Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści o przeszłości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści o przeszłości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2013

Pozostawszy same, milczałyśmy obie czas jakiś: wyjęłyśmy nasze robótki i zabrawszy się do nich, udawałyśmy bardzo pilnie zajęte. Villette. Charlotte Brontë.


Porosłe mchem mury starego klasztoru, zarośnięty ogród z wiekowym sadem, zjawa żywcem pogrzebanej mniszki oraz zawodząca po nocach upiorna Banshee to tło kolejnej powieści Charlotte Brontë. "Villette" zawiera najwięcej wątków autobiograficznych ze wszystkich dzieł, które wyszły spod pióra Charlotty, powieść zrodziła się z doświadczeń zebranych podczas długiego, samotnego roku, spędzonego przez autorkę na pensji w Brukseli, z dala od Haworth i rodzeństwa. Tym samym oddaje pisarka część siebie głównej bohaterce Lucy Snowe, z kolei Monsieur Paula obdarowując cechami brukselskiego nauczyciela Constantina Héger, swojej niespełnionej miłości.

Czternastoletnią Lucy Snowe poznajemy w zamożnym domu matki chrzestnej Pani Bretton i jej nastoletniego syna Grahama, spokojne wspólne wieczory przy kominku urozmaica przybycie kolejnego gościa Pauliny Home. Mała Polly i Graham stają się, mimo sporej różnicy wieku, towarzyszami zabaw i obiektami niekończących się obserwacji Lucy.
Dał mi tę książkę Graham; opisuje ona dalekie kraje, do których trzeba bardzo długo jechać z Anglii; żaden podróżnik nie może dostać się tam nie przepływając tysięcy mil po morzach. W krajach tych mieszkają dzicy ludzie, wie pani? Ubierają się zupełnie inaczej niż my, niektórzy z nich nie noszą prawie żadnego ubrania, bo chcą, żeby im było chłodno. Tam u nich, widzi pani, jest strasznie gorąco. [...] - A tutaj - dodała - są obrazki jeszcze zadziwiajątsze - w zapale opowiadania zapomniała o prawidłach gramatycznych. - O, tutaj, widzi pani, jest ten cudowny Wielki Mur Chiński; a tutaj chińska pani; ma nóżki jeszcze mniejsze niż moje. A tutaj dziki koń tatarski... O, a tutaj coś jeszcze dziwniejszego niż wszystko - kraj samych śniegów i lodów, bez zielonych pól, ogrodów i lasów. W tym kraju znaleziono kości jakiegoś mamuta: teraz nie ma tam mamutów.
Prawie dekadę później, po niewyjaśnionej już do końca powieści "rodzinnej katastrofie", Lucy zmuszona jest sama zadbać o swój los, dlatego podejmuje się trudnej pracy opiekunki schorowanej panny Morchmont.
Zapomniałam o istnieniu pól, lasów, jezior, mórz i wciąż zmieniającego się nieba poza oślepłymi, zachodzącymi wciąż od nowa parą szybami okiennymi pokoju chorej.
Po śmierci podopiecznej, główna bohaterka w poszukiwaniu nowego dachu nad głową opuszcza rodzinną Anglię. Wymyślone na potrzeby powieści miasteczko Villette i pensja dla dziewcząt Madame Beck, stają się nowym życiowym portem dla Lucy Snowe.

Pensja Madame Beck zajmująca stary budynek poklasztorny, nie różni się od innych XIX - wiecznych szkół, znanych nam z filmów i literatury. W otoczeniu zmurszałych murów udzielane są za opłatą, lekcje z zakresu między innymi: literatury, historii, geografii, języków obcych, muzyki, religii oraz szycia dla młodych panienek z zamożnych domów, bądź wspieranych przez lepiej sytuowanych krewnych. Wspólny pokój nauczycielek i uczennic i surveillance, czyli ciągły nadzór, w tak surowej postaci obecny współcześnie już tylko w zakładach karnych, skutecznie odbierały młodym kobietom prywatność. Nad pensją Madame Beck unosi się legenda o duchu mniszki, pogrzebanej w ogrodzie, a w jak najbardziej namacalnej postaci, po korytarzach krąży nie mniej demoniczna przełożona, obserwując i przeszukując podopieczne i podwładne.

W tym zamkniętym światku przychodzi odnaleźć się Lucy Snowe, która obejmuje posadę nauczycielki języka angielskiego, pośród francuskojęzycznych, katolickich uczennic o nieco odmiennej od angielskiej mentalności, z trzpiotowatą Ginevrą Fanshave na czele, która z Miss Snowe robi swoją powiernicę. Lucy jako niezłomna protestantka, surowo ocenia swoje otoczenie, pobyt w Villette jest dla młodej kobiety zrozumiałym szokiem kulturowym.

Pierwsze trudne miesiące pracy, kończą się załamaniem nerwowym, paradoksalnie dzięki temu upadkowi, los uśmiecha się do Lucy, samotność rozprasza spotkanie po latach Pani Bretton i jej syna, miejscowego lekarza. Zaangażowanie w życie towarzyskie Villette oraz coraz wyraźniej okazywane zainteresowanie nauczyciela Monsieur Paula, stanowią dopływ świeżego powietrza do życia Lucy.

"Villette" jest chyba najbardziej złożoną i wielowymiarową z powieści Charlotte Brontë, które czytałam, poza interesującym światem wiktoriańskich pensji dla dziewcząt, w powieści udało się zamknąć ducha opisywanej epoki, odmalować całą paletę charakterów postaci, ich sposób myślenia przed wiekami oraz miniatury wiktoriańskiej codzienności kobiet. Stworzyć fascynujący obraz życia Lucy Snowe, która pozbawiona domu i rodziny, szuka sposobu na przetrwanie w XIX - wiecznych, niesprzyjających samotnym kobietom realiach.

W "Villete" pojawiają się również elementy charakterystyczne dla powieści gotyckiej. Dwoistość charakteru głównej bohaterki, angielskie opanowanie jako maska dla świata w którym żyje, w oczach uczennic panna Snowe jest tylko posępnym cieniem i głęboko ukryta druga, targana namiętnościami natura, o której wie tylko czytelnik, zaś domyśla się jej istnienia Monsieur Paul. I ta mroczna aura, znak firmowy pisarek z Haworth i przemykające pomiędzy akapitami zjawy zamieszkujące klasztorny strych oraz pośredniczka między krainą zaświatów, a ludźmi, zwiastunka śmierci, mityczna Banshee, rodem z irlandzkich podań ludowych:).
Trzykrotnie w czasie mojego życia pouczył mnie bieg wypadków, że dziwne owe odgłosy burzy - ów nieustannie powtarzający się jęk beznadziejny zapowiada stan atmosfery niesprzyjającej życiu. Doświadczenie wszczepiło mi wiarę w to, że wybuchy epidemii zapowiadane bywają często przez taki boleśnie jękliwy, łkający, zawodzący wiatr wschodni. Stąd może, jak wywnioskowałam, powstała legenda o Banshee.
Villette. ( 1853 r. )
Charlotte Brontë
Świat Książki, Warszawa 2011, tom I - 319 str., tom II - 367 str.

Jane Eyre. 

czwartek, 11 października 2012

Kobieta nie powinna być gorsza od anioła, mężczyzna zaś tylko trochę lepszy od diabła.* Lokatorka Wildfell Hall. Anne Brontë.


