziny. W Złotym Brzegu na świat przyszli Walter, bliźniaczki Nan i Di, Shirley i w tym właśnie tomie, najmłodsza Rilla. Dzieci dorastają i przeżywają swoje pierwsze przygody, każdemu z nich poświęcono przynajmniej jeden rozdział, tym samym, w tej książce najmłodsze pokolenie przejmuje inicjatywę i to właśnie troski oraz radości dzieci są głównym motywem powieści. Nowe, szkolne przyjaciółki Nan i Di, nie zawsze okazują się uczciwe i szczere, a pierwsze bolesne rozczarowania dzieciom ze Złotego Brzegu najlepiej przetrwać w ramionach mamy. Ania zarzuciła karierę literacką, skupiając się na prowadzeniu domu, składaniu sąsiedzkich wizyt, pocieszaniu, utulaniu do snu i opiece nad szóstką swoich dzieci, nadal jest rozmarzona, ale już nie tak roztrzepana. Kolejne pory roku mijają na Złotym Brzegu, stary zegar wybija spokojny rytm życia całej rodziny, aż do pojawienia się pewnej złośliwej ciotki Gilberta, rozstawiającej dzieci po kątach i karmiącej zgryźliwymi uwagami panią domu - Anię i Zuzannę. Ciotka Mary Maria, co prawda uprzykrza życie bohaterom, ale doskonale ubarwia tę sielankową książkę. Mary Maria spędza na Złotym Brzegu wiele, dłużących się tygodni, aż do zaskakującego wyjazdu po pewnym przyjęciu urodzinowym. Od tego dnia kolejne nadchodzące miesiące mają nieco przyjaźniejsze oblicze, a błogi spokój otula przyjazne kąty Złotego Brzegu i jego mieszkańców. Dla ochłody umieszczam zimowy cytat, o tym jak w Złotym Brzegu świętowano Boże Narodzenie, bo to właśnie ten fragment oddaje całe ciepło rodzinne i atmosferę książki:
- Ostatnio nie miewamy staroświeckich zim, prawda, mamusiu? - rzekł posępnie Walter. Listopadowy śnieg dawno stopniał i przez cały grudzień Glen St. Mary było miejscem czarnym i ponurym, ujętym w ramy szarych wód zatoki pokrytej kędzierzawymi  grzywami śnieżnobiałej piany. Zdarzyło się zaledwie kilka słonecznych dni, kiedy zatoka iskrzyła się w złocistych objęciach wzgórz. Przeważnie jednak panowało przygnębiające zimno. Na próżno mieszkańcy Złotego Brzegu oczekiwali z nadzieją, że przed Bożym Narodzeniem spadnie śnieg. Pomimo to, jak co roku, czyniono przygotowania do świąt. Gdy nadszedł ostatni tydzień grudnia, Złoty Brzeg wypełniły tajemnicze szepty i cudowne zapachy. W przeddzień Bożego Narodzenia wszystko było gotowe. Przyniesione przez chłopców drzewko świerkowe ustawiono w rogu salonu. Na oknach i drzwiach zawieszano wielkie zielone wianki przewiązane czerwonymi kokardami. Poręcze schodów owinięto gałązkami jodłowymi, a spiżarnia Zuzanny była wypełniona po brzegi.
Jest jakaś magia w książkach Lucy Maud Montgomery i w jej najlepiej znanym powieściowym dziecku, Ani Shirley. Chociaż autorce pisanie kolejnych tomów o życiu rudowłosej marzycielki nie sprawiało wielkiej przyjemności, chwała jej za to, że przezwyciężyła swoje opory i możemy towarzyszyć Ani od przybycia na Zielone Wzgórze, poprzez edukację w Avonlea i na Uniwersytecie, aż po założenie rodziny i zamieszkanie w Złotym Brzegu. Na książki o Ani reagowałam podobnie entuzjastycznie na każdym etapie swojego życia, seria książek Lucy Maud Montgomery chyba nigdy się dla mnie nie zestarzeje, system wartości które popularyzuje, taki niedzisiejszy, pomaga mi ochłonąć po codziennym szaleństwie i pomarzyć o własnym, spokojnym Złotym Brzegu:).

Ania ze Złotego Brzegu. ( Anne of Ingleside. )
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, 355 str.
Ania z Avonlea. 

piątek, 1 czerwca 2012

Burza na Zielonym Wzgórzu.


