środa, 8 czerwca 2016

Biblioteka Brzozowego Zagajnika i Zamek na wrzosowisku.


Mój dom na wsi ma rozliczne zalety, jedną z nich, ważną z punktu widzenia tematyki bloga jest posiadanie alternatywnej do miejskiej - wiejskiej biblioteki :) Biblioteczka Brzozowego Zagajnika gromadzi książki wywiezione z Krakowa w różnym czasie i z bardzo różnych powodów, trzon stanowią tzw. książki jednokrotnego czytania, których staram się obecnie kupować jak najmniej, ale wciąż trafiają się jakieś okazje w marketowych koszach z tanią powieścią, czy w księgarni na Grodzkiej, którym nie potrafię się oprzeć. Po przeczytaniu i uznaniu, że długo, albo wcale już do danej książki nie zajrzę układam stosik wywózkowy i zabieram ze sobą na wieś, potem przywiezione powieści rozlokowuję na regale. 

Duża część księgozbioru w Brzozowym to staruszki, które większość swojego książkowego żywota spędziły w piwnicznych kartonach i po latach życia w ukryciu, nareszcie mogą rozprostować stare stronice na regale ;) Oczywiście o książki dbam i nawet te w pudłach w piwnicy są tak zapakowane, żeby kurz nie pokrył ich grubą warstwą, a piwnica na szczęście nie jest w klimacie średniowiecznych, wilgotnych lochów, więc wilgoć nie zabiła starego księgozbioru. 

Jest też sporo książek od znajomych likwidujących swoje biblioteki, z których pozbierałam prawdziwe perełki, choćby Kroniki Bolesława Prusa, które podczytywałam, żeby uniknąć wyrzutów sumienia, że trwonię czas na romans historyczny. Swoją drogą romans to doskonała lektura, kiedy żar z nieba się leje, a prace porządkowe w ogrodzie, domu i sadzie wydają się niekończącą się historią, ale o tej książce kilka słów później. Po kątach regału poupychałam stare podręczniki z historii, bo te zbieram od zawsze, ostatnio udało mi się przy okazji znaleźć podręcznik z 1 klasy LO, 3 pozostałe mam w Krakowie i chociaż to akurat nie z nich sama się uczyłam, bardzo lubię je przeglądać, poza nimi w bibliotece swoją przystań znalazły podręczniki z botaniki, geografii, stare komiksy i masa ciekawostek, które co jakiś czas odnajduję po latach.

Z jednej strony zaczytaniu w Brzozowym Zagajniku sprzyjają przecudne okoliczności przyrody, nie mieszkamy przy drodze, tylko schowani za zielenią lasu i łąki, a od najbliższej drogi o większym natężeniu ruchu oddzielają nas...trzy naprawdę gęste lasy, dwie rzeki i potok :), na podwórku jest cichuteńko, no poza ptasimi trelami, ale one akurat uprzyjemniają lekturę i trudno je w kategoriach hałasu rozpatrywać, mieszkając na co dzień w gwarnym mieście. Cała działka usiana jest ławeczkami, leżakami, w stodole króluje huśtawka, więc umościć sobie miejsce w którym zapaść w lekturę, a potem w drzemkę, śniąc o przeczytanych przygodach jest bardzo łatwo ;) Od ciągłego leniuchowania z książką na leżaku odrywa praca w ogrodzie, sadzie i zagajniku, zawsze jest jakaś roślina do zasadzenia, przesadzenia, gałęzie do obcięcia, drewno do pocięcia i ułożenia na zimę, a dom domaga się sprzątania, bo jest z rzadka zamieszkiwany, ale to jest taki rodzaj pracy, który uwielbiam :)

Ostatnim razem przed wyjazdem uszykowałam "misiowy tobołek" (torby na książki zdobią misie, stąd ich poetyczna nazwa) z kilkoma książkami z miejskiej biblioteczki przygotowanymi do wywiezienia na wieś, przy okazji robiąc przestrzeń na nowe zakupy i z książką, którą miałam aktualnie w czytaniu. Tobołek został jednak zapomniany w Krakowie, a ja zrobiłam nocą wymuszone porządki i przegląd generalny w biblioteczce Brzozowego Zagajnika, żeby znaleźć sobie coś do czytania. 

