piątek, 14 lutego 2014

Słońce paliło mocno, a jego promienie przebijały się przez gęste liście czereśni. Srebrny dzwoneczek. Emilia Kiereś.

Zima ustąpiła miejsca wiosennej pogodzie, powietrze wypełnione jest słodyczą, a pod ziemią chyba aż gotuje się od wiosennych przygotowań. Wiem, że taka wiosna w lutym to czysta iluzja, którą nieroztropni zrzucający czapki i szaliki mogą odchorować, a śnieg i mróz nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, ale tyle słońca, co w minionym tygodniu, to ja dawno nie widziałam:). 

Ta zapowiedź nadchodzących ciepłych miesięcy sprawiła, że miałam ochotę uciec do ogrodu, takiego w pełni lata, wypełnionego odgłosami małego zamieszania robionego przez milion owadów, pachnącego kwiatami i dojrzewającymi owocami w sadzie. Ponieważ mój ogród śpi zasłużonym snem sprawiedliwego i poza drzewkami zimozielonymi nie ma w nim wielu śladów życia, wyprawiłam się do ogrodu opisanego w "Srebrnym dzwoneczku" Emilii Kiereś, w którym panuje ukwiecona pełnia lata:). 

Niepozorną, ciemnozieloną okładkę "Srebrnego dzwoneczka" wypatrzyłam na wyprzedaży, nienarzucająca się szata graficzna przypomniała mi setki książek przynoszonych w dzieciństwie ze szkolnej biblioteki. Przez sentyment do czasów, w których literaturę dla dzieci czytałam dosłownie półkami, musiałam zabrać "Srebrny dzwoneczek" do domu:).

Wewnątrz kolejne pozytywne zaskoczenie, książeczkę zilustrowała Małgorzata Musierowicz, mama autorki. Ilustracje ogrodu, ptaków, kwiatów są zachwycające, podobnie jak treść tego rozbudowanego opowiadania dla najmłodszych.

Marysia spędza pierwsze wakacje bez rodziców, nadchodzące lato poprzedza dwie wielkie zmiany w jej życiu, jesienią dziewczynka pójdzie do szkoły, a jej rodzina powiększy się o długo wyczekiwanego braciszka. W upalny dzień tata odwozi Marysię do królestwa lasów i jezior. W samym środku tego zielonego księstwa, w domku otoczonym ogrodem mieszka ciocia Ania, a za płotem...dobra wróżka - wiekowa sąsiadka, cierpliwie pomagająca Marysi zwalczyć nieśmiałość. 
Słońce paliło mocno, a jego promienie przebijały się przez gęste liście czereśni. Lekki wietrzyk poruszał gałązkami i Marysi wydało się, że drzewo, ona i starsza pani drżą i migocą w tym ciągłym ruchu świateł i cieni. Dzwoneczki brzęczały czystym, jasnym, srebrzystym dźwiękiem. Było gorąco, leniwie i sennie. Marysia poczuła się trochę jak we śnie.
Bajkowy ogród, pracownia krawiecka cioci Ani, również rodem z księgi bajek, wypełniona po sufit kolorowymi motkami włóczek, tkaninami i szpulkami nici w barwach tęczy, z furkoczącą maszyną do szycia są tłem dla opowiadania o zmaganiach z nieśmiałością małej dziewczynki. 

Pełną wakacyjnego czaru opowieść o dobrych wróżkach, wrażliwych na dziecięce problemy, zarośniętych ogrodach, kolczykach z czereśni i srebrnych dzwoneczkach podzwaniających przy kolejnych uderzeniach ciepłego wiatru, gorąco polecam na zimowy wieczór. Jeśli ta dziewczęca, mądra lekturka wpadnie Wam w oko w bibliotece, zabierzcie ją koniecznie do domu:).


Srebrny dzwoneczek.
Emilia Kiereś, ilustracje: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2010, 120 str.

sobota, 18 stycznia 2014

Anno 1790.