Chyba pora zamknąć prywatną kawiarenkę na balkonie, o czytaniu w tym miłym kąciku mojego domu nie ma już mowy, zdecydowanie za zimno, nawet otulanie kocem nie pomaga. Kilka promiennych poranków udało się ukraść tej jesieni, takich ze śniadaniem i spokojną kawą przy przeglądaniu prasy i czytaniu książek, jeszcze sobotni wieczór udało się przegadać nad filiżanką herbaty pośród gazet i książek rozłożonych na okrągłym stoliku. Nowe meble balkonowe to był dobry pomysł, marzył mi się taki okrągły stolik od dawna, otoczony kwiatami, zielenią, miejsce na chwilę odpoczynku, na spokojne wypicie kawy, taka moja mała kawiarenka:). Teraz muszę poszukać miejsca na jesienne czytanie, pewnie zakopię się z książką na fotelu albo łóżku, otoczę poduchami i odpalę wszystkie domowe światełka:).
***
Książką, która będzie mi się kojarzyć z tegorocznymi wakacjami, ciepłym słońcem na policzkach i zapachem lilii, które kwitły i pachniały obłędnie, kiedy czytałam ją na ogrodowej huśtawce będzie "Lokatorka Wildfell Hall" Anne Brontë. Wydana w roku 1848 powieść, zaskakuje odważnym ujęciem tematu praw kobiet, braku równouprawnienia w małżeństwie, w epoce wiktoriańskiej zagadnień w zasadzie nie istniejących w powszechnej świadomości społecznej. Książka wyprzedzająca swoje czasy i poruszająca problemy jak wskazują tytuły prasowe niestety nadal aktualne. Wiek XIX zdecydowanie faworyzował mężczyzn ich "drobne słabości" były powszechnie akceptowane lub pomijane milczeniem, z kolei każda kobieta, która choć o milimetr zboczyła z wytyczonej przez wielowiekową tradycję drogi życia pełnego prawości i poświęcenia rodzinie oraz bliźnim, mogła spodziewać się natychmiastowego potępienia za swoje najdrobniejsze nawet przewinienia czy zbyt odważne prezentowanie swoich opinii. Co niezwykłe z tak trudnym tematem zmierzyła się najcichsza z sióstr Brontë, Anne, zyskując sobie miano jednej z pierwszych wojujących słowem feministek. "Lokatorka Wildfell Hall" to oczywiście nie tylko manifest feministyczny, to również kolejna kojąco staroświecka historia miłości osadzona w bajkowych realiach angielskiej prowincji z elementami grozy, niszczejącym dworem oraz wielką tajemnicą w tle.
Historia "Lokatorki Wildfell Hall" rozpoczyna się wraz z przybyciem tajemniczej, młodej i pięknej wdowy Helen Graham do rozpadającego się dworu Wildfell Hall, który poprzedni mieszkańcy porzucili na rzecz nowocześniejszej siedziby. Helen towarzyszy kilkuletni syn i zaufana służąca, młoda wdowa stroni od ludzi, cały swój czas poświęcając swojej pasji - malarstwu oraz wychowywaniu dziecka.
W małej prowincjonalnej społeczności trudno przez dłuższy czas trzymać się na uboczu, sąsiedzi rozpaleni domysłami co do przeszłości Helen, pragną wprowadzić młodą kobietę w swoje towarzyskie kręgi, domagając się kolejnych spotkań. Mimo niechęci Helen zaczyna bywać pośród swoich sąsiadów, których zaskakuje prezentując bardzo postępowe opinie dotyczące wychowywania dzieci. Niezrażone sąsiedztwo drąży nadal temat pochodzenia tajemniczej kobiety, Helen milczy jak zaklęta, więc okolica zaczyna tłumaczyć sobie jej postawę niezbyt chlubną przeszłością i gorszącą teraźniejszością, gdyż zażyłość pomiędzy nią i jej sąsiadem zaczyna wydawać się podejrzana.
Pani Graham ma jednak obrońcę, młodego zakochanego w niej farmera - Gilberta, któremu zaczyna ufać i zawierzać swoją głęboko skrywaną tajemnicę nieudanego małżeństwa.
"Lokatorka Wildfell Hall" to historia silnej kobiety, jej zmagań z plotkami, walki o lepszą przyszłość dla swojego dziecka w czasach kiedy bez wsparcia mężczyzny: męża, brata, ojca, kobieta tak niewiele znaczyła. Piękna i poruszająca opowieść, obowiązkowa lektura dla silnych współczesnych kobiet napisana przez niezwykłą kobietę z epoki wiktoriańskiej.
***
I na koniec jak zwykle trochę nie na temat:P, chciałam polecić wszystkim, którzy mają kawałek przydomowego ogródka, albo balkon moje ogrodowe objawienie:), lilie, których cebulki kupuję w ilościach hurtowych i niedługo obsadzę nimi całą działkę. Zapakowane w plastikowy koszyczek ( u mnie niezbędny, bo pod ziemią swoje królestwo ma kret, który przekopuje podwórko wzdłuż i wszerz i chyba karczownik, który robi tunele nieco bliżej powierzchni ) cebulki wysadzać można jesienią, ja sadziłam swoje wiosną i już po kilkunastu tygodniach cudownie zakwitły. Pełnia lata pośród zapachu lilii, ich koloru i wielkiej żywotności to najpiękniejszy czas w roku wokół mojego domu, odurzający aromat tych kwiatów, towarzyszy mi wtedy od rana wślizgując się oknami i rozchodząc po całym domu i podwórku, swoją urodą i zapachem moje ulubione białe kwiaty detronizują nawet jej wysokość różę:).

Lokatorka Wildfell Hall. (The Tenant of Wildfell Hall.)
Anne Brontë
Wydawnictwo MG 2012, 525 str.
Ekranizacja powieści: Tajemnica domu na wzgórzu.
*Cytat będący tytułem posta jest autorstwa Nikołaja Gogola, rosyjskiego pisarza z XIX wieku.

czwartek, 4 października 2012

Zanim zasnę, pozostało mi jeszcze coś do zrobienia. Uwięziona w bursztynie. Diana Gabaldon.


Z cyklem książek Diany Gabaldon zmagam się już tak długo, że mam wrażenie, że czytam go już od kilku dobrych lat, to chyba przez towarzyszącą lekturze zmianę pór roku za oknem:). Kończę tom trzeci, który jest chyba najbardziej wciągają częścią tej opowieści, a dzisiaj króciutko i bez zdradzania zbyt wielu szczegółów, opowiem o tomie drugim."Uwięziona w bursztynie" opowiada o roku 1968 i poszukiwaniach w starych archiwach informacji dotyczących losu powstańców szkockich, które prowadzi Claire i jej córka oraz o miesiącach poprzedzających wybuch powstania szkockiego, historia kończy się na roku 1745, po krwawej bitwie pod Culloden, pomiędzy Szkotami i Anglikami.
Claire i Jamie udają się do Paryża, wnikają w środowisko szkockich imigrantów, zostają przedstawieni Ludwikowi XV i zawierają przyjaźń z Karolem Stuartem. Fraserowie angażują się w sieć dworskich spisków, chcąc zapobiec przyszłej tragedii, jaką była dla Szkotów nieudana próba restauracji dynastii Stuartów. Diana Gabaldon przy okazji oprowadza nas po pełnym niebezpiecznych zakamarków XVIII wiecznym mieście, przedstawia zarys dworskiego życia i zwyczajów, nadaje historycznym postaciom wymyślone przez siebie cechy charakteru i tworzy pełną awanturniczych przygód rzeczywistość głównych bohaterów.
Kiedy Claire i Jaimie zmagali się z plotkami dworskimi i sami wydawali wystawne przyjęcia, ja zastanawiałam się kiedy w końcu zamiast dworskimi intrygami zajmą się przedzieraniem przez splątane gałęzie janowca i wrzosowiska, jednym słowem, kiedy powrócą do Szkocji:).
Dopiero druga połowa "Uwięzionej w bursztynie" rozkręca tę opowieść, autorka bardzo sugestywnie przedstawia powstańczą rzeczywistość, w którą wplątani zostają Fraserowie. Opisy krwawych potyczek budzą grozę, narastające napięcie i zaskakujące zwroty akcji pokazały sprawność warsztatową autorki. Zazwyczaj podkreśla się romansowy wątek cyklu "Obca", ale dla mnie to przede wszystkim wciągające książki dla miłośników historii, zdaję sobie sprawę, że fakty zostały mocno naciągnięte, a zachowania bohaterów znacząco odbiegają od przyjętych w wieku XVIII norm, ale bynajmniej nie odbierało mi to przyjemności z lektury:).
Na zakończenie odrobina szkockiej jesieni, dla odmiany od tej naszej, która za oknem wybucha złotem:):
Po kolacji jeden z biesiadników zaczął śpiewać, ktoś inny wyciągnął drewnianą fujarkę, by mu przygrywać. Dźwięk, który popłynął w tę zimną jesienną noc, choć niegłośny, wydawał się przeszywający. Powietrze było rześkie, ale nie wiał wiatr. Wszyscy czuli się bardzo dobrze, gdy tak siedzieli w małych rodzinnych grupkach wokół ogniska, poowijani w koce i szale. Po skończeniu gotowania dołożono do ognia. Teraz palił się mocno rozjaśniając noc.[...]
Wyciągnęłam z kosza z rzeczami do cerowania dziecięcy kaftanik i wywróciłam go na lewą stronę, żeby dotrzeć do rozprutego pod rękawem szwu. Chyba tylko bawiący się chłopcy i pracujący mężczyźni nie marzli na dworze. W domu panowało przyjemne ciepło. Zaparowane okna oddzielały nas od mroźnego świata na zewnątrz.
Uwięziona w bursztynie. ( Dragonfly in amber. )
Diana Gabaldon
Wydawnictwo Amber 2000, 528 str.