Odkryłam przy okazji porządków masę książek nie przeczytanych, jakiś czas temu na przykład kupowałam powieści Jane Austen sprzedawane w pakiecie z romansem historycznym, zebrała się tych drugich mała kolekcja, którą wywiozłam na wieś i zupełnie o nich zapomniałam, i tak znalazłam "Zamek na wrzosowisku" Meagan McKinney powieść uroczo głupiutką, wykorzystującą wszystkie znane z kobiecej literatury motywy: tajemniczy ogród, zamek i jego gburowaty właściciel, duchy, guwernantka, powieści sióstr  Brontë i F. Hodgson Burnett wychylają się z tajemniczych zamkowych komnat, a całość zdaje się parodią gatunku, bardziej niż przyzwoitym czytadłem. Cała opowieść byłaby bardziej znośna, gdyby główni bohaterowie mniej stron przegadali, przynudzając okrutnie, mniej się powtarzali, a porównania nie były tak zabójczo głupie. Na okładce autorka przyznaje, że dla pisania romansów porzuciła pracę biologa, jakoś to wyznanie napawa mnie smutkiem po lekturze, chociaż bawiłam się momentami naprawdę nieźle, ale chyba nie o ubawienie czytelnika chodziło autorce. 

Po przeczytaniu "Zamku..." zabrałam się za przegląd lektur z dzieciństwa, znalazłam na przykład "Złotą kulę" Hanny Ożogowskiej, a myślałam, że książka dawno przepadła, podczas którejś z przeprowadzek. Być może podczas kolejnej wizyty na wsi zabiorę się za jej czytanie, sprawdzę, jak wrażenia po latach. W wiejskiej biblioteczce mam też albumy i leksykony przyrodnicze, najchętniej zaglądam do albumu o ptakach, żeby sprawdzić nazwy naprawdę licznych mieszkańców naszych drzewek, w pobliżu mamy bociany, wróble, drozdy, kosy, szpaki i masę ptaszków o dziwacznym upierzeniu, które nagle wyskakują nad głową ze świerków, tujowych alejek i płotów :)

Jak każdy mól książkowy zapasy książkowe mam zachomikowane wszędzie, gdzie dłużej przebywam, a dzięki przestrzeniom wiejskim nie martwią mnie kolejne książkowe zakupy, bo wywożę książki z mieszkania uwalniając miejsce pod takie, które chcę mieć stale przy sobie, bo lubię do nich zajrzeć od czasu do czasu :) Biblioteczka na wsi służy mi wiosną, latem, jesienią i zimą, jest bardziej różnorodna od tej, którą mam w Krakowie i żadnego klucza nie potrafię wymyślić do uporządkowania tego chaotycznego zbioru, ale tak jest nawet przyjemniej, bo przypomina mi ten księgozbiór tajemniczy splątany ogród, który niełatwo wyjawia swoje sekrety, tak jak Mary Lennox odkrywała nieznane gatunki roślin, tak ja odnajduje zapomniane książki, zastanawiając się skąd u licha mam tutaj tę powieść, przecież nawet nie pamiętam, kiedy ją kupiłam...

"Zamek na wrzosowisku"
Meagan McKinney
Wydawnictwo Amber 2009, 319 str.

piątek, 29 kwietnia 2016

Kiedy tak pada, kominki dymią, ubrania nawet we wnętrzach wilgotnieją, a chłód tak głęboko wżera się w kości, że wydaje się, iż nigdy już nie będzie ciepło. Kość z kości. Spisane własną krwią. Diana Gabaldon.