Ponieważ Szwecja zbrodnią stoi, o czym wie każdy czytelnik przechodzących w setki naprawdę dobrych skandynawskich kryminałów:), dlatego zupełnie nie zaskoczyło mnie że szwedzki serial historyczny, który miałam przyjemność poznać niedawno, nie tylko o historii tego kraju, ale obowiązkowo o zagadkach kryminalnych opowiada. Twórcy serialu "Anno 1790" postanowili przenieść widzów w czasie do burzliwej końcówki wieku XVIII.

Rok 1790 to czas dziejowej ciszy przed potężną burzą. Dwa lata wcześniej szwedzki król Gustaw III uwikłał swój kraj w wojnę z Rosją. Do historii przeszły dwie największe bitwy morskie w Svenskund, pierwsza rozstrzygnięta na korzyść Rosji, druga zakończona niewielką przewagą floty Szwecji. Duże nakłady i krwawy koniec tego konfliktu, w którym niewielu współczesnych poza samym zadowolonym z siebie królem, widziało jakikolwiek sens, zapoczątkowało sieć spisków wymierzonych w jego wysokość, coraz gęstszą siecią oplatających XVIII-wieczną Szwecję.

XVIII wieczne hasła francuskiej rewolucji dotarły i do coraz bardziej despotycznie rządzonej Szwecji, znajdując szeregi zwolenników pośród sztokholmskich arystokratów. Dodam, że koniec rządów Gustawa nastąpił szybko, życie monarchy skrócił zamach zorganizowany przez arystokratyczną opozycję w 1792 roku.

Serial opowiada o czasie pomiędzy ostatnią bitwą pod Svenskund, pierwsza scena pokazuje krwawe rezultaty tej potyczki i o późniejszych wydarzeniach roku 1790, w którym król Gustaw i podległy mu aparat państwowy próbuje zdusić opozycję. Ale nie tylko polityka, choć zajmuje ważne miejsce w serialu, ale przede wszystkim kryminalne zagadki są głównym motywem każdego z dziesięciu odcinków.

Główny bohater Johan Gustav Dåådh (Peter Eggers) po powrocie z wojny z Rosją, otrzymuje w Sztokholmie posadę komisarza policji. Do rozwiązywania kryminalnych zagadek używa wyprzedzających epokę metod naukowych, korzystając ze swojej znajomości medycyny oraz pomocy asystenta Simona Freunda (Joel Spira).

Przez 10 odcinków śledzimy mozolne próby rozwiązywania tajemnic kolejnych zbrodni oraz romans nawiązujący się pomiędzy głównym bohaterem i żoną jego przełożonego Magdaleną Wahlstedt (Linda Zilliacus), w tle uroda i brzydota wieku XVIII, piękne stroje i wnętrza, przerysowane peruki i ówczesna rzeczywistość opisana w najdrobniejszych szczegółach z myślą polityczną i filozofią schyłku epoki Oświecenia. Mamy przy tym niepowtarzalną okazję zwiedzić XVIII-wieczne europejskie miasto, zobaczyć dzielnice nędzy w zderzeniu z rzeczywistością życia arystokracji i królewskich urzędników. Piękne są serialowe obrazy Sztokholmu zasypanego śniegiem, z tętniącymi po miejskim bruku końskimi kopytami i tonącego w ciemnościach, gdzie przy blasku świec planowane są kolejne posunięcia władzy i spiskowców.  

Idealnie zimowy, mroczny i klimatyczny serial, z rewelacyjną obsadą, dzięki któremu można poznać odrobinę historii Szwecji i oderwać się od ponurej styczniowej pogody, aby wpaść w sam środek skandynawskiej zimy:).

środa, 15 stycznia 2014

A może ZMIESZAMY TO WSZYSTKO RAZEM i zobaczymy co się stanie?

Za oknem panuje przenikliwy ziąb, od dwóch dni przez zabetonowane chmurami niebo nie przedostał się żaden promyczek słońca, zamiast sypać puszystym śniegiem, nieustannie leje deszcz. Piękny listopad mamy w początkach tegorocznego stycznia. Takie dni ocieplić można wyłącznie dobrą książką i...goframi, jako ciepłą i słodką do lektury przekąską. 