wtorek, 11 września 2012

Nie było to miejsce, w którym można by zaginąć. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Obca. Diana Gabaldon.

Za każdym razem noce robią się ciemne całkiem niepostrzeżenie. Któregoś wieczora w  sierpniu wychodzi się na dwór i nagle wszystko jest czarne jak smoła, wielka ciepła, czarna cisza otacza dom. Jest nadal lato, ale ono już nie żyje, zatrzymało się, nie więdnąc i jesień już stoi u progu. Nie ma jeszcze gwiazd, tylko ciemność. Wtedy wydobywa się z piwnicy kanister z naftą i stawia w sionce, a latarka kieszonkowa wisi na kołku przy drzwiach.  ( Lato. Tove Jansson )
Jesień na wsi zaczyna się dużo wcześniej niż w mieście. Już od połowy sierpnia wieczory są chłodniejsze, pomimo upałów w ciągu dnia, zwłaszcza jeśli dom jest zewsząd otoczony lasem i łąkami, które dzielą się swoją wilgocią i cieniem, podchodząc pod okna w postaci mlecznobiałej mgły. Mgła towarzyszy nam prawie przez cały rok, przychodzi ciemną nocą i odchodzi z pierwszym blaskiem słońca. Sierpień i wrzesień to czas, kiedy podwórko i sad należą wyłącznie do nas, jaskółki odlatują, nie ma ptaków, które niepodzielnie zarządzają naszą działką wiosną i latem, robi się cicho, zupełnie inaczej spaceruje się po łące i ogrodzie we wrześniu, kiedy ten spokój otacza nas coraz ciaśniej, w czerwcu na podwórku czuje się jak w rezerwacie przyrody, kiedy setki ptaków zasiedlają iglaki i każdy spokojniejszy kącik podwórka śpiewając od rana do nocy. Każdy miesiąc i każda pora roku ma swój niewątpliwy urok, lubię lato i ze smutkiem przyjmuję jego koniec, ale przecież pora odpocząć od koszenia trawy, pielęgnowania kwiatów i drzew, pora na jakiś czas ukryć się w domu, żal mi zapachu siana po skoszeniu trawnika, ale jesień pachnie przecież równie kusząco, wilgotnym drewnem ułożonym w stosach przy piecu, gorącą, malinową herbatą i książkami, które jesienią wyłażą niemal z każdego kąta mojego domu:).
***
Zachęcona pozytywnymi recenzjami, wybrałam się na poszukiwania w miejskiej bibliotece i ku swojej wielkiej radości znalazłam cztery pierwsze tomy cyklu książek Diany Gabaldon i jeszcze tej samej nocy rozpoczęłam wielką szkocką przygodę z tomem pierwszym zatytułowanym "Obca'. Już dawno nie zdarzyło mi się na tyle wciągnąć w wykreowany przez autora świat, że ciężko mi przed snem przerwać czytanie i ziewając rozdzierająco, do późnych godzin nocnych towarzyszę głównym bohaterom książki, znalezionej w ciemnym zakątku biblioteki:).
Główną bohaterkę Claire Randall poznajemy w roku 1945, w szkockim Inverness, gdzie wraz z mężem Frankiem spędza wakacje i próbuje odbudować swój związek po wojennej rozłące. Frank podczas wakacji w Szkocji poszukuje informacji o swoich przodkach odwiedzając jemu podobnych pasjonatów przeszłości, a Claire rozwija swoją pasję zielarstwa. Podczas zwiedzania kamiennego, celtyckiego kręgu Craigh na Dun, Claire trafia na tajemnicze przejście pomiędzy głazami, które przenosi ją w czasie do wieku XVIII. W ten sposób Claire trafia do świata górali, szkockich klanów, twierdz i zamków, które w znanej jej współczesności są jedynie zabytkami, bądź chętnie odwiedzanymi ruinami. W roku 1743 miejsca te wciąż tętnią życiem, a opowieści o wieku XVIII męża historyka ożywają na jej oczach.
Porwana przez szkockich górali, trafia Claire do twierdzy Leoch, zarządzanej przez klan McKenziech, na zamku doskonali swoje pielęgniarskie umiejętności, lecząc dostępnymi prymitywnymi sposobami mieszkańców okolicznych wiosek i podając się za wdowę, próbuje odnaleźć się w trudnej rzeczywistości czasów, w których niemal za każdym rogiem czai się widmo gwałtownej śmierci. Aby wymknąć się z rąk angielskich dragonów, Claire zostaje przez Szkotów wydana za mąż za jednego z nich - Jamiego Frasera, lorda Borch Tuarach, który chwilowo na swoich ziemiach osiedlić się nie może, gdyż jest wyjętym spod prawa uciekinierem. Wokół miłości Claire i Jamiego, ich nie kończących się ucieczek i podróży po pięknej, dzikiej Szkocji snuje swoją opowieść Diana Gabaldon.
Swoją wszechstronność i dużą wiedzę autorka, która jest wykładowcą nauk przyrodniczych udowadnia niemal na każdej stronie swojej powieści, wciskając gdzie się da sporą porcję informacji o dawnych obyczajach, celtyckich legendach, ziołach i roślinach, szczególnie w te ostatnie wczytywałam się z wielką przyjemnością. "Obca" opowiada o czasach powstań szkockich, które miały na celu restaurację dynastii Stuartów, a które doprowadziły jedynie do upadku górskich klanów, autorka ożywiła i odbudowała ruiny starych zamków, XVIII - wieczne więzienia, stare opactwo na francuskim wybrzeżu i tchnęła ponownie życie w stare szkockie opowieści i legendy. "Obca" to książka wymykająca się łatwym klasyfikacjom gatunkowym, żeby streścić krótko jej zawartość trzeba użyć co najmniej kilku przymiotników, bo to przygodowy romans fantastyczno-historyczny:). Książka, która mimo sporej objętości nie ma chwil przestoju, autorka co rzadkie u twórczyń wielotomowych opowieści nie przynudza i nie powtarza się, historia płynie szybko, pełna jest zwrotów akcji, a gnębienia głównych bohaterów mógłby się uczyć od niej sam George R.R. Martin:).

Obca. ( Outlander. )
Diana Gabaldon
Wydawnictwo Amber, Warszawa 1999, 463 str.

sobota, 21 lipca 2012

Pierwsze lekcje w sztuce kształcenia. Agnes Grey. Anne Brontë.


