Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2016

Czytam, siedząc na starych sankach w stodole.


Czytam, siedząc na starych sankach w stodole, sanki mam wyścielone kocem w czerwoną kratę, podebranym z ogrodowej huśtawki i poduszkami z tarasu, plecami opieram się o stare drewniane wrota, przez które ostatni wóz z sianem wjechał jakąś dekadę temu. Kiedy obracam wzrok w prawo, spoglądam na dom i ogród, na wprost mam sad, w roku ubiegłym zapomnieliśmy o podcinaniu gałęzi, a raczej po prostu zabrakło nam na to czasu, więc drzewa splątały się koronami i tworzą nieco przerażający widok wprost z obrazów Juliusa von Klever, on właśnie w taki sposób malował drzewa, jakby i w swoim ogrodzie nie chciało mu się przycinać gałęzi. 

Zazwyczaj podczas czytania nad głową latają mi stada jaskółek, teraz jest ich mniej i nie są tak zapracowane jak podczas pełni lata, ten ich brak i chłodne powiewy wiatru, które poruszają kartkami mojej książki uświadamiają mi, że pod moją nieobecność zmieniła się w te dwa tygodnie aura rozpalonej pełni lata na dojrzały skłaniający się ku jesieni sierpień, i właśnie dlatego nie lubię na tak długo opuszczać swojej wsi, bo wracam na zmianę pory roku. 

Las za płotem pachnie grzybami, wilgocią i głębszym chłodem końca lata, łąka zamieniła się miejscami w bagno, trawa na niej urosła, jest ciemno, a nie soczyście zielona, sierpniowa. Wieczorem znad rzeki po łące przyjdzie mgła, zatrzyma się za płotem, linię podwórka przekroczy we wrześniu, wtedy zamkniemy rzeźbione wejściowe drzwi, teraz otwarte i wdychające zapach lasu, łąki, rzeki, którymi oddycha potem cały dom, we wrześniu dom oddycha tylko oknami, bo mali mieszkańcy łąk lubią szukać jesiennego schronienia w domach, a wolelibyśmy gościć ich co najwyżej w stodole. Przykro patrzeć jak lato powoli odchodzi, otuchą napawa mnie jednak widok stert zwiezionego drewna, chrustu przyniesionego z lasu, który bajecznie strzela w piecu zimą, złożone w kącie stodoły drzewo pachnie żywicą i jest jeszcze złocisto-żółte, na stoliku w drugim końcu stodoły w wiklinowym koszu malinowy syrop w butelkach czeka na wywiezienie do krakowskiej piwnicy, powoli szykujemy się do zimy. 

Kiedy czytam książki już znane nie muszę za bardzo skupiać na nich uwagi, mogę błądzić myślami po całej okolicy i notować w pamięci całą jej urodę, za "Zdobywam zamek" Dodie Smith zabrałam się ponownie, bo przed snem wypatrzyłam tą książkę na regale i zabrałam następnego dnia ze sobą na wieś, chyba stęskniłam się za jej klimatem i właśnie takiej lektury było mi trzeba ostatnio. 

Lubię podobnie jak główna bohaterka powieści zaczytać się w nietypowym miejscu, nie mam na własność wieży, mam tylko mało romantyczny, bo zagospodarowany strych, dlatego przesiaduję w stodole, która jest najoryginalniejszym, bo najstarszym budynkiem na podwórku, swego czasu dużo się tu działo, jest w starej stodole podwójna ściana z solidnymi, ciężkimi drzwiami, która w czasach okupacji była kryjówką, w której mieszkańcy okolicy chronili się przed wywózkami do Niemiec na roboty, trochę tego niepokoju, który musiał im towarzyszyć podczas ukrywania się w schowku unosi się nadal przy tej ścianie. Chyba za dużo dookoła śladów wojny, na oknie w składziku leży poszarpana część pocisku znaleziona podczas sadzenia iglaków z balkonu, pociski w tej naszej oazie spokoju nie wybuchały na pewno, choć front przebiegał niedaleko, ale mosiądz zawsze można było zużytkować w biedzie panującej na wsi w latach powojennych, gospodarz przyniósł żelastwo i coś  z niego zmajstrował, resztkę wchłonęła ziemia, potem oddała nam, żeby pamiętać. 

Uwielbiam czytać w starej stodole do późnego wieczoru, kiedy ostatnie promienie słońca wpadają przez szpary pomiędzy wyschniętymi, wysłużonymi deskami ścian, lubię czytać książki po dłuższej przerwie, zawsze na nowo się nimi zachwycam, znajduję i znaczę nowe, ulubione fragmenty, nie spieszę się ze swoim czytaniem, nie pędzę za nowościami, wolę to co znam i sprawia mi przyjemność. A wy lubicie wracać do znanych już powieści?

Zapraszam na Instagram wyspy książek https://www.instagram.com/wyspaksiazek/


O powieści "Zdobywam zamek" było już kiedyś na wyspie książek, o, tutaj :D

czwartek, 7 stycznia 2016

Mary Lennox nasłuchała się wiele o czarach w bajkach swojej ayah i zawsze później twierdziła, że to, co stało się w tamtej chwili, były to oczywiste czary. Tajemniczy ogród. Frances Hodgson Burnett.


Wyobraźcie sobie ogród ukryty za murem zarośniętym splątanym, nawarstwiającym się od dekady bluszczem, zamknięty na rozkaz pogrążonego w bólu po stracie żony właściciela tajemniczego dworu o stu pokojach i klucz do tego ogrodu w kieszeni wełnianej sukienki małej dziewczynki, wychowanej w dusznych Indiach. Przez kilka dni przyglądacie się wędrówce panny Mary po pokrytej szronem skrzypiącej trawie w poszukiwaniu drzwi do ogrodu, do którego nikt nie ma prawa zaglądać.  

Mary Lennox nasłuchała się wiele o czarach w bajkach swojej ayah i zawsze później twierdziła, że to, co stało się w tamtej chwili, były to oczywiste czary.
Po ścieżce wzdłuż muru przeleciał podmuch wiatru, silniejszy niż poprzednie; dość mocny, by zakołysać konarami drzew, a tym bardziej, by rozgarnąć długie, zwieszające się z muru pędy nieprzycinanego bluszczu. Mary podeszła do ptaszka bliżej, gdy nagle wiatr odchylił luźne pędy, a dziewczynka szybkim ruchem chwyciła coś, co dojrzała pod bluszczem : okrągłą, zakrytą liśćmi gałkę, stanowiącą klamkę do furtki.

Odtąd możecie za murem znikać i nikomu nie przyjdzie do głowy szukać was w miejscu o którym zamazano pamięć na długie lata. Ekscytująca perspektywa nawet dla dorosłej kobiety, miejsce, w którym można się choćby spokojnie zaczytać :)

Takie kuszące wizje tajemniczego ogrodu rozciągnęła przed czytelnikami Frances Hodgson Burnett. Do "Tajemniczego ogrodu" warto powrócić w każdym wieku, do dziecięcej wyobraźni przemawiają bohaterowie i ich przygody, dorosły czytelnik może skupić się na kontemplowaniu urody angielskich wrzosowisk, ogrodów i zabytkowych dworów o bogatej historii. Mam już swój egzemplarz "Tajemniczego grodu" (chociaż po raz pierwszy czytałam powieść przyniesioną ze szkolnej biblioteki, która z perspektywy czasu urosła w mojej wyobraźni do rangi komnaty tajemnic i skarbów, którą chętnie bym teraz od szkoły podstawowej wykupiła na własność wraz z księgozbiorem, żeby powrócić do krainy dzieciństwa :D), ale zawsze marzyło mi się ilustrowane, monumentalne wydanie, jakimi zachwycały anglojęzyczne blogi, zwłaszcza ilustracje Ingi Moore wpadły mi jakiś czas temu w oko, bo oddawały urodę opisów autorki i trochę przypominały w swej maestrii filmową, mistrzowską adaptację w reżyserii Agnieszki Holland. Wydawnictwo Zysk i Spółka na szczęście również zauważyło dzieło Ingi Moore i oddało tuż przed świętami w ręce polskiego czytelnika, aby mógł obdarowywać klasyką w przepięknym wydaniu dzieciaki czytające i takie, które do czytania chciałoby się przekonać, (dorośli czytający wyciągający z pod choinki i wygrzebujący z ozdobnych papierów tę książkę powinni być równie zadowoleni :))

Co cieszy niezmiernie to...ilość obrazków, wydanie nie zawiera wrzuconych na odczepnego dziesięciu większych ilustracji i do widzenia, tylko jest naprawdę wypełnione po brzegi angielskimi ogrodami, roślinami, zwierzętami, postaciami. Piękne jest wnętrze Misselthwaite Manor, nawet obrazy na ciemnych korytarzach rezydencji przykuwają wzrok czytelnika na dłużej. A tajemniczy ogród początkowo pełen splątanych gałęzi, delikatnych kiełków wiosennych kwiatów, zaniedbany, zapomniany, ale piękny odcieniami brązów i rudości, splątanymi pędami róż, z kamiennymi altanami, masywnym murem, rudzikiem i Mary, jako jedynymi świadkami budzącego się wiosną z uśpienia ogrodu jest tak piękny, że mimo śniegu za oknem poczułam zew własnego ogrodu i wiosenny wilgotny, próchniczy aromat budzącej się do życia ziemi :) Potem przychodzi lato i paleta barw wręcz onieśmiela, przyglądanie się wyrysowanym przez ilustratorkę kwiatom, które sama sadzę we własnym ogrodzie to kolejna ogromna przyjemność, jaką oferuje książka.

Dobrze mieć tę książkę w rękach bez konieczności zamawiania anglojęzycznego, drogiego wydania. A jeżeli do tego dodać fakt otrzymania tej książki po choinkę to jej magia działa na wyobraźnię ze zdwojoną mocą, zwłaszcza że w styczniu ze śniegiem i mrozem za oknami, świecącą choinką i gorącą czekoladą bezkarnie i z przyjemnością wraca się do świata dziecinnych powieści :)

Tajemniczy ogród.  Frances Hodgson Burnett 
Zysk i Spółka 2015, 320 str.


piątek, 15 maja 2015

Taka właśnie droga winna prowadzić do krainy baśni. Sekret markizy. Frances Hodgson Burnett.

"Sekret markizy" to pełna uroku baśń dla dorosłych napisana przez autorkę "Tajemniczego ogrodu". Spędziłam w jej towarzystwie kilka miłych godzin chłodnego majowego wieczoru, wcale nie planując czytać tak długo. Pamiętając "Tajemnicę dworu w Stornham" nużącą przydługimi dialogami, zaplanowałam lekturę markizy na najbliższy weekend, pochłonęłam ją jednak w jeden wieczór. Wiatr szalał po moim ogrodzie, niebo zasnute ciemnymi chmurami nie zachęcało do spacerów, tym przyjemniej było schować się w domu i zatopić się w tej uroczej baśni :)

Emilia Fox-Seton dobrze urodzona młoda kobieta obdarowana przez los postawą i manierami królowej, zmaga się z mało romantyczną biedą. Obdarzona jeszcze jednym darem cenniejszym od majątku- pogodnym i prostodusznym charakterem, organizuje sobie samotne życie w ubogim pensjonacie, pracując jako pomocnica dam z wyższych sfer. Jedna z nich zaprasza ją do swojej wiejskiej posiadłości Mallowe, gdzie wykorzystuje ją niemiłosiernie przy organizacji przyjęć dla zaproszonego przez siebie towarzystwa. 

