środa, 13 stycznia 2016

W świecie Jane Austen. Lost in Austen.


Ilekroć zastanawiam się w którym ze światów przedstawionych w czytanych powieściach chciałabym się znaleźć, najlepiej jako główna bohaterka, nieodmiennie wychodzi mi że w świecie Jane Eyre. To z sentymentu do pewnego mocno sfatygowanego egzemplarza powieści, znalezionego na strychu podczas wakacji u babci i do obrazów, jakie tworzyły się w mojej wyobraźni podczas lektury w wypełnionym słońcem i zapachem jabłek sadzie,  trudno poznanej w takich okolicznościach książki, jej klimatu i autorki nie pokochać.

Zważywszy jednak na dramatyczny przebieg historii miłości Jane Eyre i pana Rochestera, zgodzę się z twórcami serialu "Lost in Austen", że śladem ich bohaterki bezpieczniej byłoby jednak współczesnej dziewczynie wylądować w sielskim świecie powieści Jane Austen, a dokładniej w najpopularniejszej z jej powieści "Dumie i Uprzedzeniu". "Lost in Austen" to miniserial komediowy nagrany z ogromnym dystansem do dzieła wielkiej pisarki, o czym za chwilę :)

Amanda Price mieszka z przyjaciółką w Londynie, ma niezbyt romantycznego chłopaka i pracę, którą sobie ceni, ale nie specjalnie ją lubi. Wieczory najchętniej spędza zaczytując się "Dumą i Uprzedzeniem" i marząc o znalezieniu się w XIX wieku oraz przeżyciu miłości na wzór tej, która połączyła Elizabeth Bennet i Fitzwilliama Darcy. Jej marzenia spełniają się za sprawą drzwi, które łączą łazienkę w jej londyńskim mieszkaniu ze strychem w Longbourn, a Elizabeth Bennet we własnej osobie pojawia się w jej wannie i pragnie zamienić się z nią miejscami. Jeżeli ktoś ceni sobie pierwowzór literacki, po takim wstępie poszuka sobie innego serialu, bo potem naginanie i naciąganie faktów będzie postępować w tempie strasznym :)

Nasza bohaterka na balach ostro popija, stawia na nogi przeziębioną Jane paracetamolem, kompletnie nie przystaje obyczajowością i zachowaniem do konwencji XIX-wiecznych powieści, a kiedy w końcu poznaje swoją platoniczną miłość - właściciela Pemberley, jest nim kompletnie rozczarowana, ale dzielnie usiłuje trzymać się fabuły i połączyć więzami małżeńskimi tych, którzy w wyobraźni Jane Austen zostali nimi omotani, nie bacząc na własne uczucie do bohatera książkowego i Bingleya, który chciwie wodzi właśnie za Amandą, a nie za Jane wzrokiem :) 

Na wiele ekranizacji bardzo poważnie podchodzących do tematu, przedstawiających książkowe realia z najdrobniejszymi szczegółami, strojami, meblami, porcelaną, ta jest kompletnie szalona, i tu przychodzi uczucie zazdrości, że Brytyjczycy mogą wydawać pieniądze zarówno na świetne, trzymające się treści ekranizacje, jak i na realizację kompletnie zwariowanych pomysłów, dzięki którym nawet rzadko sięgający po książki widz zapała zainteresowaniem i sięgnie po klasykę, to chyba i w tym po części tkwi tajemnica zaczytania brytyjskiego społeczeństwa.

Na uwagę zasługują grający głowę rodu Bennet - Hugh Bonneville (Lord Grantham z Downton Abbey), Alex Kingston - Pani Bennet oraz rewelacyjny Tom Riley (Wickham), który ukradł film paradującemu przez cztery odcinki z dość głupią i niewyraźną miną Elliotowi Cowanowi (Darcy).