W zamożnych domach wiktoriańskiej Anglii nie mogło zabraknąć młodej damy pełniącej rolę guwernantki. Wykształcone, niezamężne córki duchownych lub ubogich arystokratów, nie mogąc liczyć na finansową pomoc krewnych, często podejmowały pracę nauczycielek domowych, jedyną posadę, która w tamtych czasach umożliwiała im zachowanie należnej córkom gentlemanów pozycji społecznej. Często niewiele starsze od swoich podopiecznych miały trudności z wyrobieniem sobie odpowiedniego pedagogowi autorytetu. Pozycja guwernantki na dworze była mocno niedookreślona, w hierarchii pozostawiały daleko w tyle służące, jednak brak majątku degradował je w kontaktach z pracodawcami. O kulisach wykonywania tego zawodu w XIX wieku opowiada książka Anne Brontë "Agnes Grey".
***
"Agnes Grey" to zachwycająco staroświecka powieść o losach młodziutkiej guwernantki. Książka jest niemal wiernym zapisem doświadczeń autorki Anne Brontë, która przez kilka lat wykonywała trudny zawód nauczycielki domowej w XIX-wiecznej, wiktoriańskiej Anglii. Główną bohaterkę Agnes Grey wyposażyła Anne we własne zalety duchowe i intelektualne, pozostałych bohaterów stworzyła zaś na podobieństwo swoich przełożonych z Blake Hall, czyli pierwszego domu, w którym autorka podjęła się kształcenia dwójki dzieci państwa Ingham. "Agnes Grey" to także doskonała powieść o kobietach w wiktoriańskiej Anglii, tych zamożnych skupionych na życiu dworu i ubogich, które nauczaniem zarabiały na swoje utrzymanie.
Agnes Grey jest najmłodszą z dwóch córek anglikańskiego pastora, zubożałego na skutek nieudanych inwestycji finansowych.
Jakże radosne chwile pędziłyśmy wraz z Mary, siedząc przy kominku nad naszymi robótkami, błąkając się po przystrojonych wrzosem wzgórzach albo próżnując pod naszą płaczącą wierzbą ( jedynym wysokim drzewem, które rosło w naszym ogrodzie ) i rozmawiając o czekającym nas szczęściu, o tym, co będziemy robili, co zobaczymy i co będziemy posiadali - podczas gdy jedyny fundament naszego rozmarzenia stanowiły nadzieje na bogactwo, które miało spłynąć na nas dzięki pomyślnemu wynikowi spekulacji zacnego kupca.
Rozbudzone nadzieje na zabezpieczenie losu córek i ukochanej żony toną wraz ze statkiem przewożącym skromny kapitał pastora. Aby poprawić sytuację finansową rodziny, wykształcona pod czujnym okiem matki Agnes podejmuje pracę guwernantki w domu państwa Bloomfield. Pierwsza praca przynosi Agnes niewiele radości, próby przekazania dzieciom podstawowych wartości duchowych i moralnych nie przynoszą zachwycających rezultatów, codzienna niemal fizyczna walka z rozpieszczoną gromadką i utarczki słowne z panią domu kończą się po kilku miesiącach, kiedy nasza bohaterka z ulgą przyjmuje wypowiedzenie jej posady. W kolejnym miejscu pracy, Horton Lodge państwa Murray, Agnes zajmuje się dwiema młodymi damami, które przygotowuje do debiutu w wyższych sferach. Przez dwa lata usiłuje guwernantka okiełznać charaktery swoich podopiecznych i przekazać im solidną porcję wiedzy potrzebną bogatym damom, tym razem jej wysiłki uwieńczone są drobnymi sukcesami. Horton Lodge jest miejscem przełomowych dla Agnes Grey wydarzeń, dziewczyna mimo, że niedoceniana przez pracodawców i ignorowana przez ich wytwornych gości, odnajduje się w działalności dobroczynnej, odwiedzając ubogich mieszkańców okolicznych wiosek. To właśnie w Horton Lodge poznaje Agnes młodego wikarego, dzięki któremu w sercu samotnej guwernantki kiełkuje nadzieja na miłość.
Obawiałam się trochę, czy książka najmłodszej z sióstr Brontë uznawanej za obdarzoną najmniej bogatą wyobraźnią przypadnie mi do gustu. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, "Agnes Grey" to opowiedziana pięknymi słowami, wciągająca historia, zaskakująca odważnym przedstawieniem zamkniętego świata wiktoriańskich ziemian. Pomiędzy wierszami unosi się zapach dogasających świec i starych książek w szkolnym pokoju i słychać szelest długich sukien angielskich dam. "Agnes Grey" przenosi nas w czasie i umożliwia spacer z książką po dworskim parku, podróże powozem i oddaje niepowtarzalny klimat epoki wiktoriańskiej. I to wydanie z wyjątkowo udaną okładką, która sprawia, że na długo po przeczytaniu książki, chętnie ściągam mój egzemplarz "Agnes Grey" z półki i spoglądam na niego, jak na najpiękniejszy obraz:).

Richard Redgrave "The governess" 1844 r.
Agnes Grey. ( 1847 r. )
Anne Brontë
Wydawnictwo MG,  Kraków 2012, 232 str.

czwartek, 5 lipca 2012

Siostry Brontë.


Podczas wizyty w księgarni wypatrzyłam na półce "Agnes Grey" Anny Brontë, niewielką książkę z piękną okładką utrzymaną w ciemnej tonacji, bardzo stylową i klimatyczną. Ponieważ dawno temu postanowiłam nie robić pochopnych zakupów, z księgarni wyszłam bez pierwszego polskiego wydania książki Anny Brontë, chociaż ciekawość paliła mnie równie mocno, jak popołudniowe słońce w ostatnich dniach. To niedopatrzenie oczywiście bardzo szybko nadrobiłam w domu, zamawiając książkę przez internet:). Oczekiwanie na przesyłkę, skróciłam sobie przeglądając biografie sióstr Brontë i oglądając dostępne w internecie filmy dokumentalne na ich temat, przejrzałam również swoje poprzednie posty o "Jane Eyre" i "Na plebanii w Haworth". W tych filmowych poszukiwaniach dokopałam się do roku 1979 i francuskiego filmu biograficznego "Siostry Brontë" w reżyserii André Téchiné .
Film fabularny rządzi się oczywiście swoimi prawami i zawiera kilka elementów niezgadzających się z prawdziwą biografią sióstr z Haworth, pewne wątki dodano, pewne pominięto, można mieć również zastrzeżenia do obsady, Emilię zagrała Isabelle Adjani, pozostałe dwie siostry zagrały dwie równie piękne francuskie aktorki, chociaż uroda samych pisarek była przecież dość dyskusyjna. Siostry Brontë, jak pokazują ich obrazy, były ładnymi kobietami, ale nie były wybitnymi pięknościami jak Isabella Adjani, Isabelle Huppert i Marie-France Pissier.
Dla ubarwienia fabuły dodano również płomienny romans, pomiędzy Branwellem i matką dzieci, których był guwernerem. To właśnie w dniu, w którym dama serca mimo, że miejsce u jej boku zwolniło się po śmierci męża, odrzuca zaloty Branwella Brontë, rozpoczyna się historia jego upadku i uzależnienia od opium.
Koleje losów sióstr Brontë są wyraźnie zaznaczone: praca guwernantek, wyjazd do Brukseli i plany otwarcia pensji w Haworth, pierwsze sukcesy literackie i choroba Emilii. Film rozpoczyna się od scen w salonie plebanii, który jest wiernym obrazem fotografii z muzeum w Haworth, w niewielkim ciemnym pomieszczeniu Anna i Charlotta zapisują swoje myśli, dyskutują o przeczytanych książkach i zastanawiają się jak potoczą się przyszłe losy ich rodzeństwa. W tym czasie Emilia spaceruje po ponurych wrzosowiskach, jej postaci w filmie nadano jakiś rys szaleństwa, zaczerpnięty zapewne z napisanych przez nią "Wichrowych wzgórz". Branwell spędza czas w znajdującej się nieopodal gospodzie. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów "Agnes Grey" skojarzyłam, że filmowe dialogi tworzą te wyjęte fragmentami z książek sióstr Brontë.
Pomimo kilku naprawdę drobnych zastrzeżeń, całość bardzo mi się podobała: nastrój, sceneria wrzosowisk i starej plebanii z widokiem na cmentarz, wnętrza i stroje z epoki wiktoriańskiej, ukazanie jak radziły sobie siostry w brukselskiej szkole i jako guwernantki. Film jest nagrany wiele lat temu, więc można mu sporo wybaczyć. Całość to kawałek dobrego kina i powinien spodobać się miłośniczkom prozy sióstr Brontë.