Lubię w zasadzie każdy rodzaj pogody:). Nie przeszkadza mi, kiedy inni ze mną o pogodzie rozmawiają, bo to bezpieczny temat, każdy potrafi o pogodzie powiedzieć kilka odpowiednich słów. Mam też oczywiście ulubione rodzaje pogody: śnieżyce w zimie i burze latem:). I właśnie dzisiaj, w pierwszym dniu czerwca, kiedy lato już czai się za progiem, o kilku letnich nawałnicach chcę Wam opowiedzieć:).
Burze, które znam dzielą się na miejskie i wiejskie:). Najwięcej niezwykłych wspomnień wiąże się z burzami, które przeżyłam na wsi.
Kiedy ciemne chmury przesłaniały niebo nad domem, starym sadem i ogrodem moich dziadków, a wiatr wyginał stare jabłonie i śliwy, na podwórku zaczynał się ruch. Zgodnie z wiejsko-burzową niepisaną hierarchią najpierw należało zagonić pod bezpieczny dach wszystkie stworzenia żywe: kicające, gdaczące i trawę przeżuwające na pastwisku. Kury potulnie chowały się w kurniku, psy mościły sobie bezpieczne posłanie w słomie. Kiedy spokojna już łaciata Gaja przeżuwała siano w swojej zagródce, można było przejść do chowania przedmiotów codziennego użytku. Wiadra i prawie suche pranie znikały w domu, na podwórku panował wymuszony porządek, wystarczyło jeszcze przynieść do domu wiklinowy koszyk z drogocennymi kociętami i ich mamą i otworzyć starą drewnianą beczkę na deszczówkę, którą babcia podlewała swój ogródek.  Jeśli burza była z tych potężniejszych, babcia zapalała na parapecie gromnicę i siadała przy białym, kuchennym kaflowym piecu. I wtedy zaczynały się czary:):). 
Wiatr za oknem wiał coraz silniej, drzewa wyginały się w szalonym tańcu, rośliny otrzymywały od łaskawych niebios upragnioną po suszy porcję deszczu, grzmoty uderzały w oddali, wstrząsając domkiem z czerwonej cegły, w którym babcia i dziadek zaczynali opowiadać: o czasach, kiedy wsią zarządzali źli panowie, o duchu, którego babcia będąc młodą dziewczyną wygoniła z domu swojej kuzynki, o starej, zdobionej sukience, którą lubiła nosić. Stado wnucząt kotłujących się wraz ze stadem kociąt na i pod drewnianym łóżkiem, z każdą kolejną opowieścią przestawało się wiercić i dokazywać, wsłuchując się w dzieje swojej rodziny, które po kilkunastu latach stały się najmilszym wspomnieniem i są przekazywane kolejnym pokoleniom. W głowie każdego malowały się obrazy tych duchów i postaci żyjących kilkadziesiąt lat wcześniej, wspomnienia dziadków ożywały w naszych sercach i żyją do dzisiaj. Burza zostawała za oknem i nie miała już większego znaczenia.
***
Wspomnienia opisane powyżej obudziły się we mnie po przeczytaniu "Ani z Avonlea" i opisanej w tej książce historii jednej z największych burz na Wyspie Księcia Edwarda. Poprzedzona żartobliwą przepowiednią w prasie, potężna nawałnica uderzyła w Avonlea po długim okresie suszy.
Nadszedł dwudziesty trzeci maja - dzień niezwykle upalny. Nikt nie odczuł tego bardziej niż Ania i jej gromadka ślęcząca nad składnią i ułamkami. Przed południem dął gorący wiatr, po południu jednak zamarł i zapanowała ciężka cisza. Około czwartej Ania usłyszała daleki odgłos grzmotu. Natychmiast zwolniła dzieci, żeby zdążyły do domu  przed burzą. 
Przechodząc przez dziedziniec, zauważyła jakiś dziwny cień przesłaniający cały świat, mimo iż słońce w dalszym ciągu świeciło. [...] Ania obejrzała się i krzyknęła przerażona: z północnego zachodu toczyła się skłębiona masa chmur, jakich nigdy w życiu nie widziała - ołowianoczarne zwały, okolone wystrzępionymi białymi brzegami. Nieopisana groza wiała od nich, gdy sunęły szybko, zasłaniając jasne błękitne niebo. Co chwila rozdzierała je błyskawica, po której następował ciężki grzmot. Zdawało się, że sklepienie nieba osunęło się tak nisko, iż prawie dotyka zalesionych wzgórz.
Ania trzymając Tadzia i Tolę za ręce, biegła do domu  tak szybko, jak tylko pozwalały tłuste nóżki bliźniąt. Dotarli na Zielone Wzgórze w samą porę. Na dziedzińcu zastali Marylę zapędzającą pod dach kury i kaczki. Zaledwie wpadli do kuchni, światło dzienne zniknęło jakby zdmuchnięte przez jakiś potężny oddech. Straszna chmura przesłoniła słońce i ziemię okryła ciemność jak o późnym zmierzchu. W tejże chwili przy huku grzmotu i oślepiającym świetle błyskawic posypał się grad i przesłonił bielą cały krajobraz. Poprzez ryk burzy dochodził trzask łamiących się gałęzi i ostry brzęk tłuczonego szkła.
[...] Przez trzy kwadranse burza szalała z równą gwałtownością, ktokolwiek ją przeżył, nie zapomniał jej już nigdy.*
Fragmenty opisujące burzę na Zielonym Wzgórzu przypominają mi czary, które działy się przed laty w czerwonym, ceglanym domku moich dziadków. W mieście dreszczyk burzowych emocji budzi tylko deszczowy widok za oknem, nie ma potrzeby ścigania się z ciemnością nawałnicy i zabezpieczania gospodarstwa i jego małych i dużych mieszkańców, te krakowskie burze są żenująco bezpieczne:).