Osiem długich tomów, a ja nadal nie mam dość książek Diany Gabaldon i niecierpliwie czekam na kontynuację :) Dwie ostatnie czytane przeze mnie części cyklu: "Kość z kości" oraz "Spisane własną krwią" toczą się w czasach początku walki Amerykanów o niepodległość, przerażonych, że Wielka Brytania będzie blokować ich porty i tym samym przekreślać szansę na samodzielność gospodarczą kolonii. Podoba mi się to przeskakiwanie autorki od wydarzenia historycznego do wydarzenia, z kontynentu na kontynent. Diana Gabaldon, aby stworzyć tę opowieść musiała biegle poznać historię wieku XVIII, by potem przedstawić czytelnikom realia tego czasu od życia szkockich klanów, poprzez życie na francuskim dworze królewskim oraz na wzór "Domku na prerii" w amerykańskim gospodarstwie w górach Karoliny Północnej. Aby zabrać czytelnika w bajeczną podróż po wieku XVIII poza suchymi faktami poznawanymi na lekcjach i wykładach historii, musiała doskonale poznać realia życia, zwyczaje mieszkańców kolonii (najmocniej zapadł mi w pamięć fragment o sadzeniu kapryfolium w pobliżu wygódek przez rolników z okolic Filadelfii, dotąd ta roślina kojarzyła mi się z romantycznymi opisami w powieściach L.M.Montgomery :)), od sposobów dbania, a raczej w naszym na ten temat pojęciu  nie dbania o higienę, przez metody leczenia, wszak główna bohaterka jest lekarzem, a tutaj należało upilnować sposobów leczenia i medykamentów stosowanych w dwóch jakże odmiennych epokach, po sposoby wojowania i prowadzenia gospodarstwa, bo z kolei główny bohater to żołnierz i rolnik :)

Każdą zdobytą przez Dianę Gabaldon informację, fakt historyczny poznane podczas lektury książek historycznych (pisarka ma fantastyczny księgozbiór, który wypatrzyłam na jej profilu na fb, kolekcja jej książek historycznych jest doprawdy imponująca), a także w czasie rozmów z zajmującymi się tą epoką historykami, udaje się zgrabnie powplatać w fabułę, budując wokół wciągającą intrygę. W tomie 7 mamy nawet okazję spotkać naszego sławnego za wielką wodą rodaka Tadeusza Kościuszkę, budującego fortyfikacje obozów wojskowych Armii Kontynentalnej i podczas bitwy pod Saratogą. Jamie Fraser zaprzyjaźnia się z naszym i Amerykanów bohaterem narodowym, a nawet pobiera od niego lekcje języka polskiego :D  Razem z bohaterami mieliśmy okazje jeszcze w początkach tomu 7 odetchnąć świeżym górskim powietrzem na nieskażonej ludzką działalnością ziemi w górach Karoliny Północnej. Potem nad powieścią unosi się kurz pól bitewnych, krew, pot, łzy i stada kruków ucztujących na dość dokładnie i odrażająco opisanych, rozkładających się zwłokach ofiar wojny. Wojna przedstawiona jest tak, jak zapewne każdy z nas ją sobie wyobraża w najgorszych koszmarach. Jest straszna dla cywilów, wojska tratują zasiewy i plony, od czego serca się krają niezamożnym przecież mieszkańcom kolonii, za wojskiem nadciąga cała masa szumowin posilająca się na tym, co armie zostawią jeszcze w zagrodach, wymiar sprawiedliwości nie istnieje, bijatyki, morderstwa, gwałty i głód to tło, które udało się autorce bez upiększeń pokazać.

Doskonale czyta się o kolejnych perypetiach dość oryginalnej rodziny Fraserów, Jamie Fraser jak na dżentelmena przystało bierze pod opiekę siostrzeńca Iana oraz rodzinę przybranego syna Fergusa. Bohaterowie, którzy rodzili się w dwóch pierwszych tomach, dorośli, założyli własne liczne rodziny i mają nie mniej awanturnicze i malownicze życiorysy od wuja i ciotki. Przy okazji dla uspokojenia akcji mamy okazję pomieszkać w Lallybroch, starą szkocką siedzibę Fraserów odwiedzamy kilka razy...w różnych epokach, jako miłośniczka wiejskich klimatów, uwielbiam czytać o prowadzeniu gospodarstwa, a takich fragmentów jest tutaj naprawdę sporo.