Pobyt w Mallowe, kończy się zaskakującą Emilię propozycją małżeństwa. Lord Walderhurst właściciel bajecznego majątku upatrzył sobie pokornego Kopciuszka na żonę. Emilia zostaje markizą, zamieszkuje w majątku Palstrey, otoczonym bajkowymi ogrodami. Markiza coraz mocniej zakochuje się w swoim powściągliwym małżonku, sama podbijając serca arystokratów, służby i mieszkańców okolicznych wiosek.

Pierwszy miesiąc pobytu w Palstrey Emilia spędziła jak we śnie. Z każdym kolejnym dniem wrażenie jeszcze się potęgowało. Stare domostwo przywodziło na pamięć świat niewyobrażalnie pięknych, sennych marzeń. Niekończące się korytarze, niezliczone komnaty, ogrody, w labiryncie, których natrafiała na coraz to nowe, wijące się ścieżki, biegnące do zarośniętych wodnymi roślinami głębokich, krystalicznych jeziorek, gdzie od setek lat drzemały leniwe karpie.[...]
Szczególne wrażenie zrobiła na niej galeria obrazów. Z ram patrzyli badawczo mężczyźni i kobiety, niegdyś żywi jak ona.[...]Strojni w przedziwne szaty antenaci, o twarzach namiętnych, szpetnych lub urodziwych, zdawali się czegoś od niej żądać...a przynajmniej takie myśli podsuwała Emilii rozgorączkowana wyobraźnia. *

Kiedy Lord wyjeżdża do Indii, a do myśliwskiego dworku w sąsiedztwie Palstrey sprowadza się mający nadzieję na odziedziczenie majątku Walderhursta, kuzyn lorda wraz ze swoją na wpół hinduską małżonką, Emilia znajduje się w coraz większym niebezpieczeństwie.

Powieść w swojej pierwszej części wydaje się dość przewidywalna, skromna dziewczyna poznaje swojego księcia i rozpoczyna nowe życie, jako pani ogromnego majątku. Druga część jest dużo bardziej zaskakująca, napięcie w powieści powolutku narasta, pętla sieci spisków zaciska się wokół bezbronnej, dobrodusznej i nieświadomej zagrożenia markizy.

Frances Hodgson Burnett uwielbiam za magiczne opisy tajemniczych ogrodów, angielskich dworów, alejek starych drzew w których gąszczu nie sposób nie natrafić na rudzika, zdecydowanego ulubieńca autorki, latającego po wszystkich opisanych przez nią ogrodach ;) Wypoczęłam przy tej lekturze, co dawno mi się nie zdarzyło. Polecam gorąco tę bajkową powieść, którą umieściłam bez wahania w trójce ukochanych książek pisarki, zaraz obok "Tajemniczego ogrodu" oraz "Małej księżniczki". "Sekret markizy" łączy w sobie zalety obydwu tych powieści okraszonych nutką magii oraz orientalnych klimatów wprost z Indii. Teraz mam szaloną ochotę obejrzeć "The Making of a Lady", adaptację powieści.

Sekret markizy. The Making of a Marchioness.
Frances Hodgson Burnett
Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1998, 213 stron

poniedziałek, 24 listopada 2014

Brambly Hedge, czyli jesień i zima w Mysiej Dolinie.

Przeszukując stoiska z książkami podczas nieplanowanej wizyty na targu staroci trafiłam na skarb za całe 3 złote :), nie, tym razem to nie zakup książki sprawił mi tyle radości, tylko zakup...bajki na DVD. Nie mam zwyczaju pisać na wyspie książek o filmach animowanych, ale dla "Mysiej Doliny" zrobię wyjątek, bo to małe arcydzieło animacji kukiełkowej z czterema porami roku Vivaldiego rozbrzmiewającymi w tle...

"Brambly Hedge" to seria książek dla dzieci z uroczymi obrazkami mysiego świata wyrysowanego i opowiedzianego przez Jill Barklem. Na podstawie bajek powstał bardzo udany cykl filmów animowanych, które miałam przyjemność oglądać w dzieciństwie i zdążyłam już na śmierć zapomnieć o pewnej zacinającej się kasecie VHS z bajkami o czterech porach roku w "Mysiej Dolinie"*, kiedy podczas wizyty na stoisku ze starymi książkami trafiłam na DVD z częściami: zimową oraz jesienną. "Mysiej Doliny".

Dopiero po obejrzeniu bajki w domu skojarzyłam przedstawiane obrazy z mocno zatartym wspomnieniem zgrzytającej w odtwarzaczu Video ukochanej baśni z dzieciństwa. Również wtedy dwie części, które udało mi się teraz kupić, przedstawiające najzimniejsze pory roku były moimi ulubionymi, zwłaszcza zasypana śniegiem Mysia Dolina przypadła mi do gustu.

Odsłona jesienna koncentruje się na uzupełnianiu przez rodziny Myszek spiżarni w starym pniu drzewa z półkami uginającymi się pod ciężarem konfitur, ziaren zbóż, owoców suszonych, zabutelkowanych syropów, wianków suszonych grzybów, rajskich jabłuszek, owoców dzikiej róży, czyli tego wszystkiego co mieszkańcom Mysiej Doliny będzie niezbędne do przetrwania zimy, spiżarnia pełna jest uroczych drobiazgów: wiklinowych koszy, garnków oraz kubeczków, możecie ją zobaczyć tutaj.

Po zapasy córka Hrabiego Mysibora-Prymulka, wyprawia się do jesiennego lasu, w którym wiatr delikatnie porusza gałęziami drzew, a kolorowe liście, krzaczki jagód, leśne ścieżki również przedstawiono w najdrobniejszych, pełnych uroku szczegółach. Dla urozmaicenia tej sielskiej opowieści o porach roku jest i gwałtowna jesienna burza i zaginiona myszka, a także pewne zaczytane mysie małżeństwo, które pokocha każdy mól książkowy.


Zdecydowanie najmocniejszą stroną tej animacji są drobiazgowo przedstawione mysie mieszkanka w pniu drzewa, w starej jabłoni, piękna rezydencja Hrabiego Mysibora oraz skromniejsze, choć nie mniej piękne kuchnie i sypialnie innych zamieszkujących dolinę mysich rodzin, z buchającymi gorącem i ciepłym światłem kominkami pracującymi w zimowej i jesiennej części pełną parą.

Zimowo wyciszona dolina z zaspami przykrywającymi mysie domostwa i światełkami w oknach jest jeszcze piękniejsza :), myszki koncentrują się na życiu spiżarniano-kuchennym i wylegiwaniu się przed kominkiem, może dlatego dorosły widz ma oglądając "Mysią Dolinę" nie mniejszą frajdę niż oglądające ją dziecko :).


Uwielbiam takie wyszperane przypadkowo perełki, które powiększają moją domową filmotekę, mam nadzieję, że również książeczki z serii "Brambley Hedge" kiedyś znajdą się na moim regale z książkami.
  
* W Polsce pod koniec lat 90-tych animowana adaptacja "Brambly Hedge" była wyświetlana pod tytułem "Mysia Dolina"

** Załączone obrazki pochodzą z filmu "Mysia Dolina", który w wersji anglojęzycznej możecie obejrzeć na youtube


wtorek, 8 października 2013

Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. Zdobywam zamek. Dodie Smith.


Sezon czytania przy rozgrzanym do czerwoności piecyku i akompaniamencie muzyki płonących drewnianych szczap otworzyłam w tym roku lekturą powieści Dodie Smith "Zdobywam zamek". To mój ulubiony rodzaj muzyki towarzyszącej czytaniu:). Za oknami królował zimny i ponury wrzesień, a w domu dające poczucie bezpieczeństwa światełka, błyski i szumy płomieni w piecu.
***
Powieść Dodie Smith ukazała się w języku polskim na długo po zrobieniu oszałamiającej kariery pośród angielskich czytelników. Wyszukiwana na regałach jako niezawodne lekarstwo na chandrę, powieść - pocieszycielka, swój urok lektury kojącej emocje czytelnika, zawdzięcza niezwykłemu miejscu akcji.

W bezludnych ostępach hrabstwa Suffolk*, w niszczejącym zamku mieszka ekscentryczna rodzina Mortmainów: rodzeństwo Rose, Cassandra i Thomas, ich ojciec i macocha Topaz. W czasach popularności pierwszej i jedynej powieści napisanej przez głowę rodziny, Mortmainowie wydzierżawili zamek od arystokraty zamieszkującego dwór Scoatney Hall. W cieniu wieży Belmotte, pośród ruin i zimnych zamkowych murów, niemożliwych do ogrzania w żadną porę roku, prowadzą coraz skromniejsze życie, opisane w pamiętniku przez siedemnastoletnią Cassandrę.

Cassandra opisuje emocje, krajobrazy i kolejne wydarzenia z wysokości kurnika, zamkowych murów, zlewu, sterty sieczki w stodole, starych fortyfikacji. Dzięki tak niezwykłej perspektywie, jej opowieść nabiera bardzo bajkowych właściwości:).

Jedyną możliwością ucieczki od mało romantycznej biedy, w jaką po utracie weny twórczej przez ojca popadła cała rodzina, wydaje się Cassandrze i jej starszej siostrze Rose, małżeństwo z pierwszym napotkanym bogaczem:). W popadającym w ruinę zamku, otoczonym morzem błota, jak malowniczo określa swoje życiowe położenie Rose, zamożni kawalerowie są niestety towarem deficytowym. Dylemat młodych panienek, zaczerpnięty z "Dumy i uprzedzenia" rozwiązuje Dodie Smith w podobny Jane Austen sposób. Nadzieja dziewcząt na bogate zamążpójście nabiera realnych kształtów na wieść o otwarciu pobliskiego dworu Scoatney Hall, przez jego dwóch przybyłych z dalekiej Ameryki dziedziców.

- Czy pomyślałaś o czymś, kiedy panna Marcy powiedziała, że Scoatney Hall znów będzie otwarte?
No tak, pomyślałam o początku powieści "Duma i uprzedzenie", kiedy pani Bennet mówi: "Wydzierżawiono nareszcie Netherfield Park."  A potem pan Bennet jedzie tam złożyć wizytę bogatemu nowemu właścicielowi.
- Pan Bennet nie był mu winien żadnego czynszu - zauważyłam.
- Nasz ojciec i tak by nie pojechał. Jak ja bym chciała żyć w powieści Jane Austen!
Powiedziałam, że ja wolałabym żyć w powieści Charlotte Brontë.
- Co byłoby przyjemniejsze: Jane z odrobiną Charlotte czy Charlotte z odrobiną Jane? - spytała Rose.
Jest to ten rodzaj dyskusji, który bardzo lubię, ale chciałam pisać dalej, więc tylko powiedziałam:
- Pięćdziesiąt procent każdej byłoby idealne.**

Takich pysznych rozmów o literaturze jest w tej powieści więcej, nad historią mieszkańców zamku unosi się literacki duch wspinającej się po szczeblach drabiny społecznej Becky Sharp i całej plejady heroin stworzonych w wyobraźni Jane Austen oraz sióstr Brontë. Zasady romansowania w stylu znanym z powieści Jane Austen usiłują panny Mortmain wcielać w życie w latach 30 wieku XX, testując je na dziedzicach Scoatney i gwarantując dobrą zabawę przy lekturze czytelnikowi.