Moje ulubione gofry robię według tego przepisu:

4 szklanki mąki 
6 jajek 
3 szklanki mleka 
4 łyżki cukru pudru 
cukier waniliowy 
2 łyżeczki proszku do pieczenia 
pół rozpuszczonej kostki masła
szczypta soli

Ponieważ to nadal blog o książkach, a nie kulinarny, w części zasadniczej przepisu posłużę się moim ulubionym cytatem z "Wiedźmikołaja" Terrego Pratchetta: 
  
I wtedy dziekan powtórzył mantrę, która w ciągu wieków wywarła tak znaczący wpływ na postęp wiedzy:- A może ZMIESZAMY TO WSZYSTKO RAZEM i zobaczymy co się stanie?

Wszystkie składniki należy wymieszać mikserem, pyszne gofry wyciągać jeden po drugim z gofrownicy, polać polewą truskawkową, albo czekoladową i...miłej lektury oraz smacznego życzę:).

sobota, 4 stycznia 2014

Powrót do zimowego Bullerbyn.

 

"Dzieci z Bullerbyn" to nadal jedna z moich ulubionych książek i naprawdę nie ma znaczenia, że podobno wyrosłam z grupy docelowej ośmiolatków, którzy najwięcej radości powinni odnaleźć na kartach tej opowieści. Tych kilka pierwszych dni stycznia, kiedy magia świąteczna wciąż nieśmiało unosi się po domowych kątach, a herbata z imbirem jeszcze smakuje świętami, to najlepszy moment na przypominanie sobie ulubionych bajek z dzieciństwa. Koniecznie na fotelu przy mrugającej światełkami choince:).

"Boże Narodzenie w Bullerbyn" to zilustrowany przez Ilon Wikland album w nieco staroświeckim stylu, przypominający chropowatością papieru stare elementarze szkolne. Zakup tej książki miałam w planach od dłuższego czasu, bo zawsze tęskniłam za kontynuacją "Dzieci z Bullerbyn", a Ilon Wikland uważam za najlepszą ilustratorkę książek dla najmłodszych. 

"Dzieci z Bullerbyn" bez firanek, półeczek, pyzatych buzi szwedzkiej gromadki bohaterów, okiennych pelargonii, lalek, kanek, dzbanków, porcelany, gorących kuchennych piecyków i domowego nieładu wyrysowanego ręką Ilon Wikland, chyba nie robiłyby na mnie samą treścią takiego wrażenia, jak robią w komplecie z ilustracjami:). 

Wiele lat temu moje wydanie z niebieską okładką (zakup tej książki w osiedlowej księgarni, potrafię wręcz odtworzyć w pamięci krok po kroku), było nieskończoną inspiracją do zabaw, meblowania wakacyjnych domków w starej wędzarni dziadków i nadal jest najbardziej eksploatowaną książką, jaką posiadam.

Już wiem, że i "Boże Narodzenie w Bullerbyn" będę często ściągać z regału. Uwielbiam tę książkę za ciepłe kolory przywodzące na myśl blask choinkowych świeczek i światło domowego kominka oraz za błękitny, zimowy mróz wymalowany tak sugestywnie, że uszy szczypią przy czytaniu. 

Świąteczny czas w Bullerbyn rozpoczyna się wielką zwózką drewna, aby w czasie przygotowywania wigilijnych pieczeni oraz ciast, nie zabrakło opału w kuchniach Zagrody Północnej, Środkowej i Południowej. Potem już tylko pieczenie pierników w uroczym kuchennym nieładzie i rozgardiaszu przysypanym obficie mąką oraz szukanie najpiękniejszego drzewka w lesie i dzieci z Bullerbyn przechodzą do zasadniczej części świąt: kolacji, prezentów, porannej bożonarodzeniowej mszy, na którą udają się konnym zaprzęgiem oraz zabaw na śniegu, których tak bardzo nam brakowało podczas Bożego Narodzenia, które już za nami.

Pięknie zilustrowała Ilon Wikland szwedzkie zwyczaje świąteczne, a Astrid Lindgren ubrała je w pełną uroku i dziecięcego śmiechu opowieść. "Boże Narodzenie w Bullerbyn" to książka pełna szczegółów i drobiazgów, które z przyjemnością wychwytuje w tekście i na ilustracjach czytelnik w każdym wieku, prawdziwa ozdoba moich półek z książkami:).