Serial  zapewne już poznaliście, bo to produkcja z 2008 roku, ja sama obejrzałam go w okolicach jego premiery, jednak to, co ostatnio dzieje się za oknem i cały pesymizm jaki niesie ze sobą styczniowy wicher w połączeniu z zacinającym o szyby deszczem i wiosenną temperaturą, wymaga środków nadzwyczajnych, aby podnieść się nieco na duchu, ja wyszperałam jako antidotum ten zabawny film i może zabiorę się  za małą powtórkę powieści Jane Austen :)

W świecie Jane Austen. Lost in Austen. 2008 
reż. Dan Zeff

piątek, 8 stycznia 2016

Zima na regale z książkami i cztery zimowe stosiki.


Zima dla mola książkowego to ten ciemny, zapadającym przedwcześnie zmrokiem sezon w roku w którym niemal bez reszty może poświęcać swój wolny czas na ulubiony rodzaj aktywności, na czytanie. Ładna pogoda rzadko wyciąga mola z domu, może więc bezkarnie zakopać się pod ciepłym kocem z powieścią, wyplątując się z pieleszy tylko po rozgrzewające trunki :)

Zaczytaniu sprzyjają świąteczne okoliczności, które przynoszą nowości pod strzechę, zapakowane w ozdobne papiery, potem pochłaniane w fotelu przy choince, koniecznie jak najbliżej kaloryfera. Przed świętami przyjemnie odwiedzać księgarnie i robić przegląd książek, które chętnie zabralibyśmy do domu, albo ofiarowali najbliższym, by trzy minuty po rozpakowaniu ustawić się w kolejce do wypożyczenia ;) W tym roku mój stosik świątecznych nowości składał się z trzech tomów, dwóch pięknych wydań książek już mi dobrze znanych "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" z mrocznymi, nastrojowymi ilustracjami Jima Kay oraz "Tajemniczy ogród" zilustrowany przez Ingę Moore, trzecia książka to nowość: "Feblik" Małgorzaty Musierowicz, ( to właśnie "Feblikiem" zaczytywałam się podczas świąt ).

Kolejną zimową przyjemnością jest przegląd własnych zbiorów podczas świątecznych porządków, tych gromadzonych na domowych regałach, poupychanych w półkach, bo na regale nie starczyło dla nich miejsca, i przy sprzątaniu piwnicy przegląd kartonów, gdzie oprócz starych zeszytów, podręczników, notatek, atlasów, znajdzie się czasem zapomniany skarb, ja w tym roku znalazłam "Tajemniczą wyspę" Juliusza Verne, którą wiele lat temu dostałam, jako nagrodę w szkolnym konkursie i jakoś dotąd jej nie przeczytałam. Naręcza takich znalezisk ustawiam potem w przyjemny stosik uspokajający tzn. taki na którego zerknięcie daje mi poczucie bezpieczeństwa, że mam coś nieczytanego w domu, że to szalenie ważne wie chyba tylko inny mól książkowy ;) 

Kolejny, trzeci rodzaj zimowego stosiku to taki z książkami już czytanymi, ale takimi do których warto byłoby, któregoś długiego wieczoru zajrzeć. Dwa lata temu znalazłam stare wydanie "Opowieści z Narnii", a jak wiadomo nie ma przyjemniejszej na czas świąteczny lektury niż pierwszy tom: "Lew, czarownica i stara szafa", mój egzemplarz kupiony na portalu aukcyjnym to pięknie zachowany staruszek, który przyjemnie bierze się do ręki :) Dla rysunków zimowych domków na wsi i skradających się pośród drewnianych chałup wilków, mam pod ręką "Razem ze słonkiem. Zima". Tom zimowy jest wyjątkowo pięknie zilustrowany, na tyle, że zabiera nas w podróż w czasie na Polską wieś, na której dzień rozpoczyna rozpalenie ognia pod piecem kaflowym, aby ogrzać z rana opatulone pierzyną dzieciaki i rozbicie cienkiej warstwy lodu w wiaderku z wodą, nocami w takiej chałupie łuna zza drzwiczek i nieszczelności kaflowego pieca, rozświetla na fioletowo wnętrze, a za oknem od zimowego lasu wyją wilki. Podobny klimat ma "Szkoła nad obłokami" Marii Kownackiej napisana góralską gwarą, pisany pomnik ciężkiej zimy na wyżynach Beskidu Sądeckiego. "Dzieci z Bullerbyn" i "Boże Narodzenie w Bullerbyn" również znajdują się rokrocznie na stosiku do zimowego przypomnienia