Urocza opowieść z galerią oryginalnych postaci ozłociła mi niespełniający wymogów złotej polskiej jesieni, burawy wrzesień. Z radością dołączam się do grona zachwyconych czytelników i umieszczam swój egzemplarz, wydany w bardzo romantycznej szacie, pośród innych książkowych utulaczo - pocieszaczy, bo to powieść do której kiedyś wrócę na pewno.

Zdobywam zamek. ( I capture the castle., 1948 )
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2013, 351 str.
* str. 11,** str. 28 - 29

sobota, 28 września 2013

Wierzba i głóg czynią wiejskie rezydencje pięknymi.

Wiosną założyłam w kącie sadu ogrodową aptekę, miejsce na krzewy i drzewa o leczniczych właściwościach. Posadziłam dwa drzewka zapomnianej, a bardzo popularnej w polskich parkach i ogrodach w latach 30 - tych XX wieku morwy białej, drzewko czarnego bzu i jarzębinę. Ostatnio w przeczytanych książkach wyłapuję te fragmenty, które dotyczą roślin leczniczych, więc trochę te nowe zainteresowania zielarskie, przełożyły się na pasję czytania, której poświęcona jest wyspa książek. 

Poniżej znalezione w czytanych przeze mnie we wrześniu powieściach, cytaty dotyczące śpiącego drzewa ( pod taką nazwą znają tę roślinę Islandczycy ) - głogu, który mam nadzieję dostanie za rok swój kawałek ziemi w sadzie, albo w zagajniku oplatającym łąkę.

Z mojego prezentu imieninowego, angielskiej powieści "Zdobywam zamek", wyłania się głóg w pełnej przepychu, wiosennej odsłonie:
Pączki w żywopłocie siedziały ciasno skulone, ale na drzewie koło drogowskazu było już mnóstwo rozwiniętych. Przywiązuję ogromną uwagę do głogu. Kiedyś spędziłam wiele godzin, próbują opisać jego pojedynczy kwiat, ale zdołałam wymyślić tylko "szerokooki kwiateczek z wąsikiem jak koteczek", zupełnie nie do wymówienia.
- "Wierzba i głóg czynią wiejskie rezydencje pięknymi" - zacytował Simon. - Myślę, że to właśnie ten wiersz sprawia, że wydaje mi się, iż ludzie w epoce elżbietańskiej żyli w wiecznej wiośnie.*

Z drugiej powieści ( "Powrót do Killybegs." ), pochodzi fragment o boleśniejszych właściwościach głogu:):
Wróciłem biegiem. Przeskoczyłem przez murek, w ciemności nie zauważyłem krzaków głogu. Gwałtowne spotkanie mojego czoła i dłoni z cierniami. Zdusiłem krzyk. Miałem ściśnięte  gardło, obolały kark. Strach. Tuż za mną w sękaty masyw kolców rzucił się głową w dół Danny Finley.
- Cholera! Co to takiego?
- Trza będzie dać chłopakom z Belfastu lekcje botaniki - burknął kapitan, dezerter z armii brytyjskiej.
- To się nazywa głóg. Trochę przypomina ich drut kolczasty - odparł jakiś głos w ciemności.**

Do lektury obydwu książek bardzo gorąco zachęcam, do każdej z innych powodów. "Zdobywam zamek" to sielsko - angielska opowieść, osadzona w realiach bajkowego zamku, a "Powrót do Killybegs" to historia krwawego, niekończącego się konfliktu w Irlandii Północnej, napisana przepięknym językiem. Trudno o zestawienie mniej pasujących do siebie tematycznie książek, ale takie wrześniową porą, królowało na moim nocnym stoliku:).

* "Zdobywam zamek." Dodie Smith, str. 155, zacytowany przez Simona fragment pochodzi z wiersza "Spring, the Sweet Spring." Thomasa Nashe'a 

** "Powrót do Killybegs." Sorj Chalandon, str. 107

wtorek, 20 sierpnia 2013

Pozostawszy same, milczałyśmy obie czas jakiś: wyjęłyśmy nasze robótki i zabrawszy się do nich, udawałyśmy bardzo pilnie zajęte. Villette. Charlotte Brontë.


Porosłe mchem mury starego klasztoru, zarośnięty ogród z wiekowym sadem, zjawa żywcem pogrzebanej mniszki oraz zawodząca po nocach upiorna Banshee to tło kolejnej powieści Charlotte Brontë. "Villette" zawiera najwięcej wątków autobiograficznych ze wszystkich dzieł, które wyszły spod pióra Charlotty, powieść zrodziła się z doświadczeń zebranych podczas długiego, samotnego roku, spędzonego przez autorkę na pensji w Brukseli, z dala od Haworth i rodzeństwa. Tym samym oddaje pisarka część siebie głównej bohaterce Lucy Snowe, z kolei Monsieur Paula obdarowując cechami brukselskiego nauczyciela Constantina Héger, swojej niespełnionej miłości.

Czternastoletnią Lucy Snowe poznajemy w zamożnym domu matki chrzestnej Pani Bretton i jej nastoletniego syna Grahama, spokojne wspólne wieczory przy kominku urozmaica przybycie kolejnego gościa Pauliny Home. Mała Polly i Graham stają się, mimo sporej różnicy wieku, towarzyszami zabaw i obiektami niekończących się obserwacji Lucy.
Dał mi tę książkę Graham; opisuje ona dalekie kraje, do których trzeba bardzo długo jechać z Anglii; żaden podróżnik nie może dostać się tam nie przepływając tysięcy mil po morzach. W krajach tych mieszkają dzicy ludzie, wie pani? Ubierają się zupełnie inaczej niż my, niektórzy z nich nie noszą prawie żadnego ubrania, bo chcą, żeby im było chłodno. Tam u nich, widzi pani, jest strasznie gorąco. [...] - A tutaj - dodała - są obrazki jeszcze zadziwiajątsze - w zapale opowiadania zapomniała o prawidłach gramatycznych. - O, tutaj, widzi pani, jest ten cudowny Wielki Mur Chiński; a tutaj chińska pani; ma nóżki jeszcze mniejsze niż moje. A tutaj dziki koń tatarski... O, a tutaj coś jeszcze dziwniejszego niż wszystko - kraj samych śniegów i lodów, bez zielonych pól, ogrodów i lasów. W tym kraju znaleziono kości jakiegoś mamuta: teraz nie ma tam mamutów.
Prawie dekadę później, po niewyjaśnionej już do końca powieści "rodzinnej katastrofie", Lucy zmuszona jest sama zadbać o swój los, dlatego podejmuje się trudnej pracy opiekunki schorowanej panny Morchmont.
Zapomniałam o istnieniu pól, lasów, jezior, mórz i wciąż zmieniającego się nieba poza oślepłymi, zachodzącymi wciąż od nowa parą szybami okiennymi pokoju chorej.
Po śmierci podopiecznej, główna bohaterka w poszukiwaniu nowego dachu nad głową opuszcza rodzinną Anglię. Wymyślone na potrzeby powieści miasteczko Villette i pensja dla dziewcząt Madame Beck, stają się nowym życiowym portem dla Lucy Snowe.

Pensja Madame Beck zajmująca stary budynek poklasztorny, nie różni się od innych XIX - wiecznych szkół, znanych nam z filmów i literatury. W otoczeniu zmurszałych murów udzielane są za opłatą, lekcje z zakresu między innymi: literatury, historii, geografii, języków obcych, muzyki, religii oraz szycia dla młodych panienek z zamożnych domów, bądź wspieranych przez lepiej sytuowanych krewnych. Wspólny pokój nauczycielek i uczennic i surveillance, czyli ciągły nadzór, w tak surowej postaci obecny współcześnie już tylko w zakładach karnych, skutecznie odbierały młodym kobietom prywatność. Nad pensją Madame Beck unosi się legenda o duchu mniszki, pogrzebanej w ogrodzie, a w jak najbardziej namacalnej postaci, po korytarzach krąży nie mniej demoniczna przełożona, obserwując i przeszukując podopieczne i podwładne.

W tym zamkniętym światku przychodzi odnaleźć się Lucy Snowe, która obejmuje posadę nauczycielki języka angielskiego, pośród francuskojęzycznych, katolickich uczennic o nieco odmiennej od angielskiej mentalności, z trzpiotowatą Ginevrą Fanshave na czele, która z Miss Snowe robi swoją powiernicę. Lucy jako niezłomna protestantka, surowo ocenia swoje otoczenie, pobyt w Villette jest dla młodej kobiety zrozumiałym szokiem kulturowym.

Pierwsze trudne miesiące pracy, kończą się załamaniem nerwowym, paradoksalnie dzięki temu upadkowi, los uśmiecha się do Lucy, samotność rozprasza spotkanie po latach Pani Bretton i jej syna, miejscowego lekarza. Zaangażowanie w życie towarzyskie Villette oraz coraz wyraźniej okazywane zainteresowanie nauczyciela Monsieur Paula, stanowią dopływ świeżego powietrza do życia Lucy.

"Villette" jest chyba najbardziej złożoną i wielowymiarową z powieści Charlotte Brontë, które czytałam, poza interesującym światem wiktoriańskich pensji dla dziewcząt, w powieści udało się zamknąć ducha opisywanej epoki, odmalować całą paletę charakterów postaci, ich sposób myślenia przed wiekami oraz miniatury wiktoriańskiej codzienności kobiet. Stworzyć fascynujący obraz życia Lucy Snowe, która pozbawiona domu i rodziny, szuka sposobu na przetrwanie w XIX - wiecznych, niesprzyjających samotnym kobietom realiach.

W "Villete" pojawiają się również elementy charakterystyczne dla powieści gotyckiej. Dwoistość charakteru głównej bohaterki, angielskie opanowanie jako maska dla świata w którym żyje, w oczach uczennic panna Snowe jest tylko posępnym cieniem i głęboko ukryta druga, targana namiętnościami natura, o której wie tylko czytelnik, zaś domyśla się jej istnienia Monsieur Paul. I ta mroczna aura, znak firmowy pisarek z Haworth i przemykające pomiędzy akapitami zjawy zamieszkujące klasztorny strych oraz pośredniczka między krainą zaświatów, a ludźmi, zwiastunka śmierci, mityczna Banshee, rodem z irlandzkich podań ludowych:).
Trzykrotnie w czasie mojego życia pouczył mnie bieg wypadków, że dziwne owe odgłosy burzy - ów nieustannie powtarzający się jęk beznadziejny zapowiada stan atmosfery niesprzyjającej życiu. Doświadczenie wszczepiło mi wiarę w to, że wybuchy epidemii zapowiadane bywają często przez taki boleśnie jękliwy, łkający, zawodzący wiatr wschodni. Stąd może, jak wywnioskowałam, powstała legenda o Banshee.
Villette. ( 1853 r. )
Charlotte Brontë
Świat Książki, Warszawa 2011, tom I - 319 str., tom II - 367 str.

Jane Eyre. 

sobota, 10 sierpnia 2013

Blask księżyca rzucał długie smugi światła na ośnieżone zbocze góry, po którym wspinały się mozolnie trzy postacie. Skarby śniegu. Patricia St. John.

Być może szaleństwem jest, przy dzisiejszym upale, opowiadać Wam o wieczorze wigilijnym sprzed kilkudziesięciu lat w maleńkiej wiosce zagubionej w alpejskich górach. Przy prawie 40 - stopniowym skwarze trudno będzie mi wyczarować na potrzeby tego posta, chociaż odrobinę smutków i radości, jakie towarzyszyły tego dnia bohaterom "Skarbów śniegu", książki o której chyba już tylko ja pamiętam:).