Z domu w Balnain droga była długa. A ponieważ był to styczeń w Szkocji - także mokra i zimna. Bardzo mokra. I bardzo zimna. Bez śniegu - żałowałam, że go nie ma, bo wtedy może Hugh Fraser nie wpadłby na ten szalony pomysł. Ale padało od wielu dni. Kiedy tak pada, kominki dymią, ubrania nawet we wnętrzach wilgotnieją, a chłód tak głęboko wżera się w kości, że wydaje się, iż nigdy już nie będzie ciepło.

W cyklu powieści Diany Gabaldon elementy fantastyki są w proporcjach nie przeszkadzających czytelnikowi nie przepadającemu za tym działem literatury, ja polubiłam stare szkockie legendy, które ożywają na kartach powieści.  Moja niekończąca się cierpliwość do zwrotów akcji, i brnięcie przez kolejne setki stron świadczy o tym, że to bardzo wciągająca lektura, bo ja zazwyczaj nie mam za grosz cierpliwości do powieści z rozbudowanym wątkiem romansowym. Chętnie przeczytałabym inne powieści Diany Gabaldon, na anglojęzycznej stronie fanów serialu widziałam "The Outlandish Companion", który chętnie zobaczyłabym na swojej półce. Chciałabym, żeby ktoś zabrał się za naszą historię, połączył ją z elementami fantastyki i wątkami romansowymi i stworzył taką łatwą później do przełożenia na język serialu opowieść. Aktualnie TV STARZ emituje 2 sezon serialu "Outlander", a konkretniej adaptację tomu 2 "Uwięziona w bursztynie", serial jest dopracowany w  najdrobniejszych szczegółach, kostiumy zapierają dech w piersiach, główne role obsadzono świetnymi aktorami, serial nagrano z rozmachem, zamek Leoch, statki którymi bohaterowie przeprawiają się na francuskie wybrzeże, drobiazgi z gabinetu uzdrowicielki Claire są przepiękne, widać, że nie oszczędzano na rekwizytach...i ten szkocki akcent głównego bohatera ;)

Uwielbiam powieści z historią w tle, Diana Gabaldon z wprawą doskonałego rzemieślnika ubrała fakty historyczne w zgrabnie opowiedziane tło, dodała bohaterów, których nie sposób nie polubić, elementy fantastyki i magii, upchnęła tysiące drobniejszych informacji, świadczące o jej ogromnej wiedzy o zielarstwie, medycynie, militariach wieku XVIII. To jest taki rodzaj baśni dla dorosłych, doprawionej ostrzejszymi fragmentami, w którą z przyjemnością zapada się wieczorami czytelnik i podróżując po wieku XVIII zapomina o otaczającej go rzeczywistości ;) 

"Obca" na wyspie książek
"Uwięziona w bursztynie" na wyspie książek
"Podróżniczka" na wyspie książek 
"Jesienne werble" na wyspie książek 
"Ognisty krzyż" oraz "Tchnienie śniegu i popiołu" na wyspie książek 
 "Kość z kości" 1016 str. "Spisane własną krwią" 996 str. Diana Gabaldon


środa, 13 stycznia 2016

W świecie Jane Austen. Lost in Austen.


Ilekroć zastanawiam się w którym ze światów przedstawionych w czytanych powieściach chciałabym się znaleźć, najlepiej jako główna bohaterka, nieodmiennie wychodzi mi że w świecie Jane Eyre. To z sentymentu do pewnego mocno sfatygowanego egzemplarza powieści, znalezionego na strychu podczas wakacji u babci i do obrazów, jakie tworzyły się w mojej wyobraźni podczas lektury w wypełnionym słońcem i zapachem jabłek sadzie,  trudno poznanej w takich okolicznościach książki, jej klimatu i autorki nie pokochać.