Siostry Brontë. ( Les Soeurs  Brontë. ) reż. André Téchiné, 1979 r.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Co człowiek ma robić kiedy świat mu się skończy? Tajemnica dworu w Stornham. Frances Hodgson Burnett.


Dzisiaj znów dwór w tytule książki:). Tym razem nie białe cudo, otoczone starymi wierzbami i parkiem w zielonej nadwiślańskiej krainie tylko posępne, angielskie, kamienne domiszcze w osnutym mgłą, wyspiarskim krajobrazie, które dopiero w miarę rozwoju  historii, pięknieje ze strony na stronę.
Autorka "Tajemnicy dworu w Stornham" znana jest głównie ze swojej twórczości dla najmłodszego czytelnika. Kultowy "Tajemniczy ogród" rozpoczynał moją przygodę z czytaniem i wyrobił we mnie obraz ogrodu idealnego: zarośniętego, ukrytego za wysokim murem i żywopłotami, pełnego żywotnych, wieloletnich i odpornych roślin, które śmiało radzą sobie i bez opieki człowieka. Te wzorce staram się ożywić w moim ogrodzie, z mniejszym lub większym powodzeniem:). "Mała księżniczka", jej animowana, filmowa i książkowa wersja to również część historii mojego dzieciństwa. Do dziś mam wielki sentyment do imienia głównej bohaterki, Sara to chyba jedno z najpiękniejszych imion, jakie można nadać młodej damie, i do filmowej, stareńkiej wersji z Shirley Temple w roli głównej. Później przyszła pora na "Małego lorda" i na tej książce zamknęła się moja znajomość literatury pióra Frances Hodgson Burnett.
Pośród tych znanych powieści, odnalazłam na bibliotecznym regale tytuł kompletnie mi obcy, kolejną miłą niespodziankę, niesłusznie umieszczoną w dziale dla najmłodszych. "Tajemnica dworu w Stornham" to powieść napisana dla dorosłego czytelnika, poruszająca problem zależności kobiet od mężczyzn występujący pośród skostniałej, angielskiej arystokracji w początkach wieku XX.
Zubożały arystokrata, Nigel Anstruthers wyrusza do Stanów Zjednoczonych, aby znaleźć majętną, amerykańską żonę. Rozalia Vanderpoel młodziutka, naiwna i delikatna córka, bogatego kupca, staje się szybko obiektem jego starań. Przy zgodzie rodziców dziewczyny i jawnym sprzeciwie młodszej siostry, Betty, Rozalia i Nigel biorą ślub i udają się do Anglii, do włości pana młodego, zdewastowanego dworu w Stornham.
Już pierwsze tygodnie małżeństwa, obnażają podły charakter lorda Anstruthers, Rozalia dotąd otoczona wyłącznie miłością, trafia w szpony chciwego męża i okrutnej teściowej, traci kontakt z rodziną, na długie lata staje się więźniem Stornham i ofiarą złych humorów swojego arystokratycznego męża. Kiedy Rozalii wydaje się, że jej życie zakończyło się w dniu przekroczenia bram starego dworu, jej dorastająca siostra Betty planuje wizytę w Anglii i poznanie powodów dla których starsza z sióstr zerwała kontakty z rodzicami.
Betty, ciemnowłosa i wykształcona w najlepszych europejskich szkołach piękność, wsiada na pokład statku Meridiana i wyrusza do Stornham. Podczas zderzenia pasażerskiego statku z tankowcem poznaje tajemniczego pasażera drugiej klasy, który kilka rozdziałów później okazuje się sąsiadem lady Anstruthers.
Ogrody i dwór Stornham robią na Betty jak najgorsze wrażenie, radykalne zmiany w wyglądzie i zachowaniu zalęknionej Rozalii i jej syna Ughtreda, wyjaśniają lata milczenia siostry. Betty angażuje się w remont dworu i przywrócenie do życia zaniedbanych ogrodów i próbuje znaleźć sposób na uwolnienie siostry i siostrzeńca spod wpływów lorda Anstruthers. W międzyczasie sama się zakochuje w Mount Dunstanie, właścicielu sąsiadującego z ziemiami szwagra dworu.
Kiedy ktoś spędza wszystkie dni swego życia sam jeden w ogromnym domostwie, może to przyprawić go o melancholię. Wie, że za zamkniętymi drzwiami są setki ciemnych pokoi, natyka się na opuszczone schody, na korytarze, którymi od dawna nikt nie przechodził. Z portretów spoglądają tak dziwnie, jakby widziały rzeczy, których śmiertelnik nie dostrzeże, oczy dawno zmarłych mężczyzn i kobiet. Mount Dunstan sypiał w ogromnym łożu z kolumnami. W tej oddalonej komnacie mógł umrzeć lub zostać zamordowany, nim zdołałby przywołać z sutereny parę służących. Kiedy późno wieczorem przygotowywał się do snu przy migotliwych świecach, wokół panowała martwa cisza grobowca, a noc jest groźniejsza w swej ciszy od dnia. Czasami prawie wierzył we własne fantazje, że wokół bezszelestnie krążyły istoty, które wcale nie pragnęły pozostać w świecie zmarłych. Sam je wybierał z portretów rodzinnej galerii...śliczne, beztroskie, kapryśne kobiety...i pełnokrwistych, śmiałych, awanturniczych mężczyzn. Wyobrażał sobie, że nienawidzą kamiennych sarkofagów i poprzez szarą mgłę przedzierają się ku światu, w którym pragnęły kochać, rozmawiać i stać się widzialne. Nie miały ciała ani głosu, a zamknięte drzwi nie poddawały się ich rękom. Lecz i tak wracały...wciąż wracały. I czasami można było usłyszeć w korytarzu szmer, szelest czy skrzypnięcie; czasami też czuł, że za drzwiami ktoś czeka.
"Tajemnica dworu w Stornham" to powieść zaskakująca, na przemian trzymająca w napięciu i rozleniwiająca długimi, pozornie spokojnymi dialogami. Są w niej elementy, dzięki którym bezbłędnie rozpoznalibyśmy autorkę "Tajemniczego ogrodu", zaniedbany ogród, podupadający dwór, spacery głównych bohaterów z ogromnymi mastiffami, psami rasy lubianej na angielskich dworach i w książkach Frances Hodgson Burnett, konne przejażdżki, pojawia się nawet pewien uroczy rudzik:).
Na rozkołysanej gałązce młodego drzewka w pobliżu okalającego park żywopłotu zaśpiewał rudzik. Mount Dunstan przystanął zasłuchany. Przed chwilą przestał kropić deszczyk, a słońce przebiło się przez chmury, wywołując kaskadę radosnych ptasich trelów. Pokryte kroplami rosy trawy i paprocie lśniły młodą zielenią, świeże listeczki na drzewach zdawały się rozwijać w oczach, a bogata, wilgotna ziemia pachniała oszałamiająco. Jaskrawo ubarwiony w strój godowy rudzik pochylił dziobek aż do rdzawej piersi, nastroszył piórka i wydymając gardziołko zaśpiewał krótką, wesołą, śliczną melodyjkę. Wyczuwało się w niej zuchowatość, szelmowskie propozycje i wabiącą nutkę.
Oprócz tych sielankowych obrazów angielskiej prowincji i rozrywek arystokratów z balami i polowaniami na czele, autorka porusza dużo mniej wygodne tematy, piętnując w swojej powieści niemoralność, fałsz i zepsucie, otoczone bezpiecznym kokonem ze szlacheckich tytułów i majątków, w którym ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości i społecznym potępieniem poszczególni przedstawiciele tej wyższej, angielskiej klasy społecznej.