Chociaż w "Skarbach śniegu" odnajdujemy wszystkie cztery pory roku w alpejskim, bajkowym wydaniu, wydarzenia przełomowe dla bohaterów tej krótkiej historii mają miejsce pod opiekuńczym blaskiem betlejemskiej gwiazdy. To podczas wigilijnej nocy umiera matka Anette, a kilka godzin wcześniej na świat przychodzi jej brat - Dani, którego najczulszą opiekunką staje się siedmioletnia dziewczynka.

Dla młodszego brata porzuca chwilowo szkołę Anette, nad dalszą, domową edukacją wnuczki czuwa wiekowa babcia, a nad całą rodziną Burnierów, pracujący na skromnym, górskim gospodarstwie ojciec. Pierwsze lata życia Daniego upływają na beztroskiej zabawie w wyjątkowo pięknych okolicznościach przyrody, pośród alpejskich łąk i lasów, w rytmie narzucanym przez kolejne pory roku, pośród mądrych opiekunów. Miejsce akcji odtworzyła Patricia St. John z własnych dziecięcych wspomnień:
Kiedy byłam małą dziewczynką, wraz z rodziną wyjechałam na kilka lat do Szwajcarii. Mieszkałam tam w dokładnie takiej samej chatce, w jakiej mogli mieszkać Anette i Dani. Zimą zjeżdżałam sankami do wiejskiej szkoły, a latem pomagałam przy zbiorach siana; tak jak oni wędrowałam ze stadem na górskie pastwiska i spałam w stogach. W wigilię Bożego Narodzenia razem z innymi dziećmi szłam do kaplicy, by zobaczyć drzewko ozdobione pomarańczami i niedźwiadkami z piernika. Podobnie jak Dani miałam białego kotka o imieniu Kacper, a mój mały braciszek często jeździł wózkiem, do którego zaprzężony był wielki bernardyn.
Najbliżsi sąsiedzi Burnierów to szkolny kolega Anette - Lucien, mieszkający z siostrą - Marie oraz owdowiałą matką w skromnej chatce. Zbuntowany i krnąbrny Lucien, obarczony ciężką pracą na roli i na różne sposoby próbujący wymigać się od uciążliwych obowiązków, nie przepada za ulubieńcami całej okolicy, młodymi Burnierami.

Konflikt Luciena z Anette, zaogniający się z winy uporu obojga, kończy się tragicznie dla Daniego. Przepychanki nad wąwozem, późniejszy upadek i kalectwo Daniego, zmieniają dziecięcą niechęć w nienawiść. Lucien potępiony i odrzucony przez mieszkańców małej górskiej osady, szuka ukojenia w rzeźbieniu, lekcji rzemiosła udziela mu tajemniczy mieszkaniec ukrytej w lesie chaty. Stary rzeźbiarz staje się duchowym przewodnikiem Luciena, poświęca mu czas i okazuje wsparcie, którego tak bardzo chłopcu brakowało.
Wychodząc z lasu, zauważył pomarańczowe światła w oknach chat, ciepłe i witające wędrowców. Świerszcze śpiewały wieczorną pieśń na polach, a świeżo ścięte siano pachniało mocno. Cienki rogalik księżyca oświecał czarne wierzchołki sosen - i było tak, jak to powiedział starzec - noc obdarowała swoim pięknem i spokojem, zarówno dobrych, jak i złych ludzi.
Kluczem do zrozumienia, co pod sielską, zasypaną śniegiem powłoką chciała przekazać autorka młodym czytelnikom, jest zwrócenie uwagi na rok wydania książki oraz zapoznanie z biografią pisarki. Patricia St. John wychowana w głęboko religijnej rodzinie, wybrała zawód najpierw nauczycielki, potem misjonarki w Maroko. Podobnie jak w życiu, również w swoich książkach, świat Paricii St. John był solidnie osadzony w chrześcijańskich wartościach. Stąd "Skarby śniegu" są po części religijnym traktatem o przebaczeniu i odkupieniu win w duchu chrześcijańskim.

Na pytanie dlaczego w opowieści dla dzieci zajęła się pisarka tak trudnym tematem, odpowie czytelnikowi data wydania książki. "Skarby śniegu" ukazały się w roku 1950, po wojennej zawierusze to właśnie przebaczać musiały od nowa nauczyć się narody wyniszczone psychicznie i fizycznie przez wojnę. Autorka obserwując próby scalania rodzin żołnierzy, którzy po powrocie do domów z frontu, nie zawsze odnajdowali, pozostawioną przed wyprawieniem się na wojenną tułaczkę sytuację rodzinną, postanowiła nadać historii o Anette, Danim i Lucienie właśnie takie przesłanie.

Mam dużą słabość do historii osadzonych w górskich krajobrazach: napisana piękną góralską gwarą "Szkoła nad obłokami" Marii Kownackiej, "Bella i Sebastian" i książka Patricii St. John to zdecydowanie moje ukochane książki z dzieciństwa. "Skarby śniegu" pokazują, jak wyglądało wiele lat temu życie farmerów w cieniu potęgi gór, jak pory roku wyznaczały rytm prac gospodarskich, jak zimą zamierało życie w górskich osadach, do tych fragmentów wracam bardzo często:
W Szwajcarii, kiedy trawa wyrastała bujnie na polach, krowy wypędzane były na wyższe pastwiska na całe lato. W tym czasie trawa w dolinach mogła rosnąć spokojnie, by potem służyć za pokarm zimą. Farmerzy szli ze swoimi stadami i mieszkali latem w górskich szałasach, podczas gdy kobiety z dziećmi pozostawały w domach. Jednakże tego jedynego dnia, gdy stada wyruszały w góry, wszyscy hodowcy wraz ze swoimi rodzinami podążali za zwierzętami i spędzali jeden dzień w górach, zakwaterowując krowy w ich nowym mieszkaniu.
Kojąca i nie starzejąca się książka dla dzieci, pachnąca świeżo skoszonym sianem i gorącą czekoladą, popijaną jesienią przez głównych bohaterów, baśń wigilijna o mozolnych próbach odkupienia winy, do której najlepiej zajrzeć w okolicy grudnia, chociaż opisy alpejskiej zimy przyjemnie chłodzą, więc może i rozpalony sierpień nie jest najgorszym czasem na lekturę "Skarbów śniegu":).

Skarby śniegu. ( Treasures of the Snow. )
Patricia St. John
Oficyna Wydawnicza "Vocatio"
Warszawa 1994, 194 str. ( cytat z tytułu posta znajduje się na str. 9 książki )

sobota, 6 kwietnia 2013

Niewielu ludzi kręciło się po ulicy, albowiem była to noc do przesiadywania w domowych pieleszach i tłoczenia się przy ogniu. Siostrzyca. John Harding.

Książka na zimowe wieczory nie musi obrazować uroków i utrapień minionej pory roku, zbędne są podmuchy zimowych wichrów oraz sypiący gęsto śnieg. Zimowej książce nie może natomiast zabraknąć klimatu grozy i tajemnic, starej rezydencji, biblioteki z milionem nieprzeczytanych książek oraz szeptów i postaci snujących się po niekończących się mrocznych korytarzach. To dlatego zimą dobrze czyta się gotyckie powieści. Styczniowe wieczory wypełniała mi lektura pełnej gotyckich motywów "Siostrzycy" Johna Hardinga.

Podupadająca rezydencja Blithe w dziewiętnastowiecznej Nowej Anglii to dom tajemnic, zamieszkiwany przez naprędce wynajętą służbę i osierocone rodzeństwo Florence i Gilesa. Dzieci spędzają czas włócząc się po opustoszałych pokojach i korytarzach, pozostawieni sami sobie budują swój zamknięty świat, broniąc do niego dostępu dorosłym.

Na ten ogrom pustego, mrocznego domu i szereg tajemniczych wydarzeń mających miejsce w Blithe, spogląda czytelnik oczami dwunastoletniego osamotnionego dziecka, Florence, która za cel obrała sobie ochronę młodszego brata przed istniejącymi i wyimaginowanymi zagrożeniami. Szeptem opowiadana jest ta historia z dreszczykiem, szeptem opowiada Flo o tajemniczej śmierci pierwszej guwernantki, o swojej miłości do książek i o zakazie kształcenia nałożonym na nią przez wuja - jedynego żyjącego krewnego rodzeństwa.

Narracja pierwszoosobowa Florence od pierwszych stron zaskakuje, wzbogacona została bowiem o barwne neologizmy, dziewczynka sama uczyła się czytać i stworzyła osobliwy język. W miarę jak unosimy się na fali opowieści, nocąchodzenia i bibliotekowania przestają dziwić, przechodząc w przyjemną melodię tej książki. Za ten język, za spędzanie wielu godzin w bibliotece rezydencji Blithe i samodzielne złamanie szyfru słów nie sposób głównej bohaterki nie polubić.
Pospieszyłam dalej i znalazłam się w bibliotece, gdzie rzuciłam się na mój ulubiony fotel, wykończona grozą sytuacji.  I gdy już półleżałam, mój wzrok powędrował ku ścianie nad kominkiem i zobaczyłam To. Oczywiście, połowę życia spędzając w tym pokoju, patrzyłam na ten przedmiot tysiące razy - najprawdopodobniej największe zwierciadło w całym domu. Do pewnego stopnia zawsze je uwielbiałam, z czego teraz zdałam sobie sprawę, ponieważ zawierało w sobie drugi, identyczny do tego, umiłowany przeze mnie pokój i wystarczyło jedno zerknięcie, by ilość książek natychmiast się podwoiła.
Z każdą stroną czytelnik traci jednak zaufanie do sądów Flo, i właśnie na tej trudności w rozszyfrowaniu tego nieprzeciętnie inteligentnego dziecka opiera autor konstrukcję swojej powieści. Imiona głównych bohaterów, rezydencja Blithe i tajemnicza śmierć pierwszej guwernantki to nie są nowe motywy w literaturze. John Harding "Siostrzycą" nawiązuje do powieści "W kleszczach lęku", do Flory i Milesa, angielskiej rezydencji Blithe stworzonych w wyobraźni pisarza przełomu XIX i XX wieku Henry'ego Jamesa.

Jedyną rzeczą której brakowało mi czytając "Siostrzycę", była zabójczo trafna okładka wydania brytyjskiego, która najlepiej oddaje klimat powieści Johna Hardinga, pobudza wyobraźnię dreszczykiem grozy i stanowi doskonałe tło dla opowieści. I to przerażające spojrzenie Florence. Z przyjemnością zobaczyłabym "Siostrzycę" w takim wydaniu w swoim księgozbiorze.
Siostrzyca. ( Florence and Giles )
John Harding
Wydawnictwo Mała Kurka 2011, 287 str.

sobota, 21 lipca 2012

Pierwsze lekcje w sztuce kształcenia. Agnes Grey. Anne Brontë.