Ostatni, czwarty zimowy stosik to rezerwa woluminów bibliotecznych ;), bo przecież nigdy nie wiadomo, czy podczas świąt bardziej niż na nowości nie będziemy mieć ochoty na jakąś wypożyczoną biblioteczną starowinę, a później kiedy zimowy mróz i śnieg rozkręcą się w styczniu na dobre, lepiej książkowe zapasy mieć już w domu, zamiast przedzierać się po nie do osiedlowej biblioteki ;)  W święta, które minęły brakowało nam zimowej oprawy, a śnieg i mróz można wyczarować z pomocą "Długiej zimy" Laury Ingalls Wilder, w bezśnieżną zimę zawsze przynoszę książki z serii "Domek na prerii" i mam nadzieję, że w końcu będę miała swoje egzemplarze na regale, bo liczę na ich wznowienie, dla takich fragmentów, jak ten poniżej :)

Zdawało się, że nawet języki ognia wirują w tańcu, a cienie tańczą wokół ogniska. Tylko nowy dom stał nieporuszony w ciemnościach nocy, dopóki na niebie nie pojawił się ogromny księżyc, który wydobył go z mroku, oświetlił jego szare ściany i rozsypane wokół żółte drzazgi i szczapy. ("Domek na prerii" s.36)

Jesienią zmieniłam w domu fotele i kanapę na większe i wygodniejsze, zaopatrzyłam się w kilka dodatkowych koców i poduszek, mam też w końcu wymarzone puchate dłuższe kapcie, więc przygotowałam się do  zimy wyjątkowo sumiennie w tym roku :P Za chwilę przygotuję sobie zbożową kawę (jej powrót do menu zawdzięczam wiejskim klimatom podchwyconym z ostatnio czytanego "Domku na prerii") i zabieram się za drugi z zimowych stosików i czytanie "Tajemniczej wyspy", dlatego żegnam się życzeniami udanego weekendu i do napisania wkrótce ;)



czwartek, 7 stycznia 2016

Mary Lennox nasłuchała się wiele o czarach w bajkach swojej ayah i zawsze później twierdziła, że to, co stało się w tamtej chwili, były to oczywiste czary. Tajemniczy ogród. Frances Hodgson Burnett.


Wyobraźcie sobie ogród ukryty za murem zarośniętym splątanym, nawarstwiającym się od dekady bluszczem, zamknięty na rozkaz pogrążonego w bólu po stracie żony właściciela tajemniczego dworu o stu pokojach i klucz do tego ogrodu w kieszeni wełnianej sukienki małej dziewczynki, wychowanej w dusznych Indiach. Przez kilka dni przyglądacie się wędrówce panny Mary po pokrytej szronem skrzypiącej trawie w poszukiwaniu drzwi do ogrodu, do którego nikt nie ma prawa zaglądać.  

Mary Lennox nasłuchała się wiele o czarach w bajkach swojej ayah i zawsze później twierdziła, że to, co stało się w tamtej chwili, były to oczywiste czary.
Po ścieżce wzdłuż muru przeleciał podmuch wiatru, silniejszy niż poprzednie; dość mocny, by zakołysać konarami drzew, a tym bardziej, by rozgarnąć długie, zwieszające się z muru pędy nieprzycinanego bluszczu. Mary podeszła do ptaszka bliżej, gdy nagle wiatr odchylił luźne pędy, a dziewczynka szybkim ruchem chwyciła coś, co dojrzała pod bluszczem : okrągłą, zakrytą liśćmi gałkę, stanowiącą klamkę do furtki.