Tajemnica dworu w Stornham. ( The Shuttle., 1901 r. )
Frances Hodgson Burnett
Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1995, 301 str.

piątek, 1 czerwca 2012

Burza na Zielonym Wzgórzu.


Lubię w zasadzie każdy rodzaj pogody:). Nie przeszkadza mi, kiedy inni ze mną o pogodzie rozmawiają, bo to bezpieczny temat, każdy potrafi o pogodzie powiedzieć kilka odpowiednich słów. Mam też oczywiście ulubione rodzaje pogody: śnieżyce w zimie i burze latem:). I właśnie dzisiaj, w pierwszym dniu czerwca, kiedy lato już czai się za progiem, o kilku letnich nawałnicach chcę Wam opowiedzieć:).
Burze, które znam dzielą się na miejskie i wiejskie:). Najwięcej niezwykłych wspomnień wiąże się z burzami, które przeżyłam na wsi.
Kiedy ciemne chmury przesłaniały niebo nad domem, starym sadem i ogrodem moich dziadków, a wiatr wyginał stare jabłonie i śliwy, na podwórku zaczynał się ruch. Zgodnie z wiejsko-burzową niepisaną hierarchią najpierw należało zagonić pod bezpieczny dach wszystkie stworzenia żywe: kicające, gdaczące i trawę przeżuwające na pastwisku. Kury potulnie chowały się w kurniku, psy mościły sobie bezpieczne posłanie w słomie. Kiedy spokojna już łaciata Gaja przeżuwała siano w swojej zagródce, można było przejść do chowania przedmiotów codziennego użytku. Wiadra i prawie suche pranie znikały w domu, na podwórku panował wymuszony porządek, wystarczyło jeszcze przynieść do domu wiklinowy koszyk z drogocennymi kociętami i ich mamą i otworzyć starą drewnianą beczkę na deszczówkę, którą babcia podlewała swój ogródek.  Jeśli burza była z tych potężniejszych, babcia zapalała na parapecie gromnicę i siadała przy białym, kuchennym kaflowym piecu. I wtedy zaczynały się czary:):). 
Wiatr za oknem wiał coraz silniej, drzewa wyginały się w szalonym tańcu, rośliny otrzymywały od łaskawych niebios upragnioną po suszy porcję deszczu, grzmoty uderzały w oddali, wstrząsając domkiem z czerwonej cegły, w którym babcia i dziadek zaczynali opowiadać: o czasach, kiedy wsią zarządzali źli panowie, o duchu, którego babcia będąc młodą dziewczyną wygoniła z domu swojej kuzynki, o starej, zdobionej sukience, którą lubiła nosić. Stado wnucząt kotłujących się wraz ze stadem kociąt na i pod drewnianym łóżkiem, z każdą kolejną opowieścią przestawało się wiercić i dokazywać, wsłuchując się w dzieje swojej rodziny, które po kilkunastu latach stały się najmilszym wspomnieniem i są przekazywane kolejnym pokoleniom. W głowie każdego malowały się obrazy tych duchów i postaci żyjących kilkadziesiąt lat wcześniej, wspomnienia dziadków ożywały w naszych sercach i żyją do dzisiaj. Burza zostawała za oknem i nie miała już większego znaczenia.
***
Wspomnienia opisane powyżej obudziły się we mnie po przeczytaniu "Ani z Avonlea" i opisanej w tej książce historii jednej z największych burz na Wyspie Księcia Edwarda. Poprzedzona żartobliwą przepowiednią w prasie, potężna nawałnica uderzyła w Avonlea po długim okresie suszy.
Nadszedł dwudziesty trzeci maja - dzień niezwykle upalny. Nikt nie odczuł tego bardziej niż Ania i jej gromadka ślęcząca nad składnią i ułamkami. Przed południem dął gorący wiatr, po południu jednak zamarł i zapanowała ciężka cisza. Około czwartej Ania usłyszała daleki odgłos grzmotu. Natychmiast zwolniła dzieci, żeby zdążyły do domu  przed burzą. 
Przechodząc przez dziedziniec, zauważyła jakiś dziwny cień przesłaniający cały świat, mimo iż słońce w dalszym ciągu świeciło. [...] Ania obejrzała się i krzyknęła przerażona: z północnego zachodu toczyła się skłębiona masa chmur, jakich nigdy w życiu nie widziała - ołowianoczarne zwały, okolone wystrzępionymi białymi brzegami. Nieopisana groza wiała od nich, gdy sunęły szybko, zasłaniając jasne błękitne niebo. Co chwila rozdzierała je błyskawica, po której następował ciężki grzmot. Zdawało się, że sklepienie nieba osunęło się tak nisko, iż prawie dotyka zalesionych wzgórz.
Ania trzymając Tadzia i Tolę za ręce, biegła do domu  tak szybko, jak tylko pozwalały tłuste nóżki bliźniąt. Dotarli na Zielone Wzgórze w samą porę. Na dziedzińcu zastali Marylę zapędzającą pod dach kury i kaczki. Zaledwie wpadli do kuchni, światło dzienne zniknęło jakby zdmuchnięte przez jakiś potężny oddech. Straszna chmura przesłoniła słońce i ziemię okryła ciemność jak o późnym zmierzchu. W tejże chwili przy huku grzmotu i oślepiającym świetle błyskawic posypał się grad i przesłonił bielą cały krajobraz. Poprzez ryk burzy dochodził trzask łamiących się gałęzi i ostry brzęk tłuczonego szkła.
[...] Przez trzy kwadranse burza szalała z równą gwałtownością, ktokolwiek ją przeżył, nie zapomniał jej już nigdy.*
Fragmenty opisujące burzę na Zielonym Wzgórzu przypominają mi czary, które działy się przed laty w czerwonym, ceglanym domku moich dziadków. W mieście dreszczyk burzowych emocji budzi tylko deszczowy widok za oknem, nie ma potrzeby ścigania się z ciemnością nawałnicy i zabezpieczania gospodarstwa i jego małych i dużych mieszkańców, te krakowskie burze są żenująco bezpieczne:).

*Ania z Avonlea. Wydanie albumowe.
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005, 307 str.
A tutaj historia pewnej upiornej zimy:).

wtorek, 8 maja 2012

Wkrótce zapomni o Latarniowym Wzgórzu. Janka z Latarniowego Wzgórza. Lucy Maud Montgomery.