W zamożnych domach wiktoriańskiej Anglii nie mogło zabraknąć młodej damy pełniącej rolę guwernantki. Wykształcone, niezamężne córki duchownych lub ubogich arystokratów, nie mogąc liczyć na finansową pomoc krewnych, często podejmowały pracę nauczycielek domowych, jedyną posadę, która w tamtych czasach umożliwiała im zachowanie należnej córkom gentlemanów pozycji społecznej. Często niewiele starsze od swoich podopiecznych miały trudności z wyrobieniem sobie odpowiedniego pedagogowi autorytetu. Pozycja guwernantki na dworze była mocno niedookreślona, w hierarchii pozostawiały daleko w tyle służące, jednak brak majątku degradował je w kontaktach z pracodawcami. O kulisach wykonywania tego zawodu w XIX wieku opowiada książka Anne Brontë "Agnes Grey".
***
"Agnes Grey" to zachwycająco staroświecka powieść o losach młodziutkiej guwernantki. Książka jest niemal wiernym zapisem doświadczeń autorki Anne Brontë, która przez kilka lat wykonywała trudny zawód nauczycielki domowej w XIX-wiecznej, wiktoriańskiej Anglii. Główną bohaterkę Agnes Grey wyposażyła Anne we własne zalety duchowe i intelektualne, pozostałych bohaterów stworzyła zaś na podobieństwo swoich przełożonych z Blake Hall, czyli pierwszego domu, w którym autorka podjęła się kształcenia dwójki dzieci państwa Ingham. "Agnes Grey" to także doskonała powieść o kobietach w wiktoriańskiej Anglii, tych zamożnych skupionych na życiu dworu i ubogich, które nauczaniem zarabiały na swoje utrzymanie.
Agnes Grey jest najmłodszą z dwóch córek anglikańskiego pastora, zubożałego na skutek nieudanych inwestycji finansowych.
Jakże radosne chwile pędziłyśmy wraz z Mary, siedząc przy kominku nad naszymi robótkami, błąkając się po przystrojonych wrzosem wzgórzach albo próżnując pod naszą płaczącą wierzbą ( jedynym wysokim drzewem, które rosło w naszym ogrodzie ) i rozmawiając o czekającym nas szczęściu, o tym, co będziemy robili, co zobaczymy i co będziemy posiadali - podczas gdy jedyny fundament naszego rozmarzenia stanowiły nadzieje na bogactwo, które miało spłynąć na nas dzięki pomyślnemu wynikowi spekulacji zacnego kupca.
Rozbudzone nadzieje na zabezpieczenie losu córek i ukochanej żony toną wraz ze statkiem przewożącym skromny kapitał pastora. Aby poprawić sytuację finansową rodziny, wykształcona pod czujnym okiem matki Agnes podejmuje pracę guwernantki w domu państwa Bloomfield. Pierwsza praca przynosi Agnes niewiele radości, próby przekazania dzieciom podstawowych wartości duchowych i moralnych nie przynoszą zachwycających rezultatów, codzienna niemal fizyczna walka z rozpieszczoną gromadką i utarczki słowne z panią domu kończą się po kilku miesiącach, kiedy nasza bohaterka z ulgą przyjmuje wypowiedzenie jej posady. W kolejnym miejscu pracy, Horton Lodge państwa Murray, Agnes zajmuje się dwiema młodymi damami, które przygotowuje do debiutu w wyższych sferach. Przez dwa lata usiłuje guwernantka okiełznać charaktery swoich podopiecznych i przekazać im solidną porcję wiedzy potrzebną bogatym damom, tym razem jej wysiłki uwieńczone są drobnymi sukcesami. Horton Lodge jest miejscem przełomowych dla Agnes Grey wydarzeń, dziewczyna mimo, że niedoceniana przez pracodawców i ignorowana przez ich wytwornych gości, odnajduje się w działalności dobroczynnej, odwiedzając ubogich mieszkańców okolicznych wiosek. To właśnie w Horton Lodge poznaje Agnes młodego wikarego, dzięki któremu w sercu samotnej guwernantki kiełkuje nadzieja na miłość.
Obawiałam się trochę, czy książka najmłodszej z sióstr Brontë uznawanej za obdarzoną najmniej bogatą wyobraźnią przypadnie mi do gustu. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, "Agnes Grey" to opowiedziana pięknymi słowami, wciągająca historia, zaskakująca odważnym przedstawieniem zamkniętego świata wiktoriańskich ziemian. Pomiędzy wierszami unosi się zapach dogasających świec i starych książek w szkolnym pokoju i słychać szelest długich sukien angielskich dam. "Agnes Grey" przenosi nas w czasie i umożliwia spacer z książką po dworskim parku, podróże powozem i oddaje niepowtarzalny klimat epoki wiktoriańskiej. I to wydanie z wyjątkowo udaną okładką, która sprawia, że na długo po przeczytaniu książki, chętnie ściągam mój egzemplarz "Agnes Grey" z półki i spoglądam na niego, jak na najpiękniejszy obraz:).

Richard Redgrave "The governess" 1844 r.
Agnes Grey. ( 1847 r. )
Anne Brontë
Wydawnictwo MG,  Kraków 2012, 232 str.

czwartek, 5 lipca 2012

Siostry Brontë.


Podczas wizyty w księgarni wypatrzyłam na półce "Agnes Grey" Anny Brontë, niewielką książkę z piękną okładką utrzymaną w ciemnej tonacji, bardzo stylową i klimatyczną. Ponieważ dawno temu postanowiłam nie robić pochopnych zakupów, z księgarni wyszłam bez pierwszego polskiego wydania książki Anny Brontë, chociaż ciekawość paliła mnie równie mocno, jak popołudniowe słońce w ostatnich dniach. To niedopatrzenie oczywiście bardzo szybko nadrobiłam w domu, zamawiając książkę przez internet:). Oczekiwanie na przesyłkę, skróciłam sobie przeglądając biografie sióstr Brontë i oglądając dostępne w internecie filmy dokumentalne na ich temat, przejrzałam również swoje poprzednie posty o "Jane Eyre" i "Na plebanii w Haworth". W tych filmowych poszukiwaniach dokopałam się do roku 1979 i francuskiego filmu biograficznego "Siostry Brontë" w reżyserii André Téchiné .
Film fabularny rządzi się oczywiście swoimi prawami i zawiera kilka elementów niezgadzających się z prawdziwą biografią sióstr z Haworth, pewne wątki dodano, pewne pominięto, można mieć również zastrzeżenia do obsady, Emilię zagrała Isabelle Adjani, pozostałe dwie siostry zagrały dwie równie piękne francuskie aktorki, chociaż uroda samych pisarek była przecież dość dyskusyjna. Siostry Brontë, jak pokazują ich obrazy, były ładnymi kobietami, ale nie były wybitnymi pięknościami jak Isabella Adjani, Isabelle Huppert i Marie-France Pissier.
Dla ubarwienia fabuły dodano również płomienny romans, pomiędzy Branwellem i matką dzieci, których był guwernerem. To właśnie w dniu, w którym dama serca mimo, że miejsce u jej boku zwolniło się po śmierci męża, odrzuca zaloty Branwella Brontë, rozpoczyna się historia jego upadku i uzależnienia od opium.
Koleje losów sióstr Brontë są wyraźnie zaznaczone: praca guwernantek, wyjazd do Brukseli i plany otwarcia pensji w Haworth, pierwsze sukcesy literackie i choroba Emilii. Film rozpoczyna się od scen w salonie plebanii, który jest wiernym obrazem fotografii z muzeum w Haworth, w niewielkim ciemnym pomieszczeniu Anna i Charlotta zapisują swoje myśli, dyskutują o przeczytanych książkach i zastanawiają się jak potoczą się przyszłe losy ich rodzeństwa. W tym czasie Emilia spaceruje po ponurych wrzosowiskach, jej postaci w filmie nadano jakiś rys szaleństwa, zaczerpnięty zapewne z napisanych przez nią "Wichrowych wzgórz". Branwell spędza czas w znajdującej się nieopodal gospodzie. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów "Agnes Grey" skojarzyłam, że filmowe dialogi tworzą te wyjęte fragmentami z książek sióstr Brontë.
Pomimo kilku naprawdę drobnych zastrzeżeń, całość bardzo mi się podobała: nastrój, sceneria wrzosowisk i starej plebanii z widokiem na cmentarz, wnętrza i stroje z epoki wiktoriańskiej, ukazanie jak radziły sobie siostry w brukselskiej szkole i jako guwernantki. Film jest nagrany wiele lat temu, więc można mu sporo wybaczyć. Całość to kawałek dobrego kina i powinien spodobać się miłośniczkom prozy sióstr Brontë.

Siostry Brontë. ( Les Soeurs  Brontë. ) reż. André Téchiné, 1979 r.

środa, 6 czerwca 2012

Tajemnica domu na wzgórzu i moje czytanie od kuchni.

Seriale BBC chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać swoim bogactwem: ilością zekranizowanych powieści, jakością, dbałością o detale. Z wielkim zaskoczeniem odkryłam pośród nich kolejną perełkę, serial "Tajemnica domu na wzgórzu", który jest ekranizacją, przetłumaczonej ostatnio na język polski powieści "Lokatorka Wildfell Hall" Anny Brontë. Nie miałam pojęcia, że książkę przeniesiono na ekran. Powieści jeszcze nie czytałam, planuję dopiero jej zakup w najbliższym czasie, a obejrzenie serialu tylko podsyciło moją chęć sięgnięcia po książkę.
Główna bohaterka, Helen Graham osiedla się wraz z kilkuletnim synem w starym, zniszczonym dworze Wildfell Hall w Yorkshire. Jest wiek XIX, samotna kobieta budzi zainteresowanie sąsiadów nieznających jej przeszłości. Helen nosi żałobę, zostaje więc uznana za wdowę. Aby utrzymać siebie i syna Arthura, maluje i sprzedaje swoje obrazy.
Widoczna niechęć Helen do zacieśniania sąsiedzkich więzów, śmiałe poglądy wypowiadane w towarzystwie i tajemniczy mężczyzna odwiedzający dwór Wildfell Hall wieczorami, podsycają niezdrową ciekawość sąsiadów, co do przeszłości głównej bohaterki.
Gilbert Markham, zafascynowany nową mieszkanką okolicy, jako pierwszy zdobywa zaufanie Helen, to jemu zwierza się ze swojej przeszłości, wyjaśnia powody dla których opuściła swojego męża.
Serial został bardzo dobrze obsadzony. Gilberta zagrał Toby Stephens, znany z serialu "Jane Eyre", wymarzony bohater powieści sióstr Brontë, obdarzony tajemniczym, odrobinę mrocznym typem urody. Helen zagrała Tara Fitzgerald, której naturalnie piękną twarz wyeksponowali, zamiast ukrywać pod mocnym makijażem, twórcy serialu. Zadbano o każdy drobiazg, piękne kostiumy i fryzury z epoki, wnętrza, krajobrazy. Podniszczone meble i popękane ściany Wildfell Hall podkreślają delikatny urok tego miejsca i dodają mu autentyczności. Dopracowana całość sprawia, że oglądającemu serial widzowi wydaje się, że przeniósł się w czasie, na XIX wieczną angielską prowincję:).