*Ania z Avonlea. Wydanie albumowe.
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, 307 str.
A tutaj historia pewnej upiornej zimy:).

poniedziałek, 28 maja 2012

Wiosna na regale z książkami.

Nigdy nie marzyłam o dużej domowej biblioteczce. Marzyłam tylko, żeby mieć pod ręką swoje ukochane książki. Te, po które kiedyś sięgnę znowu, albo te które lubię przeglądać od czasu do czasu, a że takich książek jest całe mnóstwo to trochę wychodzi na to, że jednak marzyłam i nadal marzę o dużej domowej bibliotece:). Zestaw podstawowy, który musi spoglądać na mnie z moich półek z książkami to "Dzieci z Bullerbyn", Muminki i wszystkie tomy "Ani z Zielonego Wzgórza". W egzemplarz "Dzieci z Bullerbyn" i kolekcję książek Lucy Maud Montgomery o Ani Shirley zaopatrzyłam się kiedy byłam mała, serię książek o Muminkach zaczęłam zbierać niedawno. Pierwszą książką, kupioną przeze mnie, w pełni świadomie za odłożony przy zbiorach jabłek grosz:) były "Dzieci z Bullerbyn", wielokrotnie wypożyczane wcześniej ze szkolnej biblioteki, musiałam mieć w końcu w domu. "Dzieci z Bullerbyn" z niebieską okładką i ilustracjami Ilon Wikland mam i czytam do dzisiaj. Wszystkie części "Ani z Zielonego Wzgórza" również mieć musiałam. Seria książek kanadyjskiej pisarki, wyczytana jednym haustem tom po tomie, również kilka razy przynoszona z biblioteki, w końcu pojawiła się w moim domu. Swoje egzemplarze kupiłam na targu staroci w Krakowie, chciałam stare wydania z obrazkami, nowe, wtedy dostępne nie przypadły mi do gustu. Aniom odpadała strona po stronie, targały się im okładki, często ze mną podróżowały i w zasadzie niewiele z nich już zostało. Kleiłam i kleję je zawzięcie dalej, ale tylko trzy tomy udało się uratować.
Trochę inaczej sytuacja wyglądała z serią książek o Muminkach Tove Jansson. Muminki, które czytałam jako dziecko, zawsze rozsypywały mi się w rękach, dlatego bardzo nieufnie podchodzę do swoich nowych, wymuskanych egzemplarzy. Gdzieś ucieka mi radość ich czytania i przeglądania obrazków. Pewnie dlatego dotąd kupiłam tylko dwa tomy. Muminki idealne, mają obowiązek mieć każdą kartkę rozklejoną, ewentualnie odrobinę podklejoną, najlepiej starą, burą taśmą jak w mojej bibliotece z podstawówki, tylko gdzie znaleźć taki zdemolowany egzemplarz? Miałam zamiar trochę podrasować swoje wydanie, ale jak na złość jest ładnie zszyte. Dlaczego książki, które wolę mieć w ładzie są klejone i po przełożeniu dwóch stron rozpadają się, jak Anie, a te które powinny się sypać są szyte? Ot zagadka na miarę wypaczonego umysłu mola książkowego:):). Przepraszam za te lekko obłąkane wywody, są takie tematy, które wygodniej i bezpieczniej poruszać tylko wirtualnie, w gronie czytającym i książki kochającym:), a ten przydługi wstęp napisałam, żeby zakomunikować, że kupiłam "Anię ze Złotego Brzegu", której brakowało mi do pełnej kolekcji i teraz zastanawiam się nad dokupieniem całej reszty, żeby w końcu mieć cały komplet jednego wydawnictwa na regale. W mojej domowej biblioteczce wiosną pojawiła się również "Ania z Avonlea". Albumowe wydanie to potężna, ładnie wydana książka, którą czytam i przeglądam z wielką przyjemnością i coś mi się wydaje, że w najbliższym czasie spędzę sporo czytelniczego czasu na Zielonym Wzgórzu i w Złotym Brzegu.
Mam teraz w planach kolejne książkowe zakupy, już letnie, o nowych książkach w domowej biblioteczce postaram się opowiadać od czasu do czasu na łamach bloga, w cyklu pod roboczym tytułem "cztery pory roku na regale z książkami".  Pozdrawiam cieplutko i życzę udanego tygodnia:).

piątek, 25 maja 2012

Dworek pod dębami. Prawdziwa magia. Równe szanse. Anna Michalak.