Zważywszy jednak na dramatyczny przebieg historii miłości Jane Eyre i pana Rochestera, zgodzę się z twórcami serialu "Lost in Austen", że śladem ich bohaterki bezpieczniej byłoby jednak współczesnej dziewczynie wylądować w sielskim świecie powieści Jane Austen, a dokładniej w najpopularniejszej z jej powieści "Dumie i Uprzedzeniu". "Lost in Austen" to miniserial komediowy nagrany z ogromnym dystansem do dzieła wielkiej pisarki, o czym za chwilę :)

Amanda Price mieszka z przyjaciółką w Londynie, ma niezbyt romantycznego chłopaka i pracę, którą sobie ceni, ale nie specjalnie ją lubi. Wieczory najchętniej spędza zaczytując się "Dumą i Uprzedzeniem" i marząc o znalezieniu się w XIX wieku oraz przeżyciu miłości na wzór tej, która połączyła Elizabeth Bennet i Fitzwilliama Darcy. Jej marzenia spełniają się za sprawą drzwi, które łączą łazienkę w jej londyńskim mieszkaniu ze strychem w Longbourn, a Elizabeth Bennet we własnej osobie pojawia się w jej wannie i pragnie zamienić się z nią miejscami. Jeżeli ktoś ceni sobie pierwowzór literacki, po takim wstępie poszuka sobie innego serialu, bo potem naginanie i naciąganie faktów będzie postępować w tempie strasznym :)

Nasza bohaterka na balach ostro popija, stawia na nogi przeziębioną Jane paracetamolem, kompletnie nie przystaje obyczajowością i zachowaniem do konwencji XIX-wiecznych powieści, a kiedy w końcu poznaje swoją platoniczną miłość - właściciela Pemberley, jest nim kompletnie rozczarowana, ale dzielnie usiłuje trzymać się fabuły i połączyć więzami małżeńskimi tych, którzy w wyobraźni Jane Austen zostali nimi omotani, nie bacząc na własne uczucie do bohatera książkowego i Bingleya, który chciwie wodzi właśnie za Amandą, a nie za Jane wzrokiem :) 

Na wiele ekranizacji bardzo poważnie podchodzących do tematu, przedstawiających książkowe realia z najdrobniejszymi szczegółami, strojami, meblami, porcelaną, ta jest kompletnie szalona, i tu przychodzi uczucie zazdrości, że Brytyjczycy mogą wydawać pieniądze zarówno na świetne, trzymające się treści ekranizacje, jak i na realizację kompletnie zwariowanych pomysłów, dzięki którym nawet rzadko sięgający po książki widz zapała zainteresowaniem i sięgnie po klasykę, to chyba i w tym po części tkwi tajemnica zaczytania brytyjskiego społeczeństwa.

Na uwagę zasługują grający głowę rodu Bennet - Hugh Bonneville (Lord Grantham z Downton Abbey), Alex Kingston - Pani Bennet oraz rewelacyjny Tom Riley (Wickham), który ukradł film paradującemu przez cztery odcinki z dość głupią i niewyraźną miną Elliotowi Cowanowi (Darcy).

Serial  zapewne już poznaliście, bo to produkcja z 2008 roku, ja sama obejrzałam go w okolicach jego premiery, jednak to, co ostatnio dzieje się za oknem i cały pesymizm jaki niesie ze sobą styczniowy wicher w połączeniu z zacinającym o szyby deszczem i wiosenną temperaturą, wymaga środków nadzwyczajnych, aby podnieść się nieco na duchu, ja wyszperałam jako antidotum ten zabawny film i może zabiorę się  za małą powtórkę powieści Jane Austen :)

W świecie Jane Austen. Lost in Austen. 2008 
reż. Dan Zeff

piątek, 8 stycznia 2016

Zima na regale z książkami i cztery zimowe stosiki.