Tajemnica domu na wzgórzu. ( The Tenant of Wildfell Hall. ) reż Mike Barker, 1996 r.
***
Zostałam zaproszona przez Bubisę, autorkę bloga "Moje życie na wsi", na który z przyjemnością zaglądam, do wzięcia udziału w zabawie o czytaniu. A, że zabawa polega na udzieleniu odpowiedzi na kilka mało kłopotliwych pytań dotyczących jednego z moich ulubionych, bo książkowych tematów, poniżej prezentuję swoje odpowiedzi:):).
O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Najczęściej czytam przed snem, czasem urządzam sobie leniwe popołudnie z książką, jeśli mogę sobie na to pozwolić. W ciągu dnia zdarza mi się czytać w tramwaju i autobusie oraz w poczekalniach, jestem niecierpliwa i książka pomaga mi lepiej znosić ból oczekiwania:).
W jakiej pozycji najchętniej czytasz?
Na siedząco, najchętniej na leżaku balkonowym z kopytkami ułożonymi elegancko na podnóżku, ale nie zawsze obowiązki i pogoda pozwalają na taki luksus. Zimą i jesienią czytam na fotelu lub na łóżku, opatulona i otoczona kocami i poduszkami, zniesionymi z całego domu, przy świetle wszystkich pokojowych lampek. Lubię się krzątać po domu i ogrodzie, dlatego kiedy jestem na wsi, często czytana książka wędruje ze mną od leżaka do stolika przed domem, poprzez ogrodową huśtawkę, pergolę z ławeczką w sadzie i z powrotem do domu, potem wieczorem usiłuję sobie przypomnieć gdzie ją porzuciłam ostatnio:).
Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Zależy od nastroju i od tego, co akurat wpadnie mi w ręce. Lubię dobrą fantastykę, kryminały, najchętniej skandynawskie, bo ten rejon świata najbardziej mi się podoba z jego mroźnym klimatem, nie pogardzę dobrą książką dla dzieci, lubię albumy i książki opowiadające o przyrodzie, książki historyczne, lub takie osadzone w czasach zamierzchłych, książki o polskich tradycjach, o życiu codziennym naszych przodków i klasykę literatury angielskiej, rosyjskiej, francuskiej i polskiej, bo na niej trudno się zawieść.
Jaką książkę ostatnio kupiłaś-otrzymałaś?
Moje ostatnie zakupy książkowe to "Ania ze Złotego Brzegu", "Ania z Avonlea" Lucy Maud Montgomery, "Siedlisko" Janusza Majewskiego i "Taniec ze smokami" Georga R.R. Martina.
Co czytasz obecnie?
Aktualnie jestem w trakcie czytania "Siedliska" Janusza Majewskiego i jestem zachwycona tą książką. Czytam ją powolutku, delektując się każdym słowem:).
Używasz zakładek czy zaginasz rogi?
Rogów nie zaginam, bo to paskudny i niszczący dla książek zwyczaj. Używam pocztówek, których sporo się w moim domu nazbierało, mam też kilka zakładek, ale nie mam ulubionych.
E-book czy audiobook?
Czytam głównie książki w wersji papierowej, ale zobaczymy co przyszłość pokaże, nie opieram się nowym technologiom.
Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Te książkowe początki chyba wszyscy mamy podobne: uwielbiałam i nadal darzę wielką miłością "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren i książki Lucy Maud Montgomery. Z tych nieco mniej znanych, książka o wielkim białym psie, którego chciałam i nadal chcę mieć, czyli "Bella i Sebastian" Cécile Aubry i piękna górska opowieść "Skarby śniegu" Patricii St. John.
To już wszystko na dzisiaj, więc pozdrawiam cieplutko i życzę słonecznego końca tygodnia:).

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Co człowiek ma robić kiedy świat mu się skończy? Tajemnica dworu w Stornham. Frances Hodgson Burnett.


Dzisiaj znów dwór w tytule książki:). Tym razem nie białe cudo, otoczone starymi wierzbami i parkiem w zielonej nadwiślańskiej krainie tylko posępne, angielskie, kamienne domiszcze w osnutym mgłą, wyspiarskim krajobrazie, które dopiero w miarę rozwoju  historii, pięknieje ze strony na stronę.
Autorka "Tajemnicy dworu w Stornham" znana jest głównie ze swojej twórczości dla najmłodszego czytelnika. Kultowy "Tajemniczy ogród" rozpoczynał moją przygodę z czytaniem i wyrobił we mnie obraz ogrodu idealnego: zarośniętego, ukrytego za wysokim murem i żywopłotami, pełnego żywotnych, wieloletnich i odpornych roślin, które śmiało radzą sobie i bez opieki człowieka. Te wzorce staram się ożywić w moim ogrodzie, z mniejszym lub większym powodzeniem:). "Mała księżniczka", jej animowana, filmowa i książkowa wersja to również część historii mojego dzieciństwa. Do dziś mam wielki sentyment do imienia głównej bohaterki, Sara to chyba jedno z najpiękniejszych imion, jakie można nadać młodej damie, i do filmowej, stareńkiej wersji z Shirley Temple w roli głównej. Później przyszła pora na "Małego lorda" i na tej książce zamknęła się moja znajomość literatury pióra Frances Hodgson Burnett.
Pośród tych znanych powieści, odnalazłam na bibliotecznym regale tytuł kompletnie mi obcy, kolejną miłą niespodziankę, niesłusznie umieszczoną w dziale dla najmłodszych. "Tajemnica dworu w Stornham" to powieść napisana dla dorosłego czytelnika, poruszająca problem zależności kobiet od mężczyzn występujący pośród skostniałej, angielskiej arystokracji w początkach wieku XX.
Zubożały arystokrata, Nigel Anstruthers wyrusza do Stanów Zjednoczonych, aby znaleźć majętną, amerykańską żonę. Rozalia Vanderpoel młodziutka, naiwna i delikatna córka, bogatego kupca, staje się szybko obiektem jego starań. Przy zgodzie rodziców dziewczyny i jawnym sprzeciwie młodszej siostry, Betty, Rozalia i Nigel biorą ślub i udają się do Anglii, do włości pana młodego, zdewastowanego dworu w Stornham.
Już pierwsze tygodnie małżeństwa, obnażają podły charakter lorda Anstruthers, Rozalia dotąd otoczona wyłącznie miłością, trafia w szpony chciwego męża i okrutnej teściowej, traci kontakt z rodziną, na długie lata staje się więźniem Stornham i ofiarą złych humorów swojego arystokratycznego męża. Kiedy Rozalii wydaje się, że jej życie zakończyło się w dniu przekroczenia bram starego dworu, jej dorastająca siostra Betty planuje wizytę w Anglii i poznanie powodów dla których starsza z sióstr zerwała kontakty z rodzicami.
Betty, ciemnowłosa i wykształcona w najlepszych europejskich szkołach piękność, wsiada na pokład statku Meridiana i wyrusza do Stornham. Podczas zderzenia pasażerskiego statku z tankowcem poznaje tajemniczego pasażera drugiej klasy, który kilka rozdziałów później okazuje się sąsiadem lady Anstruthers.
Ogrody i dwór Stornham robią na Betty jak najgorsze wrażenie, radykalne zmiany w wyglądzie i zachowaniu zalęknionej Rozalii i jej syna Ughtreda, wyjaśniają lata milczenia siostry. Betty angażuje się w remont dworu i przywrócenie do życia zaniedbanych ogrodów i próbuje znaleźć sposób na uwolnienie siostry i siostrzeńca spod wpływów lorda Anstruthers. W międzyczasie sama się zakochuje w Mount Dunstanie, właścicielu sąsiadującego z ziemiami szwagra dworu.
Kiedy ktoś spędza wszystkie dni swego życia sam jeden w ogromnym domostwie, może to przyprawić go o melancholię. Wie, że za zamkniętymi drzwiami są setki ciemnych pokoi, natyka się na opuszczone schody, na korytarze, którymi od dawna nikt nie przechodził. Z portretów spoglądają tak dziwnie, jakby widziały rzeczy, których śmiertelnik nie dostrzeże, oczy dawno zmarłych mężczyzn i kobiet. Mount Dunstan sypiał w ogromnym łożu z kolumnami. W tej oddalonej komnacie mógł umrzeć lub zostać zamordowany, nim zdołałby przywołać z sutereny parę służących. Kiedy późno wieczorem przygotowywał się do snu przy migotliwych świecach, wokół panowała martwa cisza grobowca, a noc jest groźniejsza w swej ciszy od dnia. Czasami prawie wierzył we własne fantazje, że wokół bezszelestnie krążyły istoty, które wcale nie pragnęły pozostać w świecie zmarłych. Sam je wybierał z portretów rodzinnej galerii...śliczne, beztroskie, kapryśne kobiety...i pełnokrwistych, śmiałych, awanturniczych mężczyzn. Wyobrażał sobie, że nienawidzą kamiennych sarkofagów i poprzez szarą mgłę przedzierają się ku światu, w którym pragnęły kochać, rozmawiać i stać się widzialne. Nie miały ciała ani głosu, a zamknięte drzwi nie poddawały się ich rękom. Lecz i tak wracały...wciąż wracały. I czasami można było usłyszeć w korytarzu szmer, szelest czy skrzypnięcie; czasami też czuł, że za drzwiami ktoś czeka.
"Tajemnica dworu w Stornham" to powieść zaskakująca, na przemian trzymająca w napięciu i rozleniwiająca długimi, pozornie spokojnymi dialogami. Są w niej elementy, dzięki którym bezbłędnie rozpoznalibyśmy autorkę "Tajemniczego ogrodu", zaniedbany ogród, podupadający dwór, spacery głównych bohaterów z ogromnymi mastiffami, psami rasy lubianej na angielskich dworach i w książkach Frances Hodgson Burnett, konne przejażdżki, pojawia się nawet pewien uroczy rudzik:).
Na rozkołysanej gałązce młodego drzewka w pobliżu okalającego park żywopłotu zaśpiewał rudzik. Mount Dunstan przystanął zasłuchany. Przed chwilą przestał kropić deszczyk, a słońce przebiło się przez chmury, wywołując kaskadę radosnych ptasich trelów. Pokryte kroplami rosy trawy i paprocie lśniły młodą zielenią, świeże listeczki na drzewach zdawały się rozwijać w oczach, a bogata, wilgotna ziemia pachniała oszałamiająco. Jaskrawo ubarwiony w strój godowy rudzik pochylił dziobek aż do rdzawej piersi, nastroszył piórka i wydymając gardziołko zaśpiewał krótką, wesołą, śliczną melodyjkę. Wyczuwało się w niej zuchowatość, szelmowskie propozycje i wabiącą nutkę.
Oprócz tych sielankowych obrazów angielskiej prowincji i rozrywek arystokratów z balami i polowaniami na czele, autorka porusza dużo mniej wygodne tematy, piętnując w swojej powieści niemoralność, fałsz i zepsucie, otoczone bezpiecznym kokonem ze szlacheckich tytułów i majątków, w którym ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości i społecznym potępieniem poszczególni przedstawiciele tej wyższej, angielskiej klasy społecznej.

Tajemnica dworu w Stornham. ( The Shuttle., 1901 r. )
Frances Hodgson Burnett
Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1995, 301 str.

środa, 11 kwietnia 2012

Dom należy do kota. My tylko spłacamy pożyczkę. Kocie opowieści. James Herriot.