Znalazłam ostatnio obraz Davida P. Hettingera, który przypomniał mi wakacje u babci. Pokój, który wtedy zajmowałam był ogromny, urządzony starymi, zabytkowymi meblami. Ogromną trzydrzwiową szafą, która mogła pomieścić co najmniej piątkę nieletnich podczas zabawy w chowanego. Starą komodą wypełnioną porcelaną, sztućcami i świecznikami oraz toaletką z wielkim lustrem, w małej szafce toaletki chowałam swoje książki. Łóżko stało przy oknie dokładnie tak, jak na obrazie. Okno miało ogromny parapet, na którym stały najpiękniejsze pelargonie, jakie kiedykolwiek widziałam. Za oknem pięćdziesięcioletnie olchy szumiały uspokajająco, albo przerażały uginając się pod większymi burzowymi wichurami, sennie szczekały psy, podwórkowe kundelki, z gołębnika na  strychu sfruwały na zewnętrzny parapet gołębie i gruchały delikatnie i radośnie, malwy zaglądały przez szybę. A ja w takich okolicznościach czytałam z wielką przyjemnością. A dzisiaj zastanawiam się czy ten pokój, to łóżko i okno rzeczywiście podczas tamtego lata były takie ogromne, czy ja byłam taka maleńka:).
Z tamtych klimatycznych, beztroskich wakacji pozostała mi miłość do pelargonii, mam na balkonie kilka różnokolorowych odmian, uspokaja mnie specyficzny świeży zapach ich liści, to, że nie mają zbyt dużych wymagań również ma dla mnie duże znaczenie, często podróżuje doglądając drugiego domu i ogrodu, a pelargonie porządnie podlane to bardzo samodzielne kwiaty:). Lubię nawet nieporządek, który robią, kiedy przekwitają i opadają, tworząc wokół siebie artystyczny nieład mieniącego się w słońcu różowo-czerwonego dywanu.
Moje zamiłowanie do literatury młodzieżowej i dziecięcej to chyba również echo tamtych lat, czytając książki Lucy Maud Montgomery uśmiecham się do swoich wspomnień i do tamtej szczuplutkiej, piegowatej, czarnowłosej dziewczynki, którą wtedy byłam:). Dzisiaj znów opowiem więc o pewnym wymarzonym domu - Latarniowym Wzgórzu i jego właścicielce - Jance Stuart, stworzonych w wyobraźni mojej ulubionej pisarki:).
Jeżeli miałabym pobawić się w ułożenie rankingu ulubionych bohaterek powieści Lucy Maud Montgomery to Janka zajmowałaby po Ani Shirley drugą pozycję.
"Janka z Latarniowego Wzgórza" ma niespecjalnie optymistyczny początek. Główna bohaterka, Janka Stuart mieszka w Toronto przy ulicy Wesołej, w okazałym domu z ogrodem, z babcią i mamą. W domu Janki dominuje babcia dziewczynki, stara, opryskliwa dama, starająca się na każdym kroku uprzykrzać życie swojej wnuczki. Jedyną pociechą dziewczynki w tym dużym, nieprzyjaznym domu jest mama Robin i marzenia.
Opowieść o Jance rozpoczyna się w dniu, w którym dziewczynka dowiaduje się, że ojciec uznawany dotąd przez nią za zmarłego, żyje na Wyspie Księcia Edwarda i oczekuje odwiedzin swojej jedynaczki.
Pobyt na Wyspie rozpoczyna się wielkimi poszukiwaniami domu dla Janki i jej ojca. Latarniowe Wzgórze odkryte przypadkiem, staje się spełnieniem marzeń dziewczynki, która w końcu ma okazję sprawdzić się jako pani domu. Latarniowe Wzgórze to dom wymarzony, gdzie w towarzystwie dwóch kotów, psa i powiększającego się z każdym dniem grona przyjaciół, letnie dni upływają  wypełnione radością i pracami domowymi.
Tymoteusz nauczył ją odczytywać znaki na niebie. Janka do tej pory nie była zaznajomiona z niebem. Stanąć na Latarniowym Wzgórzu, mając dookoła niebo, to cudowne. Janka potrafiła siedzieć godzinami u stóp świerków i przyglądać się niebu i morzu, lub siedziała zagłębiona w wesołej kotlince wśród wydm. Dowiedziała się, że niebo pokryte drobnymi, barankowymi chmurkami oznaczało ładną pogodę, natomiast końskie ogony zapowiadały wiatr. Gdy rankiem niebo było czerwone, była to zapowiedź deszczu. To samo oznaczało, gdy było wyraźnie widać ciemne jodły na wzgórzu Małego Donalda. Janka lubiła deszcz na Latarniowym Wzgórzu. W mieście nigdy go nie lubiła, ale tu nad morzem zachwycał ją. Uwielbiała słuchać, jak w nocy spadał na paprocie pod jej oknem; lubiła jego dźwięk, zapach i jego świeżość. Lubiła być w deszczu na dworze...Cała mokra. Lubiła drobny deszczyk, który czasami padał nad portem, mglisty, purpurowy, gdy na Latarniowym Wzgórzu wcale nie padało. Lubiła nawet burze, gdy przesuwały się nad morzem, ponad linią wydm, nie podchodząc zbyt blisko.
Wyjazd do miejsca w którym Janka przyszła na świat, a którego wcześniej nie miała okazji poznać, odmienia dziewczynkę i pomaga uporać się jej z kłopotami domowymi i szkolnymi po powrocie jesienią do Toronto. Powoli wyjaśniają się również tajemnice rodzinne, wychodzą na jaw powody rozstania rodziców Janki.
"Janka z Latarniowego Wzgórza" to kolejna pełna opisów piękna przyrody historia z radosnym zakończeniem. Jedna z moich ukochanych książek, którą w maju czyta się trzy razy przyjemniej, aniżeli w jakimkolwiek innym mniej optymistycznym miesiącu:).



Janka z Latarniowego Wzgórza. ( Jane of Lantern Hill, 1937 r. )
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Ajar, Warszawa 1991, 188 str.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Rodzinny skarb. Dzban ciotki Becky. Lucy Maud Montgomery.

"Dzban ciotki Becky" opowiada historię dwóch starych i dumnych rodów z Wyspy Księcia Edwarda: Darków i Penhallów, w książce występuje również pewna złośliwa ciotka i jej dzban, obiekt pożądania młodych i starych przedstawicieli rodzin z nazwiska wymienionych powyżej. 
Ciotka Becky u kresu swojego życia organizuje rodzinny bankiet, podczas którego przepowiada oniemiałym krewnym swoją rychłą śmierć i przekazuje im rodzinne pamiątki. Kiedy większość zgromadzonych przez staruszkę przedmiotów znajduje nowych właścicieli, pozostaje do rozstrzygnięcia sprawa przekazania starego dzbana, najcenniejszej rodzinnej pamiątki. Nestorka postanawia oddać dzban temu przedstawicielowi rodu, który w przeciągu roku od jej śmierci udowodni, że jest go najbardziej godzien.
Wydawało mi się, że porcja złośliwości osiągnęła masę krytyczną już w pierwszym rozdziale, kiedy to podczas bankietu ciotka Becky wyciąga na światło dzienne większość brudów rodzinnych i co chyba gorsze od rodowych skandali, wypomina każdemu jego mniejsze i większe wpadki, które po latach bolą człowieka bardziej niż najcięższe grzechy. Jednak kiedy z nestorki rodu uszło życie, z powieści bynajmniej nie uszło powietrze. Już pogrzeb ciotki Becky pokazuje, że rodzina dopiero się rozkręca, a o diabelskim charakterze zmarłej najlepiej świadczą przemyślenia bliskich nad jej trumną. 
A kiedy pastor Trackley oświadczył: Zabrał ją do siebie Pan, Jan Topielec pomyślał cynicznie: I będzie miał za swoje.
W pogoni za dzbanem, poszczególni członkowie rodziny gotowi są poświęcić wiele, a ich losy wywracają się do góry nogami. Zatwardziali, starzy kawalerowie są w stanie wyrzec się dla dzbana ukochanej wolności, a skłócone małżeństwa zakopać w końcu wojenne topory. Przy staroświeckich, nawet jak na ówczesne kryteria, poglądach i uprzedzeniach trwają jednak uparcie i wiernie do końca powieści, dając pożywkę złośliwemu pióru Lucy Maud Montgomery i niezłą uciechę czytelnikowi. Pisząc "Dzban ciotki Becky", pierwszą powieść dla dorosłych, autorka pokazała swój talent od tej najzłośliwszej strony, bez skrupułów piętnując hipokryzję i głupotę, ludzi jej współczesnych. Lucy Maud Montgomery stworzyła w 1931 perełkę wyróżniającą się na tle jej pozostałych powieści, komiczną i wyjątkową, mówiącą więcej o czasach w których przyszło jej żyć, aniżeli niejedna pisana z namaszczeniem kronika:).