Boże Narodzenie w Bullerbyn. ( Jul i Bullerbyn. )
Astrid Lindgren
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2012

niedziela, 24 listopada 2013

Babie lato wtedy bywa, gdy w słońcu się snują pajęcze przędziwa. Jesienne werble. Diana Gabaldon.


Kiedy jesień w październiku zaczęła w końcu przypominać tę prawdziwie złotą z ludowego porzekadła zamieszczonego w tytule posta, zaczęłam się powoli poddawać jej urokowi i szukać jesieni również w wybieranych do czytania książkach:). W bibliotece znalazłam więc powieść o bardzo jesiennym tytule - tom czwarty cyklu "Obcej" Diany Gabaldon.

Po "Jesienne werble" wyprawiłam się na daleki spacer do nieznanej mi jeszcze krakowskiej biblioteki, której zbiory bogatsze od stanu posiadania mojej osiedlowej biblioteki, zachęcają do dłuższej z nią znajomości:). Jesień w tytule czytanej książki i za oknem, gorąca herbata i smakołyki prosto z sadu, w postaci ostatniej dojrzewającej przed zimą, bardzo słodkiej odmiany jabłek, to był mój przepis na minione już październikowe wieczory.

W poprzednim tomie Claire i Jamie odnaleźli się po wieloletniej rozłące i śladem setek uciekinierów politycznych wyruszyli w podróż do Nowego Świata. Jak bardzo pokomplikowała się ta wyprawa przeczytacie w "Podróżniczce", o której pisałam rok temu. W "Jesiennych werblach" szukałam nie tylko aktualnej pory roku, ale przede wszystkim..."Domku na prerii":). Szalenie mi się podoba ta część historii Stanów Zjednoczonych, która pisana jest biografiami pierwszych osadników,  a że nie znam wielu tytułów opowiadających o życiu amerykańskich pionierów, nawet fantastyczno-historyczny romans miałam ogromną ochotę przeczytać, żeby znaleźć w nim choćby wzmianki o tym jak wyglądało życie farmerów w dzikich rejonach Nowego Świata. Pod tym względem na tej książce się nie zawiodłam. 

W tomach poprzednich prześledziliśmy rzeczywistość XVIII-wieczną Szkocji, Francji, targały czytelnikiem morskie sztormy oraz przewroty dziejowe. W tomie czwartym bohaterowie prowadzą bardziej osiadły tryb życia w amerykańskiej kolonii. Jamie buduje w Karolinie Północnej dom, uprawia ziemię, a Claire sprowadza na świat dzieci osadników, leczy mieszkańców okolicznych farm i marzy o budowie szpitala. 

Myślę, że autorka przed napisaniem każdego kolejnego tomu rozpoczyna wielkie wykopaliska w bibliotekach, konsultacje z naukowcami zajmującymi się historią XVIII wieku, a potem wszystkie znalezione informacje upycha w swoich książkach. Czasem wychodzi z tego pocieszna ekwilibrystyka, kiedy Brianna z właśnie odnalezionym ojcem przez kilka stron pląsa po łąkach w poszukiwaniu roju pszczół, które powiększyć mają przydomową pszczelarnię Fraserów, ale na tyle sugestywnie są opisane techniki hodowli pszczół, że nie ma powodu nie uwierzyć, że tak właśnie w XVIII wieku pracowali pszczelarze:).

Poza uczuciowymi komplikacjami, które w tym tomie są domeną młodszego pokolenia reprezentowanego przez Briannę, fantastycznie udało się powplatać w tę opowieść poważne zagadnienia historyczne. Choćby te o niewolnictwie, czy konfliktach osadników z rdzennymi mieszkańcami Ameryki, brak odporności Indian na roznoszone przez europejczyków choroby, dały autorce duże pole do popisania się wyobraźnią, świetne czytało się te fragmenty. Wychowana na książkach Jacka Londona, Jamesa Olivera Curwood, byłam zachwycona również opisami amerykańskiej przyrody, jej dzikości, nie skażenia ludzką działalnością.