Odtąd możecie za murem znikać i nikomu nie przyjdzie do głowy szukać was w miejscu o którym zamazano pamięć na długie lata. Ekscytująca perspektywa nawet dla dorosłej kobiety, miejsce, w którym można się choćby spokojnie zaczytać :)

Takie kuszące wizje tajemniczego ogrodu rozciągnęła przed czytelnikami Frances Hodgson Burnett. Do "Tajemniczego ogrodu" warto powrócić w każdym wieku, do dziecięcej wyobraźni przemawiają bohaterowie i ich przygody, dorosły czytelnik może skupić się na kontemplowaniu urody angielskich wrzosowisk, ogrodów i zabytkowych dworów o bogatej historii. Mam już swój egzemplarz "Tajemniczego grodu" (chociaż po raz pierwszy czytałam powieść przyniesioną ze szkolnej biblioteki, która z perspektywy czasu urosła w mojej wyobraźni do rangi komnaty tajemnic i skarbów, którą chętnie bym teraz od szkoły podstawowej wykupiła na własność wraz z księgozbiorem, żeby powrócić do krainy dzieciństwa :D), ale zawsze marzyło mi się ilustrowane, monumentalne wydanie, jakimi zachwycały anglojęzyczne blogi, zwłaszcza ilustracje Ingi Moore wpadły mi jakiś czas temu w oko, bo oddawały urodę opisów autorki i trochę przypominały w swej maestrii filmową, mistrzowską adaptację w reżyserii Agnieszki Holland. Wydawnictwo Zysk i Spółka na szczęście również zauważyło dzieło Ingi Moore i oddało tuż przed świętami w ręce polskiego czytelnika, aby mógł obdarowywać klasyką w przepięknym wydaniu dzieciaki czytające i takie, które do czytania chciałoby się przekonać, (dorośli czytający wyciągający z pod choinki i wygrzebujący z ozdobnych papierów tę książkę powinni być równie zadowoleni :))

Co cieszy niezmiernie to...ilość obrazków, wydanie nie zawiera wrzuconych na odczepnego dziesięciu większych ilustracji i do widzenia, tylko jest naprawdę wypełnione po brzegi angielskimi ogrodami, roślinami, zwierzętami, postaciami. Piękne jest wnętrze Misselthwaite Manor, nawet obrazy na ciemnych korytarzach rezydencji przykuwają wzrok czytelnika na dłużej. A tajemniczy ogród początkowo pełen splątanych gałęzi, delikatnych kiełków wiosennych kwiatów, zaniedbany, zapomniany, ale piękny odcieniami brązów i rudości, splątanymi pędami róż, z kamiennymi altanami, masywnym murem, rudzikiem i Mary, jako jedynymi świadkami budzącego się wiosną z uśpienia ogrodu jest tak piękny, że mimo śniegu za oknem poczułam zew własnego ogrodu i wiosenny wilgotny, próchniczy aromat budzącej się do życia ziemi :) Potem przychodzi lato i paleta barw wręcz onieśmiela, przyglądanie się wyrysowanym przez ilustratorkę kwiatom, które sama sadzę we własnym ogrodzie to kolejna ogromna przyjemność, jaką oferuje książka.

Dobrze mieć tę książkę w rękach bez konieczności zamawiania anglojęzycznego, drogiego wydania. A jeżeli do tego dodać fakt otrzymania tej książki po choinkę to jej magia działa na wyobraźnię ze zdwojoną mocą, zwłaszcza że w styczniu ze śniegiem i mrozem za oknami, świecącą choinką i gorącą czekoladą bezkarnie i z przyjemnością wraca się do świata dziecinnych powieści :)

Tajemniczy ogród.  Frances Hodgson Burnett 
Zysk i Spółka 2015, 320 str.


niedziela, 1 listopada 2015

Pchnęła do góry klapę i znalazła się na strychu. Niemiecki bękart. Camilla Läckberg.