Lubię ładnie wydane książki. Z pięknymi okładkami i ilustracjami wewnątrz, które potęgują przyjemność czerpaną z lektury. Taką dopracowaną książką są "Kocie Opowieści" Jamesa Herriota. Ta niewielka książeczka, napisana przez lekarza weterynarii to kilka opowiadań o  kotach, które podczas długich lat praktyki zawodowej spotkał na swojej drodze autor.
James Herriot początkowo miał niewielu kocich pacjentów, w hrabstwie York do zadań weterynarza należała głównie opieka nad dużymi zwierzętami hodowlanymi. Każde spotkanie z kotem i jego właścicielem było na tyle wyjątkowe, że na długo zapadało w pamięć autorowi.
Alfred, kot właściciela cukierni, wytworny i dumny, każdy dzień spędzał pośród klientów niewielkiego sklepiku. Oskar, cudem wyratowany po ciężkich urazach, zadomowił się na niewielkim poddaszu, które zamieszkiwał James Herriot z żoną Helen. Każdego dnia, późnym popołudniem, Oskar udawał się do pubu, na wiejskie zebrania, na spotkanie koła gospodyń wiejskich. Wszędzie tam, gdzie mógł miło spędzić czas pośród tłumów ludzi. To tylko dwa spośród kilku niezwykłych zwierząt, które pojawiły się w opowiadaniach.
"Kocie opowieści" to przede wszystkim książka o miłości do kotów i wielkim szacunku, jakim obdarzali je dwaj bohaterowie cyklu "Wszystkie stworzenia duże i małe": James Herriot i Tristan.
Nawet teraz, kiedy obaj dźwigamy już szósty krzyżyk na karku, często nad kuflem piwa opowiada mi o kocie, który mu od wielu lat towarzyszy. Jest to typowy związek - obaj bez miłosierdzia się oszukują - a jednak oparty na prawdziwym uczuciu.
James Herriot pisze eleganckim, dowcipnym językiem, a "Kocie opowieści" z przyjemnością przeczyta dziecko i osoba dorosła.

Kocie opowieści. ( Cat stories. )
James Herriot
Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002, 158 str.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Wszystkie stworzenia duże i małe. Jeśli tylko potrafiłyby mówić. James Herriot.

W upalny, letni dzień James Herriot, absolwent weterynarii, wyrusza na angielską wieś w poszukiwaniu pierwszej posady. Jest rok 1937, kryzysowy na brytyjskim rynku pracy, znalezienie posady przez młodego lekarza weterynarii jest więc prawie niemożliwe. Stojąc przed oplecionym gęstymi pnączami wisterii, Skeldale House w Yorkshire, James Herriot nie wie jeszcze, że z tym domem i mieszkającymi w nim ludźmi zwiąże swój los podczas długich lat praktyki zawodowej, a o swojej pracy opowie wiele lat później czytelnikom w kilku tomach cyklu zatytułowanego "Wszystkie stworzenia duże i małe".
Praca wiejskiego weterynarza, zwłaszcza pierwsze jej dni, tygodnie i miesiące to dla Jamesa Herriota bolesne zderzenie teorii z praktyką. Asystowanie przy porodach dużych zwierząt hodowlanych jest ciężką, fizyczną pracą o najbardziej zaskakujących porach dnia i nocy.
Jednak, chociaż nie pozbawiona cieni, jego praca miała również jasne strony. Zawsze był świadom dzikiego piękna otaczających go wzgórz Dale i ciężko pracując, mógł wdychać czyste powietrze wrzosowisk. Jego stołem operacyjnym były oblane słońcem pola, a miejscem pracy - kręte górskie drogi i budynki z szarych kamieni.
Pacjenci doktora Herriota bywają nieprzewidywalni, równie nieprzewidywalny okazuje się jego przełożony Siegfried Farnon. Konflikty Farnona z młodszym, beztroskim bratem Tristanem niejednokrotnie budziły zakłopotanie młodego podwładnego. Oddanemu pracy Jamesowi zdarzają się również chwile wytchnienia.
Nadeszła jesień, niosąc ostre powietrze, i nocami jasno płonął kominek w największym pokoju, śląc długie cienie migoczące we wdzięcznych alkowach, aż pod wysoki, rzeźbiony sufit. Zawsze było miło, kiedy po zakończonym dniu pracy wszyscy trzej zasiadaliśmy w wygodnych fotelach, wyciągając nogi do ognia.[...] Dywan wokół naszych nóg był usłany psami - cała ich piątka leżała splątana w ciężko dyszący kłąb, podsycając nastrój, przyjaźni i zadowolenia.
James Herriot jest świetnym obserwatorem zwierząt, a jeszcze lepszym, ich właścicieli. Swoje przeżycia opisuje z humorem. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, w planach mam więc jeszcze lekturę "Kocich opowieści' Jamesa Herriota.

Jeśli tylko potrafiłyby mówić. ( If only they could talk., 1970 )
James Herriot
Wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 1995, 221 str.

piątek, 30 marca 2012

Panny Fleming zapraszają na herbatę. Dziedziczka z Blenheim. Geraldine Mockler.

Trochę zimno ostatnio, ale gmeram sobie w ziemi radośnie dalej, sadząc bratki i pelargonie na balkonie. Czytam wyłącznie lekkie historie i fachową literaturę ogrodniczą, do innych książek nie mam wiosną głowy:). "Dziedziczka z Blenheim" wpadła mi w oko już jakiś czas temu, podczas ostatniej wizyty w bibliotece znów się na nią natknęłam i tym razem zabrałam do domu. I znów nieświadomie trafiłam na opowieść z angielskim ogrodem w tle.
Delia, Katarzyna i Klaudia Fleming po śmierci rodziców zostają przygarnięte przez zamożną panią Latimer. Trzy siostry dorastają  w bogatej dzielnicy Londynu, w ogromnym domu swojej opiekunki. Wolny czas spędzają pośród londyńskiej elity, korzystając z przywilejów jakie przysługują ich opiekunce. Po tragicznej śmierci pani Latimer, sytuacja finansowa sióstr pogarsza się drastycznie. Okazuje się, że majątek zmarłej arystokratki z mocy prawa i bliższego pokrewieństwa przypadnie ich ubogiej, nieznanej kuzynce Elżbiecie Murray Errington. Siostry muszą wyprowadzić się do skromnej willi Fuksja na angielskiej prowincji, pozostawiając w Londynie przyjaciół i ulubione rozrywki. Winą za pogorszenie swojego losu siostry Fleming obarczają kuzynkę Elżbietę.
Betty Errington wykonuje zawód nauczycielki na pensji Blenheim, będącej własnością panien Dove. Życie Betty w podupadającej szkole Blenheim jest smutne i jednostajne, jej jedynym wsparciem jest służąca Anna i jamnik Bartłomiej. Główna bohaterka od codzienności ucieka w świat marzeń i książek.
Ze stolika w hallu wzięła przygotowany dla niej kawałeczek świeczki w białym lichtarzu. To była jej wieczorna dawka światła, zbyt cenna, aby ją zmarnować. Rozbierała się więc po ciemku, a gdy już okryła Bartłomieja kocem, wskakiwała do łóżka i zapalała świeczkę, ciesząc się na najbliższe pół godziny. W Blenheim nie można było narzekać na brak książek, chociaż nikt poza Betty ich nie czytał.
Elżbieta dotąd samotna na świecie pragnie dzielić majątek i londyński dom z kuzynkami, jednak jej propozycja spotyka się z odmową panien Fleming. Betty mimo wszystko próbuje zaskarbić sobie sympatię kuzynek, w tym celu podejmuje pracę w ogrodzie w Starym Dworze, nieopodal willi, w której mieszkają trzy siostry. Delia, Katarzyna i Klaudia nie mają pojęcia, że sympatyczna Betty z ogrodu to ich kuzynka, o której mają tak niepochlebną opinię.
"Dziedziczka z Blenheim" to krótka historia o mozolnym budowaniu przyjaźni z delikatną muzyką skrzypiec w tle. Książka  dla dzieci i młodzieży, pełna uroku i uspokajająca. Biblioteczna starowinka, którą musiał w końcu ktoś odkurzyć:).

Dziedziczka z Blenheim. ( Cousin Betty )
Geraldine Mockler
Nasza Księgarnia, Warszawa 1996, 182 str.

sobota, 17 marca 2012

Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley. Rebeka. Daphne du Maurier.

Zdarza się, że po przeczytaniu książki jakiś jej fragment pozostaje ze mną na dłużej: czasem w głowie, czasem na papierze...a czasem w ogrodzie:). "Rebeka" nie poruszyła może jakichś ważnych dla mnie tematów, życie arystokratów  w pierwszych dekadach XX wieku było na pewno intrygujące, ale mnie od wystawnych balów bardziej zachwyciły opisy ogrodów Manderley, do tego stopnia, że kupiłam małą sadzonkę rododendronu z krwistoczerwonymi kwiatami:).
Manderley to chyba jedna z najlepiej znanych literackich rezydencji. Daphne du Maurier umieściła posiadłość na wybrzeżu Kornwalii i otoczyła ją gęstym lasem, który po wielu latach pochłonął Manderley z jego okazałymi ogrodami, krętymi alejami, domkiem dozorcy i tajemniczym domkiem nad morzem. Powieść "Rebeka", której bohaterowie są mieszkańcami Manderley, od jakiegoś czasu znajdowała się na mojej liście książek do przeczytania, od wielu tygodni nie mogłam się jednak zdecydować na przyniesienie jej do domu z biblioteki. Fabułę powieści znałam, a przynajmniej tak mi się wydawało, bardzo dokładnie z filmowych adaptacji, nie spieszyłam się zatem z lekturą samej książki. Powieść bardzo mnie zaskoczyła, spodziewałam się nudnawego, staroświeckiego horroru z posiadłością Manderley w roli głównej i prześladującym to miejsce duchem kobiety, upiorem pani de Winter, a przeczytałam wciągającą, psychologiczną powieść grozy z elementami powieści sensacyjnej i wątkami kryminalnymi.
Maxim de Winter, czterdziestoletni arystokrata, właściciel Manderley, po śmierci żony Rebeki, wyjeżdża do Monte Carlo. W hotelu poznaje damę do towarzystwa hałaśliwej Amerykanki, pani van Hooper. Młodą, niedoświadczoną dziewczynę wybiera sobie na towarzyszkę życia, przy której chce zapomnieć o Rebece. Po tygodniach spędzonych w podróży poślubnej państwo de Winter przybywają do Manderley. Mąż powrócił, aby stawić czoło swojej przeszłości, młoda żona pragnie dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojej poprzedniczki - Rebeki i zająć należne jej miejsce pani domu. Brak doświadczenia, naiwność i nieśmiałość młodziutkiej pani de Winter utrudnia jej odnalezienie się w nowym miejscu, służba i sąsiedzi zdają się ją lekceważyć i porównywać z poprzedniczką. Maxim, który po powrocie do domu oddziela się od młodej żony szczelną zasłoną milczenia nie ułatwia jej życia, podobnie jak ochmistrzyni posiadłości - pani Danvers, bezgranicznie oddana swojej zmarłej wychowance Rebece. Rozedrganie, kompleksy i nieudolność młodziutkiej pani de Winter stają się momentami męczące również dla czytelnika. Choć jesteśmy zagorzałymi kibicami bezimiennej narratorki, trudno nie przyznać, że choć Rebeka spoczywa od roku w zimnej kościelnej krypcie zdaje się mieć mimo wszystko dużo żywsze usposobienie od swojej następczyni i chociaż martwa, jest najbardziej dominującą bohaterką tej książki.
- Czy pani myśli, że ona nas widzi teraz, jak rozmawiamy ze sobą? - spytała powoli. - Czy pani sądzi, że umarli wracają i przyglądają się żywym? 
Daphne du Maurier posiadała niezwykły talent do stopniowania napięcia. Powieść płynie spokojnie, urozmaicana kolejnymi sąsiedzkimi wizytami, niezręcznościami pani de Winter, ale nad głowami bohaterów wisi jakieś przekleństwo, tajemnica, które powoli ujawniane, zagęszczają atmosferę książki i prowadzą do zaskakującego finału.
Obowiązkowa pozycja do przeczytania dla każdego mola książkowego, niesamowicie klimatyczna, nastrojowa i wbijająca w fotel:).