Co typowe dla Amerykanów, to uwielbienie dla własnych osiągnięć i dziejów, w tych współcześniejszych wątkach jest fragment dotyczący dnia 16 lipca 1969, kiedy załoga Apollo 11 wylądowała na księżycu, który świetnie oddaje atmosferę święta, które musiało wtedy zapanować w amerykańskich domach.


Chociaż są poczesne fragmenty, wręcz inwentaryzacyjne, przygotowań zapasów na zimę przez bohaterów, to nie jesień znalazłam w "Jesiennych werblach", ale bardzo konkretną wiedzę o życiu w XVIII wiecznych amerykańskich koloniach. To jest dość nierówna książka, bywało nudno, zwłaszcza na początku, ale dla tych wątków mocno rozkręcających całą historię, warto przemęczyć te dłużyzny. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, że to niepoważna literatura, po którą nie warto sięgać, spokojnie może swoje obawy porzucić. Cały cykl jest bardzo wciągający, bohaterowie cudnie niejednoznaczni i dużo tu historii, więc warto przemóc opory i przeczytać książki Diany Gabaldon. Renesans trochę już zapomnianej "Obcej" zapewni serial nagrywany przez amerykańską stację Starz, który mam nadzieję dotrze i do polskich widzów:).

"Jesienne werble. Tom I. " Diana Gabaldon, 528 str.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Pół anioł, pół człowiek płakał nie nad sobą, lecz nad małym ludzkim stworzeniem, które nie wiedziało, co utraciło - i nigdy się tego nie dowie, nawet w godzinie śmierci. Tam, gdzie spadają anioły. Dorota Terakowska.

W moim dziecinnym pokoju wisiał obrazek Anioła Stróża chroniącego dwójkę dzieci przed upadkiem z urwiska w przepaść. To było moje pierwsze wyobrażenie o Aniołach. Stary oleodruk pojawia się w mojej głowie do dzisiaj na każdą anielską wzmiankę:). Nie mogło go zabraknąć i na wyspie książek, w charakterze ilustracji do dzisiejszego posta o wyjątkowej książce przeczytanej w październiku.
***
Pięcioletnia Ewa jest świadkiem niezwykłego widowiska. Pomiędzy niebem, a ziemią lecą złocisto-białe Anioły. Potężny łopot skrzydeł nie odrywa dorosłych od ich zajęć, w pokoju ojca pulsuje światło monitora, mama nie odrywa rąk i myśli od Piety, którą właśnie rzeźbi. Jedynym świadkiem spoglądającym na przelot Aniołów, pozostaje Ewa. To, co przy pierwszym spojrzeniu wydawało się pełną chwały prezentacją anielskich mocy, przy uważniejszym, kolejnym, okazuje się walką czarnych i białych Aniołów. Podążając przez łąkę do lasu śladem skrzydlatych istot, Ewa dostrzega upadek na ziemię Anioła, któremu nie udało się umknąć szponom czarnego brata.

Upływające lata zacierają w pamięci dziecka widziany tego dnia obraz. Ewa jest już nastolatką, wyróżniającą się na tle swoich rówieśników. Nad wiek dojrzała i ulegająca rozlicznym wypadkom, w wyniku których ciągle ląduje na szpitalnych oddziałach, wzbudza coraz większy niepokój babci i rodziców. Jedynym przyjacielem z którym dziewczynka porozumiewa się językiem tajemnic i sekretów jest Bezdomny, od kilku lat zamieszkujący osiedlową ruderę. Na dachu domu Bezdomnego  uwił sobie gniazdo czarny ptak, który uwielbia przesiadywać na drzewie i spoglądać w okno pokoiku Ewy. Za każdym razem, kiedy ptak pojawia się na przydomowej wiśni, Ewa ulega jakiemuś wypadkowi.

Kiedy dziewczynka zapada na białaczkę, jej religijna babcia ma pretensje do Anioła Stróża wnuczki, który z niezrozumiałych powodów nie wywiązuje się z przydzielonego mu zadania ochrony Ewy. A może upadek Anioła widziany wiele lat temu i powracający do Ewy we śnie, to właśnie historia jej utraconego Anioła Stróża?