Camilla Läckberg w swoim domu/fot.znaleziona w internecie
Lubię mieć w torebce książkę na wypadek dłuższej jazdy komunikacją miejską, czy utknięcia w kolejce. Przemierzanie autobusami pięknego jesiennymi kolorami Krakowa nie jest uciążliwe, bo moje miasto nie może się znudzić, dlatego wypożyczyłam książkę możliwie najprostszą w swej konstrukcji i nie wymagającą jakiegoś przesadnego skupienia, żeby umożliwiała mi równoczesne kontemplowanie widoku za oknem i nie gubienie się w literkach ;)

To nie jest moje pierwsze spotkanie z autorką, czytałam już "Kamieniarza"  Camilli Läckberg, teraz przyszła kolej na "Niemieckiego bękarta". Konstrukcja obydwu powieści jest podobna, akcja biegnie dwutorowo, z domu pisarki Eriki Falck i policjanta Patrika oraz z ospałego komisariatu w niewielkim nadmorskim kurorcie Fjällbaca,  przenosimy się w przeszłość, poznając losy czwórki nastolatków przeżywających swoją młodość w latach II wojny światowej.

Camilla Läckberg trafiła w gust czytelników, o czym świadczy ilość przekładów i popularność jej powieści w bibliotekach i księgarniach. Każdy kolejny tom jest oczekiwany i chętnie kupowany, czy zamawiany w bibliotekach wiele miesięcy po premierze ( sama mam problem z wypożyczeniem "Pogromcy lwów", wyprzedza mnie jakichś pięciu innych chętnych, ech, ten zaczytany Kraków :) ), pomimo że jej książki to na pewno nie jest literatura wysokich lotów. Ot, najprostszym możliwie językiem drewniano-przewidywalni bohaterowie wygłaszają monotonne kwestie, których się po nich spodziewamy, jak w 500 odcinku jakiegoś serialu obyczajowego. Kilka tematów w szwedzkim mainstreamowym przekazie naczelnych, czyli walka z rasizmem, nazizmem, homofobią. Z jednej strony, tej złej, prymitywizm, agresja, żadnej głębi postaci, po drugiej, dobrej stronie, tolerancja i kompletna bezrefleksyjność. To jest książka pisana według jakiegoś wyuczonego schematu, po pisarskim kursie.

Teraz o zaletach, bo przecież mam ochotę sięgnąć po kolejne tomy :) Co najbardziej przyciąga mnie w książkach to wplatanie wątków historycznych w fabułę, wyszperane w kufrze amerykańskim ( starej drewnianej skrzyni wzmocnionej blachą, do której Szwedzi pakowali dobytek i emigrowali do Nowego Świata ) pamiątki po matce Eriki: pamiętnik i nazistowskie odznaczenie, zapoczątkują poszukiwania w bibliotekach, archiwach, brakujących elementów przeszłości matki głównej bohaterki. Zapomniana historia wpływa na współczesne wypadki i zdaje się mieć związek z popełnionymi współcześnie morderstwami.
  
Postawiła nogę na pierwszym stopniu. Z dołu dochodził radosny śmiech Mai. Patrik bawił się z nią w salonie. Te odgłosy ją uspokoiły, mogła wejść na następny stopień. Potem jeszcze pięć. Pchnęła do góry klapę i znalazła się na strychu. W powietrze uniósł się tuman kurzu. Rozmawiali z Patrikiem o tym, żeby w przyszłości, gdy Maja będzie starsza, urządzić sobie tutaj kącik. Ale na razie był to najzwyklejszy strych z podłogą z desek i spadzistym dachem z odsłoniętym belkowaniem. I z mnóstwem rozmaitych rupieci, zabawek na choinkę, ubranek, z których wyrosła Maja...