Zima dla mola książkowego to ten ciemny, zapadającym przedwcześnie zmrokiem sezon w roku w którym niemal bez reszty może poświęcać swój wolny czas na ulubiony rodzaj aktywności, na czytanie. Ładna pogoda rzadko wyciąga mola z domu, może więc bezkarnie zakopać się pod ciepłym kocem z powieścią, wyplątując się z pieleszy tylko po rozgrzewające trunki :)

Zaczytaniu sprzyjają świąteczne okoliczności, które przynoszą nowości pod strzechę, zapakowane w ozdobne papiery, potem pochłaniane w fotelu przy choince, koniecznie jak najbliżej kaloryfera. Przed świętami przyjemnie odwiedzać księgarnie i robić przegląd książek, które chętnie zabralibyśmy do domu, albo ofiarowali najbliższym, by trzy minuty po rozpakowaniu ustawić się w kolejce do wypożyczenia ;) W tym roku mój stosik świątecznych nowości składał się z trzech tomów, dwóch pięknych wydań książek już mi dobrze znanych "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" z mrocznymi, nastrojowymi ilustracjami Jima Kay oraz "Tajemniczy ogród" zilustrowany przez Ingę Moore, trzecia książka to nowość: "Feblik" Małgorzaty Musierowicz, ( to właśnie "Feblikiem" zaczytywałam się podczas świąt ).

Kolejną zimową przyjemnością jest przegląd własnych zbiorów podczas świątecznych porządków, tych gromadzonych na domowych regałach, poupychanych w półkach, bo na regale nie starczyło dla nich miejsca, i przy sprzątaniu piwnicy przegląd kartonów, gdzie oprócz starych zeszytów, podręczników, notatek, atlasów, znajdzie się czasem zapomniany skarb, ja w tym roku znalazłam "Tajemniczą wyspę" Juliusza Verne, którą wiele lat temu dostałam, jako nagrodę w szkolnym konkursie i jakoś dotąd jej nie przeczytałam. Naręcza takich znalezisk ustawiam potem w przyjemny stosik uspokajający tzn. taki na którego zerknięcie daje mi poczucie bezpieczeństwa, że mam coś nieczytanego w domu, że to szalenie ważne wie chyba tylko inny mól książkowy ;) 

Kolejny, trzeci rodzaj zimowego stosiku to taki z książkami już czytanymi, ale takimi do których warto byłoby, któregoś długiego wieczoru zajrzeć. Dwa lata temu znalazłam stare wydanie "Opowieści z Narnii", a jak wiadomo nie ma przyjemniejszej na czas świąteczny lektury niż pierwszy tom: "Lew, czarownica i stara szafa", mój egzemplarz kupiony na portalu aukcyjnym to pięknie zachowany staruszek, który przyjemnie bierze się do ręki :) Dla rysunków zimowych domków na wsi i skradających się pośród drewnianych chałup wilków, mam pod ręką "Razem ze słonkiem. Zima". Tom zimowy jest wyjątkowo pięknie zilustrowany, na tyle, że zabiera nas w podróż w czasie na Polską wieś, na której dzień rozpoczyna rozpalenie ognia pod piecem kaflowym, aby ogrzać z rana opatulone pierzyną dzieciaki i rozbicie cienkiej warstwy lodu w wiaderku z wodą, nocami w takiej chałupie łuna zza drzwiczek i nieszczelności kaflowego pieca, rozświetla na fioletowo wnętrze, a za oknem od zimowego lasu wyją wilki. Podobny klimat ma "Szkoła nad obłokami" Marii Kownackiej napisana góralską gwarą, pisany pomnik ciężkiej zimy na wyżynach Beskidu Sądeckiego. "Dzieci z Bullerbyn" i "Boże Narodzenie w Bullerbyn" również znajdują się rokrocznie na stosiku do zimowego przypomnienia. 

Ostatni, czwarty zimowy stosik to rezerwa woluminów bibliotecznych ;), bo przecież nigdy nie wiadomo, czy podczas świąt bardziej niż na nowości nie będziemy mieć ochoty na jakąś wypożyczoną biblioteczną starowinę, a później kiedy zimowy mróz i śnieg rozkręcą się w styczniu na dobre, lepiej książkowe zapasy mieć już w domu, zamiast przedzierać się po nie do osiedlowej biblioteki ;)  W święta, które minęły brakowało nam zimowej oprawy, a śnieg i mróz można wyczarować z pomocą "Długiej zimy" Laury Ingalls Wilder, w bezśnieżną zimę zawsze przynoszę książki z serii "Domek na prerii" i mam nadzieję, że w końcu będę miała swoje egzemplarze na regale, bo liczę na ich wznowienie, dla takich fragmentów, jak ten poniżej :)