Rodzina Ewy łapiąc się tej ostatniej nadziei na ocalenie córki, rozpoczyna poszukiwania zaginionego Anioła Stróża. Przygotowania teoretyczne taty, poważnego naukowca, przekopującego się przez tony literatury, prowadzą go od świadectw osób, które doznały opieki swojego Anioła Stróża, poprzez biografie filozofów i wszystkie religie świata. Fascynująca to podróż dla czytelnika, która uświadamia, że skrzydlate postaci Aniołów zdobią nawet prastare jaskinie i resztki miejskich murów, pozostałych po dawno wymarłych cywilizacjach. Wybitny filozof Emanuel Swedenborg ( przyjaciel Immanuela Kanta ), miał ze swoim Aniołem Stróżem "stałe łącze", czego wiarygodne świadectwa pozostawili w swoich wspomnieniach jego przyjaciele i współpracownicy. Również internet pełen jest Aniołów, a dokładniej bardzo konkretnej wiedzy angeologicznej.

Nie tylko o poszukiwaniu Aniołów opowiada książka Doroty Terakowskiej. Podobnie jak w innych swoich powieściach autorka pod powierzchnią fantastyki, ukryła najprostsze prawdy o życiu człowieka. Natura dobra i zła zgłębiana jest w dialogach pomiędzy Aniołem Ave i jego czarnym bratem Veą, które jako żywo przypominają rozmowy Wolanda i Mateusza w "Mistrzu i Małgorzacie". Są tutaj i intrygujące rozważania o sztuce:
- Boję się, że mama nie jest wielką artystką. Zauważyłam, że nic jej nie boli nawet wtedy, gdy rzeźbi ból. [...] -Van Gogh cierpiał, gdy malował. Obciął sobie ucho, wiesz? Beethoven, gdy komponował, płakał. Bo był głuchy. Nie tak jak ty, tylko naprawdę. Goya, wielki artysta, całe życie był przerażony, że inkwizycja spali go na stosie. A Boschowi śniły się potwory, które malował, bał się spać. Gustaw Mahler, taki kompozytor, cierpiał na depresję, a Czajkowski prawie zwariował.
To również książka o samotności dziecka, zaniedbywanego przez zapracowanych rodziców, które nawet nie buntuje się przeciwko takiemu stanowi rzeczy i starając się nie sprawiać dorosłym kłopotów, odsuwa się od nich i zamyka w sobie. Także o dorosłym wymiarze samotności na przykładzie milczącej Pani Samej, przemykającej cichutko uliczkami osiedla.

Przepiękna historia, mimo, że napisana bez patosu i gry na emocjach, wbija w fotel prostotą przekazu, przed którym czytelnik nie chce się bronić, z uwagą przyjmując zawarte w nim prawdy. Zapraszam do lektury i przebogatej w  wrażenia podróży przez mitologie, historię filozofii, religie całego świata, bo całe to bogactwo udało się zmieścić Dorocie Terakowskiej w tej niewielkich rozmiarów książce. Oprócz bardzo konkretnej wiedzy angeologicznej, znalazło się tutaj, ku mojej wielkiej radości i miejsce dla starych oleodruków z dziecinnych pokoi:).

Tam, gdzie spadają anioły.
Dorota Terakowska, 255 str.

wtorek, 8 października 2013

Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. Zdobywam zamek. Dodie Smith.


Sezon czytania przy rozgrzanym do czerwoności piecyku i akompaniamencie muzyki płonących drewnianych szczap otworzyłam w tym roku lekturą powieści Dodie Smith "Zdobywam zamek". To mój ulubiony rodzaj muzyki towarzyszącej czytaniu:). Za oknami królował zimny i ponury wrzesień, a w domu dające poczucie bezpieczeństwa światełka, błyski i szumy płomieni w piecu.
***
Powieść Dodie Smith ukazała się w języku polskim na długo po zrobieniu oszałamiającej kariery pośród angielskich czytelników. Wyszukiwana na regałach jako niezawodne lekarstwo na chandrę, powieść - pocieszycielka, swój urok lektury kojącej emocje czytelnika, zawdzięcza niezwykłemu miejscu akcji.