Znajomość z łączącymi wątki kryminalne z obyczajowymi powieściami Camilli Läckberg odświeżyłam za sprawą obejrzanego z wielką przyjemnością serialu z 2013 roku, zatytułowanego "Morderstwa w Fjällbace". Serial oddaje nieco ospały urok małego nadmorskiego miasteczka, a serialowa Erika, czyli Claudia Galli jest równie sympatyczna, jak ta książkowa. To chyba głównie Erika Falck i jej życie rodzinne wzbudzają zainteresowanie oraz ciepłe uczucia u czytelnika i chyba tylko z ciekawości, jak się chowa Maja i kiedy urodzą się tej parze kolejne dzieci, sięgnę kiedyś po następne tomy ;)

piątek, 2 października 2015

Jak w komiksie. Co nas nie zabije. David Lagercrantz.

Jesień w odsłonie deszczowej sprzyja sięganiu po kryminały, nie tylko blogowa brać potwierdza tę ludową mądrość, również podczas moich nieprofesjonalnych obserwacji socjologicznych w krakowskim MPK wychwytuję okładki lepiej i mniej znanych skandynawskich hitów eksportowych :) Właśnie dlatego, że sama nabrałam ochoty na mroczny kryminał skandynawski i trochę przez nachalną reklamę nie pozwalającą tytułu zapomnieć, kupiłam kontynuację Millenium Lagercrantza. Przez to bombardowanie reklamą, jakoś nie mam oporów przed napisaniem na wstępie: spokojnie poczekajcie na tą książkę w bibliotece, albo pożyczcie od znajomego, to przyzwoity produkt, ale nie w głowie mi powrót do lektury, więc nie ma potrzeby upychać jej na regałach, lepiej zostawić miejsce na powieść E. Cherezińskiej na przykład. Przy czym jedno zastrzeżenie jeżeli byliście/nadal jesteście fanami komiksów zakupu "Co nas nie zabije" nie będziecie żałować, ale o tym później.

Nie mam problemu z sięganiem po kontynuacje znanych powieści pisane ręką innego autora, przeczytałam kilka wariacji  na temat powieści J. Austen, zdarzyło mi się sięgnąć po "Dziwne losy Adelki" E. Tennant, zazwyczaj były to "potworki powieściopodobne", ale niczego więcej nie można spodziewać się po kontynuacji pisanej parę wieków później, wtedy faktycznie trudno o oddanie realiów epoki minionej. Pod tym względem wydaje się, że Lagercrantz miał łatwiejszą sytuację, mimo że historia w ostatnich kilku latach znacząco przyspieszyła.

Nie będę przesadnie dużo pisać o fabule, można ją odnaleźć w wielu zakątkach internetu, poza tym to jednak okrucieństwo zdradzać nieświadomemu czytelnikowi fragmenty kryminału. Napiszę tylko, że autor to na pewno bardzo inteligentny facet, oczytany, z dużą wiedzą o nowoczesnych technologiach, ta wiedza imponuje nawet takiemu czytelnikowi, który woli rozważania o kondycji społeczeństwa, prawnych i politycznych aspektach życia, które były mocną stroną trzech tomów napisanych przez S.Larssona. Powieść jest dobrze napisana, mroczna i trzymająca w napięciu i nie jest ślepym naśladownictwem S.Larssona. D.Lagercrantz podszedł do tematu bez kompleksu poprzednika, zaufał swojemu doskonałemu warsztatowi i dzięki temu czytamy świetny kryminał bez zgrzytania zębami na chciwość spadkobierców i wydawców. W pewnym momencie Lagercrantz puszcza oko do czytelników nadając powieści komiksowego wymiaru, gdzie przerysowani bohaterowie są karykaturalnie dobrzy lub karykaturalnie źli, przy czym zło ma wymiar absolutny i jest piękne dlatego tak niebezpieczne, a dobro jest mroczne i posługuje się w walce o sprawiedliwość metodami zła. Prawda, że zupełnie jak w komiksach Marvela? Jeżeli zaczytywaliście się w przeszłości komiksami, uśmiechniecie się szeroko do tej powieści, dla mnie to "ukomiksowienie" Millenium to najmocniejszy akcent książki. Jedyna rzecz, która drażniła to skupienie na nieszczęsnej rodzinie Lisbeth, czy tym razem to Blomqvist nie mógłby mieć jakiejś szalonej ciotki dla odmiany?