Dzban ciotki Becky. ( A Tangled Web., 1931 )
Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo Literackie 2008, 273 str.

czwartek, 22 marca 2012

Wiosna w ziemiańskim dworze.

Zastanawialiście się czasami jak wyglądało życie w miejscach, które obecnie często przypominają tylko cień siebie sprzed lat, życie w starych domach, dworkach, których nędzne resztki czasami mijamy, wielokrotnie nie zwracając na nie szczególnej uwagi. W pobliżu mojego domu znajduje się kilka takich starych dworków, pałacyków, o które teraz nikt nie dba wcale, albo tylko dogląda je, od czasu do czasu i wzmacnia na tyle, żeby się nie zawaliły ostatecznie, licząc, że może kolejne pokolenia będą w stanie je wyremontować i podnieść z upadku. Dworek mi najbliższy pełnił przez długie lata zaszczytną funkcję szkoły, państwo nie odwdzięczyło mu się jednak za trud wychowywania młodych pokoleń. Kiedy zmarniał, po prostu go zamknięto. Na drzwiach i bramie wiszą zardzewiałe kłódki, nikt już nie ma do niego dostępu, nikt o niego nie dba. Lubię spacerować w pobliżu nocami, bo tylko jej ciemności ukrywają zniszczenia i ukazują dwór w chwale minionych stuleci. W księżycowe noce okna opromienione przyjaznym blaskiem księżyca wydają się tętnić wewnętrznym życiem. Stare domostwo wydaje się wspominać minione piękne czasy, przyjęcia, dni świąteczne i ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali, a o których przypomina tylko okazały nagrobek na wiejskim cmentarzyku z mocno już zatartymi imionami i nazwiskami mieszkańców starego dworku, prawie od stulecia spoczywających pod kamienną płytą. Wydawało mi się, że nigdy nie dowiem się, jaki smak i zapach miało życie w ziemiańskim dworze, nie usłyszę niczego nowego i odkrywczego o jego arystokratycznych domownikach, poza strzępami historii, które słyszałam od mieszkańców okolicy. Chcę wam dzisiaj opowiedzieć o książce, która trochę ożywiła przynajmniej dla mnie stary dworek, zapełniła go przedmiotami codziennego użytku, zapełniła każdy dzień jego mieszkańców czynnościami jakie im dzień wiele dziesiątek lat temu wypełniały, pokazała smak potraw jakie pojawiały się na stole, gości którzy dwór odwiedzali, system wychowania i kształcenia młodych paniątek, dziecinne i młodzieżowe rozrywki, zabawki, książki, zapach powietrza na przednówku, zwierzęta, które były towarzyszami mieszkańców dworu, ciężkie prace jakie wykonywano w polu, cześć jaką oddawano ziemi i świąteczne dni wytchnienia. "W ziemiańskim dworze" autorstwa Mai Łozińskiej to książka podzielona według czterech pór roku, kupiłam ją zimą i to właśnie zimowy i wiosenny rozdział mam już za sobą. Będę ją na pewno przeglądać z każdą zmianą pory roku, podobnie jak książki Marii Kownackiej "Razem ze słonkiem", ale o nich napiszę kiedy indziej, towarzyszą mi już tak długo, że zasługują na osobnego posta:).
Wiosna w ziemiańskim dworze była czasem wytężonej pracy, po zimie porządkowany był dwór, zdejmowano grube okna ocieplające wnętrze zimową nocą, bielono ściany, podłogi, malowano drzwi i okna. Kiedy odmarzała ziemia rozpoczynał się czas siewu, prace polowe ruszały pełną parą, im wcześniej pracujący we dworze chłopi rozpoczynali pracę tym obfitsze plony zbierano latem i jesienią.
Wysoko na niebo wzbiły się skowronki i wołały na alarm do roboty. Z dworów i wsi jak z mrowisk wyległa szara rzesza pracowników, rozeszła się po polach, zahuczała gwarem, zatętniała ziemia ruchem.*
Wiosna była również czasem w którym ruszały końskie jarmarki, bogaci właściciele ziemscy kupowali konie szlachetnego pochodzenia i budowy, dla siebie, starszych dzieci, konno jeździli wszyscy ziemianie na polowaniach, w wolnym czasie, końskie zaprzęgi woziły sąsiadów i rodziny w odwiedziny. Mieszkańcy dworu kochali konie, stąd popularność jarmarków, ten wielkopolski odbywa się przecież do dzisiaj. Roztopy wiosenne utrudniały, a w zasadzie uniemożliwiały pracę i podróżowanie, wozy grzęzły w błocie, zima paradoksalnie była więc czasem większej aktywności towarzyskiej, konie i woźnice lepiej radzili sobie z jazdą po zamarzniętych powierzchniach i śnieżnych zaspach. Wielki Post traktowano bardzo poważnie i dosłownie, w piątki, a czasem również w środy i soboty powstrzymywali się mieszkańcy dworów od ucztowania, czasem skromny posiłek jedzono dopiero po zapadnięciu zmroku. Chłopi z początkiem wiosny, nawet gdyby nie nakazy religii zmuszeni byli pościć, zimowe zapasy kończyły się wraz z nadejściem pierwszych wiosennych dni. Szybko jednak nadchodziła Wielkanoc i można było nadrobić czasy postu, dworskie kuchnie zatrudniały najlepszych kucharzy, na długo przed świętami pieczono mazurki i przyrządzano mięsa i ryby na dworski stół, w Wielką Niedzielę wszystkie wozy czym prędzej udawały się do domów i rozpoczynano wielkie ucztowanie. Mnóstwo historii, wspomnień, urywków z ziemiańskiej prasy, porad, których udzielały pisma gospodyniom i gospodarzom dworów, zebrała w swojej książce Maja Łozińska. Jak wyglądała wiosna w kuchni ziemiańskiego dworu, jak spędzano czas wolny, jak świętowano Wielkanoc od Wielkiej Soboty począwszy, z iście kronikarską dokładnością opisuje autorka czasy naszych dziadków  i pradziadków. Czego mi brakowało sama sobie dośpiewałam:), ale cieszę się bardzo, że trafiłam na tę książkę, która opowiada o przeszłości, którą tak uwielbiam poznawać. Żegnam się zatem utworami: "Stary dwór" i "Dworek" i życzę, żeby Wam również się dworek przyśnił:), no i pięknej wiosny Wam i sobie życzę:).

Dworek. Leopold Staff
Niech mi się przyśni dworek skryty w białych sadach,
Z drewnianym gankiem w młodych, gęstych winogradach;
W nim staroświecka izba tak spełzła i zbladła,
Że siebie nie poznaje już w głębiach zwierciadła;
Sprzęty w czystych pokrowców obleczone biele,
Bezczynne i poważne jak ludzie w niedzielę;
U progu pies patrzący z rozumnym spokojem,
Choć łagodny jak dziecko, nazwany Rozbojem...
Gdy wyjdę wczesnym rankiem, niech mnie w ganku czeka
Na białym stole dobry, miły list z daleka
I dal wśród drzew, owianych słonecznym opyłem,
Niech mi się wyda krajem, gdzie nigdy nie byłem,
By mi było w tym miejscu, nie znanym nikomu,
Przedziwnie jak w obczyźnie i słodko jak w domu.
 Stary dwór. Jerzy Harasimowicz
Noc księżyc na podłodze leży
niby świecący pancerz
i od pancerza w duszy jasno

Panowie szlachta
śpią na wieki
patrzą z portretów
jak z karety

Szablą inicjały piszą
świst krzyż w powietrzu
i powietrze krwawi

I w korytarzu zjawa
zajazd

Nie to krzyk sowy
tam na strychu
Coś uleciało
jak ptak

I ty
w mych ramionach

I włosy twe
Śpią
tak cicho
W ziemiańskim dworze
Maja Łozińska
Wydawnictwo Naukowe PWN, 359 str.

*s.113 W ziemiańskim dworze M.Łozińska, cytat z "Dewajtis" Marii Radziewiczówny

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...