W bezludnych ostępach hrabstwa Suffolk*, w niszczejącym zamku mieszka ekscentryczna rodzina Mortmainów: rodzeństwo Rose, Cassandra i Thomas, ich ojciec i macocha Topaz. W czasach popularności pierwszej i jedynej powieści napisanej przez głowę rodziny, Mortmainowie wydzierżawili zamek od arystokraty zamieszkującego dwór Scoatney Hall. W cieniu wieży Belmotte, pośród ruin i zimnych zamkowych murów, niemożliwych do ogrzania w żadną porę roku, prowadzą coraz skromniejsze życie, opisane w pamiętniku przez siedemnastoletnią Cassandrę.

Cassandra opisuje emocje, krajobrazy i kolejne wydarzenia z wysokości kurnika, zamkowych murów, zlewu, sterty sieczki w stodole, starych fortyfikacji. Dzięki tak niezwykłej perspektywie, jej opowieść nabiera bardzo bajkowych właściwości:).

Jedyną możliwością ucieczki od mało romantycznej biedy, w jaką po utracie weny twórczej przez ojca popadła cała rodzina, wydaje się Cassandrze i jej starszej siostrze Rose, małżeństwo z pierwszym napotkanym bogaczem:). W popadającym w ruinę zamku, otoczonym morzem błota, jak malowniczo określa swoje życiowe położenie Rose, zamożni kawalerowie są niestety towarem deficytowym. Dylemat młodych panienek, zaczerpnięty z "Dumy i uprzedzenia" rozwiązuje Dodie Smith w podobny Jane Austen sposób. Nadzieja dziewcząt na bogate zamążpójście nabiera realnych kształtów na wieść o otwarciu pobliskiego dworu Scoatney Hall, przez jego dwóch przybyłych z dalekiej Ameryki dziedziców.

- Czy pomyślałaś o czymś, kiedy panna Marcy powiedziała, że Scoatney Hall znów będzie otwarte?
No tak, pomyślałam o początku powieści "Duma i uprzedzenie", kiedy pani Bennet mówi: "Wydzierżawiono nareszcie Netherfield Park."  A potem pan Bennet jedzie tam złożyć wizytę bogatemu nowemu właścicielowi.
- Pan Bennet nie był mu winien żadnego czynszu - zauważyłam.
- Nasz ojciec i tak by nie pojechał. Jak ja bym chciała żyć w powieści Jane Austen!
Powiedziałam, że ja wolałabym żyć w powieści Charlotte Brontë.
- Co byłoby przyjemniejsze: Jane z odrobiną Charlotte czy Charlotte z odrobiną Jane? - spytała Rose.
Jest to ten rodzaj dyskusji, który bardzo lubię, ale chciałam pisać dalej, więc tylko powiedziałam:
- Pięćdziesiąt procent każdej byłoby idealne.**

Takich pysznych rozmów o literaturze jest w tej powieści więcej, nad historią mieszkańców zamku unosi się literacki duch wspinającej się po szczeblach drabiny społecznej Becky Sharp i całej plejady heroin stworzonych w wyobraźni Jane Austen oraz sióstr Brontë. Zasady romansowania w stylu znanym z powieści Jane Austen usiłują panny Mortmain wcielać w życie w latach 30 wieku XX, testując je na dziedzicach Scoatney i gwarantując dobrą zabawę przy lekturze czytelnikowi.

Urocza opowieść z galerią oryginalnych postaci ozłociła mi niespełniający wymogów złotej polskiej jesieni, burawy wrzesień. Z radością dołączam się do grona zachwyconych czytelników i umieszczam swój egzemplarz, wydany w bardzo romantycznej szacie, pośród innych książkowych utulaczo - pocieszaczy, bo to powieść do której kiedyś wrócę na pewno.

Zdobywam zamek. ( I capture the castle., 1948 )
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2013, 351 str.
* str. 11,** str. 28 - 29

Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...