Jeżeli szukacie mrocznego kryminału z jesiennym podkładem sztormów, ulew i zimnym Sztokholmem, o którym zawsze dobrze się czyta, albo dobrego komiksu to jest to idealna książka na nadchodzące październikowe wieczory :) No chyba, że nadal uparcie chcecie poczytać Millenium wtedy dajcie sobie spokój z Lagercrantzem i odświeżcie trzy tomy Larssona, albo obejrzyjcie szwedzką adaptację ;)

"Co nas nie zabije." David Lagercrantz
Czarna Owca 2015, 499 str.


czwartek, 4 czerwca 2015

Boże Ciało w starym Krakowie.

Dobrze czasem poszperać w dziale literatury dziecięcej publicznej biblioteki. Szukając pomiędzy "Tajemniczym ogrodem" i "Małym lordem" innej powieści F.H. Burnett  "Sekretu markizy", kątem oka wypatrzyłam regał z czerwonymi albumami. Brzmi niepokojąco, bo literackich płodów czasów PRL-u w bibliotekach dostatek i do takowych najlepiej pasuje czerwona okładka, ale mam na myśli albumy wydane nieco później, pod koniec lat 90-tych nakładem wydawnictwa Dolnośląskiego. Te albumy tworzą całą serię pod kuszącym oczy czytelnika ze skrzywieniem historycznym tytułem "Tak żyli ludzie w dawnej Polsce". Przyniosłam sobie kilka albumów do domu i zapewniam, że ich wartość merytoryczna i artystyczna bije na głowę wszystko, co wydawane jest w ostatnich latach dla młodego czytelnika, nawet album "Kocham Polskę" państwa Szarków, który jest wartościową publikacją, ale szata graficzna części dla najmłodszych woła o pomstę do nieba. 

W domu mam teraz tom zatytułowany "Tradycje świąt dorocznych", autorem pełnych uroku ilustracji zabierających czytelnika w podróż w czasie do początków polskiej państwowości jest Aleksander Karcz. Poniżej fragment książki wybrany z uwagi na dzisiejsze święto :)

W Krakowie odbywał się w Boże Ciało mało chrześcijański spektakl. Po ulicach starego grodu harcował "konik zwierzyniecki", zwany lajkonikiem. To widowisko, ludowa zabawa krakowian, zaczynało się po procesji w oktawę Bożego Ciała. Flisak ze Zwierzyńca, przebrany za Tatara ( czerwony miał kaftan, na głowie turban, obuty w żółte buty ) i dosiadający drewnianego konia, uganiał się po ulicach w towarzystwie innych "Tatarów". Biegł za nim tłum z wesołymi okrzykami. Powiadano, że ten teatralny występ odbywał się na pamiątkę nagłego napadu Tatarów na miasto w 1281 r. i przedziwnej ( lecz zmyślonej ) obrony grodu przez pewnego flisaka. Wydaje się jednak, że zwyczaj ten nawiązywał do starych wiosennych świętowań cechu flisaków, co potwierdzają dokumenty z XIV w. ( "Tak żyli ludzie w dawnej Polsce. Tradycje świąt dorocznych." Anna Skwarczyńska s.36 )
Tutaj możecie zajrzeć do książki KLIK 1 KLIK 2 :)

piątek, 15 maja 2015

Taka właśnie droga winna prowadzić do krainy baśni. Sekret markizy. Frances Hodgson Burnett.