Rebeka (Rebecca, 1938)
Daphne du Maurier
Wydawnictwo Iskry
Warszawa 1991, 359 str.

czwartek, 1 marca 2012

Mazurski raj. Rdzawe szable, blade kości...Andrew Tarnowski.

"Rdzawe szable, blade kości..." to opowieść o Mazurach, a dokładniej o tym tej krainy kawałku na którym osiedlił się autor książki Andrew Tarnowski, brytyjski reporter o polskich korzeniach. U schyłku pierwszej dekady polskiej, po PRL-owskiej wolności potomek arystokratycznego rodu Tarnowskich z Galicji, kupuje siedlisko w Drwęcku niedaleko Olsztynka. Remontuje poniemiecki dom kupiony od polskiego właściciela, który przeznacza na letnisko. Okolica, jej historia i mieszkańcy Drwęcka to główni bohaterowie tej powieści. Autor dzieli się z nami prywatnymi wspomnieniami związanymi z zakupem i remontem domu, późniejszym dokupieniem kawałka łąki i smakiem, jaki miały te pierwsze letnie wakacje spędzone w Drwęcku. Autor jest dziennikarzem i z iście reporterską wnikliwością opisuje relacje panujące pomiędzy drwęckimi sąsiadami, styl życia polskiej prowincji w latach przed i po przystąpieniu do Unii Europejskiej, przytacza nawet wysokość zasiłków z jakich utrzymuje swoje rodziny część okolicznych rolników. Pisze również o strachu, jaki towarzyszył polskim mieszkańcom na ziemi, która widziała wiele słowiańsko - germańskich starć zbrojnych, strachu przed i niechęci do Niemców, które kilka dziesięcioleci po wojnie nie pozwalały na okazywanie szacunku poniemieckim cmentarzom. Ta dekada opisana w książce, podczas której Tarnowscy spędzali swoje wakacje w Drwęcku to czas dynamicznego rozwoju i zmian. Okolice zmieniają się z typowo rolniczych w turystyczne, kolejne gospodarstwa agroturystyczne wyrastają, jak grzyby po deszczu, zaradniejszym sąsiadom zaczyna się lepiej powodzić. Na rzeczywistość polskiej prowincji spoglądamy oczami przybysza z zewnątrz, o nieco odmiennej mentalności, ale piszącego z dużą sympatią do kraju przodków, a teraz również kawałka swojego miejsca na ziemi.
Ranki, zwłaszcza wiosną, rozbrzmiewają śpiewem ptaków, ale wieczorem jest w lesie cicho. Zwłaszcza późnym latem i jesienią ta cisza bywa wręcz niesamowita. To dziwne uczucie - biec sobie przez las w zupełnej ciszy, wiedząc, że gąszcz po obu stronach drogi roi się od zwierzyny. Zrozumiałem, że taka wielka cisza nie oznacza wcale braku życia. Wręcz przeciwnie - znaczy, że jestem uważnie obserwowany. Ta cisza ukrytego życia lasu przywiodła mi na myśl kontemplacyjne doświadczenia średniowiecznych mistyków - gdyż jeśli nie widzenie i niesłyszenie niczego w lesie oznacza, iż jestem obserwowany przez wszystkie żywe istoty wokół mnie, to może owa wielka cisza, doświadczana przez świętych podczas modlitwy, oznaczała w gruncie rzeczy, że byli oni pilnie obserwowani i słuchani przez tego, w którego ukrytym życiu się zatapiali.
W miejscach, w których autor sięga do mniej lub bardziej odległej przeszłości, historii Mazur, robi się dużo bardziej interesująco. Andrew Tarnowski opowiada o II wojnie światowej, jej zakończeniu i dniach w których oprawcy przemieniają się w ofiary. Opowiada o polskim zwycięstwie w bitwie pod Grunwaldem, która dla Niemców jest pierwszą bitwą pod Tannenbergiem i o drugiej bitwie pod Tannenbergiem, tym razem wygranej przez Niemców w czasie pierwszej wojny światowej.
Wydaje się, że historia, którą opowiada nam Andrew Tarnowski biegnie dwutorowo, część książki to jak najbardziej współczesne życie autora na Mazurach, a druga to historie sprzed lat siedemdziesięciu z czasów wyzwalania tych terenów ogniem i gwałtem przez Armię Czerwoną, z okresu drugiej bitwy pod Tannenbergiem, wreszcie autor sięga do krzyżackich korzeni, które zakon zapuścił w Prusach i wielkiego zwycięstwa polskiej armii pod Grunwaldem. Wraz z zamknięciem książki dotarło do mnie jednak, że to co czytając próbowałam rozdzielić na historyczne i współczesne to tak naprawdę tylko fragmenty starsze i nowsze jednej opowieści, a autor choć na Mazurach początkowo obcy sam również tworzy od wielu lat nowe rozdziały mazurskiej historii.
Książka "Rdzawe szable, blade kości..." inspiruje do uważniejszego poznawania historii i tradycji związanych z miejscami w których żyjemy, przyglądania się starym płytom nagrobnym i temu wszystkiemu co pozostawiły po sobie minione pokolenia. Uczy i przypomina, żeby nie przechodzić obojętnym krokiem obok tysięcy fascynujących historii, które wydarzyły się przed naszym przyjściem na świat.

Rdzawe szable, blade kości...
Andrew Tarnowski
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2010, 270 str.

czwartek, 23 lutego 2012

Piekielna to była wyobraźnia i piekło musiała nosić w sobie ta spokojna pozornie dziewczyna. Wichrowe Wzgórza. Emily Brontë.

"Wichrowe wzgórza" najlepiej zacząć czytać w taki dzień jak dzisiaj, za oknem szaro, wieje porywisty wiatr, nagie drzewa walczące z wichurą wyglądają jak upiory. Czytając wieczorami i późną nocą "Wichrowe wzgórza" nie sposób nie zapalić świecy, nie zaparzyć aromatycznej kawy lub herbaty. Z powieści raz bije ogniem piekielnym, by za chwilę uderzył nas lodowaty podmuch wichru. O Emilii Brontë, Jarosław Iwaszkiewicz napisał dokładnie to, co chodziło mi po głowie podczas lektury, a czego sama pewnie nie potrafiłabym nazwać: 
Piekielna to była wyobraźnia i piekło musiała nosić w sobie ta spokojna pozornie dziewczyna. Dla nas pozostała tajemniczym, zachwycającym zjawiskiem.
Zastanawiałam się kogo obrała sobie za pierwowzór bohaterów swojej powieści pisarka. Cały czas czytając towarzyszyło mi wrażenie, że Heathcliff to sama panna Brontë, postać ukryta na dnie duszy autorki, obraz jej wnętrza. Skąd tyle ciemności w duszy młodej kobiety? Nawet świeżo po lekturze nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie, a Emilia nie pozostawiła po sobie korespondencji, pamiętnika, nie zdążyła przed śmiercią wydać żadnej innej powieści, a zwierzała się tylko podczas wędrówek po wrzosowiskach Haworth młodszej siostrze Annie, wraz z którą na zawsze zgasła wiedza o życiu wewnętrznym Emilii.
"Wichrowe wzgórza" reprezentują gatunek literacki zwany powieścią grozy. 
Charakterystyczne jego cechy to niezwykłość scenerii, tajemniczość wręcz demoniczność postaci rządzonych wielkimi namiętnościami, ostre dramatyczne konflikty.*
Powieść grozy była popularna pod koniec XVIII wieku, a największe triumfy święciła w pierwszych dekadach wieku XIX. Mieszkańcy dziecinnej bawialni nad frontowymi drzwiami plebanii w Haworth czerpali garściami z tego gatunku tworząc demoniczne postacie, zaludniające ich wymyślone królestwa Angrii i Gondalu. Główny bohater Heathcliff jest prawdopodobnie echem tego wymyślonego świata i demonicznych bohaterów, które od dzieciństwa tworzyła w swojej wyobraźni Emilia.
Powieść rozpoczyna się w dniu odwiedzin nowego dzierżawcy Drozdowego Gniazda w majątku Wichrowe wzgórza, jest rok 1801 i większość dramatycznej historii rodu Earnshaw i Linton już się wydarzyła. Pan Lockwood pełen pozytywnych emocji i chęci poznania swego gospodarza przekracza nie bez przeszkód próg przeklętego domu. Wieczór i noc spędzone w Wichrowych wzgórzach zamieniają się w koszmar, gospodarz daje pokaz swojego diabelskiego charakteru, a nieświadomego  sąsiada podczas nocy spędzonej w sypialni starego domu nawiedzają koszmarne wizje przeszłych dramatów, których świadkami były nieme mury dworu. Lockwood z wielką ulgą opuszcza dwór i powraca do Drozdowego Gniazda. Zatrudniona tam pokojówka zaczyna opowiadać mu historię rodziny Earnshaw właścicieli Wichrowych wzgórz, rozpoczynając od dnia w którym stary pan Earnshaw sprowadza do domu Heathcliffa, dziecko znalezione na ulicach Liverpoolu. Hindley i Katarzyna dzieci właściciela majątku z niechęcią odnoszą się do małego przybłędy. Ze strony Hindleya jest to nienawiść i zazdrość absolutna, uczucia Katarzyny z czasem zmieniają się w miłość.
Na cóż by się zdało moje istnienie, gdyby ograniczało się tylko do tego świata? Ilekroć cierpiałam dotąd, zawsze to były cierpienia Heathcliffa. Wdziałam je i czułam od pierwszej chwili. Przewodnią myślą mojego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego. Moja miłość do Lintona jest jak liście w lesie. Wiem dobrze, że czas ją zmieni, tak jak zima zmienia wygląd lasu. Moja miłość do Heathcliffa  jest jak wiecznotrwała ziemia pod stopami, nie przykuwa oka swoim pięknem, ale jest niezbędna do życia.
Wraz ze śmiercią starego pana Earnshawa sytuacja Heathcliffa w domu rządzonym twardą ręką Hindleya pogarsza się, chłopak do dnia ucieczki z domu traktowany jest jak parobek. Odrzucony przez Katarzynę i jawnie nienawidzony przez Hindleya, wyrasta Heathcliff w poczuciu krzywdy i pragnieniu zemsty. Wokół tej zemsty i szalonej, niespełnionej miłości Heathcliffa i Katarzyny krąży opowieść Emilii Brontë. Kiedy umiera Katarzyna nienawiść Heathcliffa skupia się na jej córce, mężu i starszym bracie.
Przyzwyczajona do sielskiego klimatu powieści Jane Austen z zaskoczeniem czytałam jak brutalnie traktował główny bohater swojego syna, żonę i synową, oddając im zło jakiego sam zaznał. Powieść opisuje patologiczne, toksyczne relacje pomiędzy bohaterami i trudno uwierzyć, że została napisana ręką XIX wiecznej pisarki. "Wichrowe wzgórza" mimo całego opisywanego okrucieństwa  i szaleństwa trudno odłożyć i przerwać czytanie choćby na chwilę, to książka którą czyta się jednym tchem.
Wichrowe Wzgórza ( Wuthering Heights )
Emily Brontë
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 1984, 335 str.
* fragment z przypisów str. 335

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...