Przy stole założonym książkami i zeszytami, siedziała Ania. Był to łagodny wieczór wrześniowy. Drobno zapisane arkusze, nad którymi pochylała głowę, nie miały jednak nic wspólnego ani z jej studiami, ani z ćwiczeniami jej uczniów.
Cytat pochodzi z "Ani z Avonlea" Lucy Maud Montgomery, którą czytam po raz kolejny z wielką przyjemnością:). Mam wreszcie piękne, albumowe wydanie tej książki. Wygląda na trwałe i wytrzymałe, nie rozsypie się tak jak poprzednie, od wielokrotnego czytania i przeglądania:). Post rozpoczęłam tym właśnie cytatem, ponieważ każdą wolną chwilę, odkąd pogoda pozwala, spędzam przed takim zaścielonym książkami stolikiem balkonowym. Poza książkami do przeczytania i albumami do przejrzenia, stolik zapełnia zwykle filiżanka z herbatą i ostatnio, długo wyczekiwane i ukochane...truskawki:). Podjadając truskawki przeglądam "Skrzaty", jedną z najpiękniej wydanych książek dla dzieci i obrazy Jana De Tusch-Lec, ilustrujące albumowe wydanie "Ani z Avonlea".
O drugim tomie przygód Ani Shirley napiszę jeszcze, któregoś dnia, dzisiaj będzie post o historii pewnego tajemniczego "Dworku pod dębami".
 ***
Jeżeli w tytule książki autor zawiera obietnice przekazania nam dziejów jakiegoś dworu, nie potrafię się takiej historii oprzeć:). I nie ma większego znaczenia dla jakiej kategorii wiekowej przeznaczył autor swoje dzieło. Książki dla dzieci i młodzieży lubię chyba nawet bardziej, niż te dla dorosłych. Przynajmniej przez ostatnich kilka miesięcy sięgam po nie chętniej.
"Dworek pod dębami" ukryty był w zakamarkach miejskiej biblioteki, trafił w moje ręce przypadkowo, nie spotkałam się dotąd z tym tytułem. Całą historię dworku pod dębami tworzą cztery tomy, każdy z nich opowiada o innej porze roku. W bibliotece znalazłam tom pierwszy-letni i trzeci- zimowy.
W "Prawdziwej magii" poznajemy głównych bohaterów, osieroconą Małą i jej dziadków. Mała przyjeżdża do dworku, spędzić wakacje u swojej ciotki i jej licznej rodziny. Ciotka, kilka lat wcześniej otrzymała zaniedbany dworek w spadku i odtąd zamieszkuje go z mężem i trójką jego dzieci z pierwszego małżeństwa: Kubą i bliźniętami: Jackiem i Agatką, dwór zamieszkuje również tajemnicza ochmistrzyni Franciszka, koty i psy.
Stary ogród dworu zdobi rzeźba kozła, który nocami opuszcza swój posterunek i z czasem... zaprzyjaźnia się z Małą. Na rzeczywistość, w której Mała dochodzi do siebie po utracie rodziców i próbuje zaprzyjaźnić się z mieszkańcami dworku pod dębami, autorka nakłada drugą bajkowo-fantastyczną warstwę opowieści, w której dziewczynka udaje się w tajemniczą podróż pociągiem. Dwa światy przeplatają się i uzupełniają, od powodzenia bajkowej misji, zależy przyszłość Małej w dworku.
W "Równych szansach" Mała jest już pełnoprawnym mieszkańcem dworu pod dębami. W wieży, którą zamieszkuje, każdej nocy pojawia się korowód bajkowych postaci, przyjaciół Małej. Życiem wioski wstrząsa informacja o likwidacji szkoły do której uczęszczają dzieci z dworku, a domem zmiana jaka zachodzi w ciotce, wuju i babci.
Za oknem piękna zima, ale Mała nie ma czasu na zimowe leniuchowanie. Znów przychodzi jej się zmierzyć w innej rzeczywistości w bajkowym teleturnieju, tym razem o odzyskanie dawnych charakterów opiekunów.
"Dworek pod dębami" nie jest na szczęście aż tak zakręcony, jak moja notka o tej książce:). Trochę w tej historii klimatu "Baśnioboru" zmieszanego z polskimi realiami. Jednym słowem, bardzo przyjemna lektura:).

Dworek pod dębami. Tom I. Prawdziwa magia.
Dworek pod dębami. Tom III. Równe szanse.
Anna Michalak
wydawnictwo Publicat, tom I - 118 str., tom III - 120 str.

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...