"Sekret markizy" to pełna uroku baśń dla dorosłych napisana przez autorkę "Tajemniczego ogrodu". Spędziłam w jej towarzystwie kilka miłych godzin chłodnego majowego wieczoru, wcale nie planując czytać tak długo. Pamiętając "Tajemnicę dworu w Stornham" nużącą przydługimi dialogami, zaplanowałam lekturę markizy na najbliższy weekend, pochłonęłam ją jednak w jeden wieczór. Wiatr szalał po moim ogrodzie, niebo zasnute ciemnymi chmurami nie zachęcało do spacerów, tym przyjemniej było schować się w domu i zatopić się w tej uroczej baśni :)

Emilia Fox-Seton dobrze urodzona młoda kobieta obdarowana przez los postawą i manierami królowej, zmaga się z mało romantyczną biedą. Obdarzona jeszcze jednym darem cenniejszym od majątku- pogodnym i prostodusznym charakterem, organizuje sobie samotne życie w ubogim pensjonacie, pracując jako pomocnica dam z wyższych sfer. Jedna z nich zaprasza ją do swojej wiejskiej posiadłości Mallowe, gdzie wykorzystuje ją niemiłosiernie przy organizacji przyjęć dla zaproszonego przez siebie towarzystwa. 

Pobyt w Mallowe, kończy się zaskakującą Emilię propozycją małżeństwa. Lord Walderhurst właściciel bajecznego majątku upatrzył sobie pokornego Kopciuszka na żonę. Emilia zostaje markizą, zamieszkuje w majątku Palstrey, otoczonym bajkowymi ogrodami. Markiza coraz mocniej zakochuje się w swoim powściągliwym małżonku, sama podbijając serca arystokratów, służby i mieszkańców okolicznych wiosek.

Pierwszy miesiąc pobytu w Palstrey Emilia spędziła jak we śnie. Z każdym kolejnym dniem wrażenie jeszcze się potęgowało. Stare domostwo przywodziło na pamięć świat niewyobrażalnie pięknych, sennych marzeń. Niekończące się korytarze, niezliczone komnaty, ogrody, w labiryncie, których natrafiała na coraz to nowe, wijące się ścieżki, biegnące do zarośniętych wodnymi roślinami głębokich, krystalicznych jeziorek, gdzie od setek lat drzemały leniwe karpie.[...]
Szczególne wrażenie zrobiła na niej galeria obrazów. Z ram patrzyli badawczo mężczyźni i kobiety, niegdyś żywi jak ona.[...]Strojni w przedziwne szaty antenaci, o twarzach namiętnych, szpetnych lub urodziwych, zdawali się czegoś od niej żądać...a przynajmniej takie myśli podsuwała Emilii rozgorączkowana wyobraźnia. *

Kiedy Lord wyjeżdża do Indii, a do myśliwskiego dworku w sąsiedztwie Palstrey sprowadza się mający nadzieję na odziedziczenie majątku Walderhursta, kuzyn lorda wraz ze swoją na wpół hinduską małżonką, Emilia znajduje się w coraz większym niebezpieczeństwie.

Powieść w swojej pierwszej części wydaje się dość przewidywalna, skromna dziewczyna poznaje swojego księcia i rozpoczyna nowe życie, jako pani ogromnego majątku. Druga część jest dużo bardziej zaskakująca, napięcie w powieści powolutku narasta, pętla sieci spisków zaciska się wokół bezbronnej, dobrodusznej i nieświadomej zagrożenia markizy.

Frances Hodgson Burnett uwielbiam za magiczne opisy tajemniczych ogrodów, angielskich dworów, alejek starych drzew w których gąszczu nie sposób nie natrafić na rudzika, zdecydowanego ulubieńca autorki, latającego po wszystkich opisanych przez nią ogrodach ;) Wypoczęłam przy tej lekturze, co dawno mi się nie zdarzyło. Polecam gorąco tę bajkową powieść, którą umieściłam bez wahania w trójce ukochanych książek pisarki, zaraz obok "Tajemniczego ogrodu" oraz "Małej księżniczki". "Sekret markizy" łączy w sobie zalety obydwu tych powieści okraszonych nutką magii oraz orientalnych klimatów wprost z Indii. Teraz mam szaloną ochotę obejrzeć "The Making of a Lady", adaptację powieści.

Sekret markizy. The Making of a Marchioness.
Frances Hodgson Burnett
Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1998, 213 stron

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...