Zdawało się, że nawet języki ognia wirują w tańcu, a cienie tańczą wokół ogniska. Tylko nowy dom stał nieporuszony w ciemnościach nocy, dopóki na niebie nie pojawił się ogromny księżyc, który wydobył go z mroku, oświetlił jego szare ściany i rozsypane wokół żółte drzazgi i szczapy. ("Domek na prerii" s.36)

Jesienią zmieniłam w domu fotele i kanapę na większe i wygodniejsze, zaopatrzyłam się w kilka dodatkowych koców i poduszek, mam też w końcu wymarzone puchate dłuższe kapcie, więc przygotowałam się do  zimy wyjątkowo sumiennie w tym roku :P Za chwilę przygotuję sobie zbożową kawę (jej powrót do menu zawdzięczam wiejskim klimatom podchwyconym z ostatnio czytanego "Domku na prerii") i zabieram się za drugi z zimowych stosików i czytanie "Tajemniczej wyspy", dlatego żegnam się życzeniami udanego weekendu i do napisania wkrótce ;)



czwartek, 7 stycznia 2016

Mary Lennox nasłuchała się wiele o czarach w bajkach swojej ayah i zawsze później twierdziła, że to, co stało się w tamtej chwili, były to oczywiste czary. Tajemniczy ogród. Frances Hodgson Burnett.


Wyobraźcie sobie ogród ukryty za murem zarośniętym splątanym, nawarstwiającym się od dekady bluszczem, zamknięty na rozkaz pogrążonego w bólu po stracie żony właściciela tajemniczego dworu o stu pokojach i klucz do tego ogrodu w kieszeni wełnianej sukienki małej dziewczynki, wychowanej w dusznych Indiach. Przez kilka dni przyglądacie się wędrówce panny Mary po pokrytej szronem skrzypiącej trawie w poszukiwaniu drzwi do ogrodu, do którego nikt nie ma prawa zaglądać.  

Mary Lennox nasłuchała się wiele o czarach w bajkach swojej ayah i zawsze później twierdziła, że to, co stało się w tamtej chwili, były to oczywiste czary.
Po ścieżce wzdłuż muru przeleciał podmuch wiatru, silniejszy niż poprzednie; dość mocny, by zakołysać konarami drzew, a tym bardziej, by rozgarnąć długie, zwieszające się z muru pędy nieprzycinanego bluszczu. Mary podeszła do ptaszka bliżej, gdy nagle wiatr odchylił luźne pędy, a dziewczynka szybkim ruchem chwyciła coś, co dojrzała pod bluszczem : okrągłą, zakrytą liśćmi gałkę, stanowiącą klamkę do furtki.

Odtąd możecie za murem znikać i nikomu nie przyjdzie do głowy szukać was w miejscu o którym zamazano pamięć na długie lata. Ekscytująca perspektywa nawet dla dorosłej kobiety, miejsce, w którym można się choćby spokojnie zaczytać :)

Takie kuszące wizje tajemniczego ogrodu rozciągnęła przed czytelnikami Frances Hodgson Burnett. Do "Tajemniczego ogrodu" warto powrócić w każdym wieku, do dziecięcej wyobraźni przemawiają bohaterowie i ich przygody, dorosły czytelnik może skupić się na kontemplowaniu urody angielskich wrzosowisk, ogrodów i zabytkowych dworów o bogatej historii. Mam już swój egzemplarz "Tajemniczego grodu" (chociaż po raz pierwszy czytałam powieść przyniesioną ze szkolnej biblioteki, która z perspektywy czasu urosła w mojej wyobraźni do rangi komnaty tajemnic i skarbów, którą chętnie bym teraz od szkoły podstawowej wykupiła na własność wraz z księgozbiorem, żeby powrócić do krainy dzieciństwa :D), ale zawsze marzyło mi się ilustrowane, monumentalne wydanie, jakimi zachwycały anglojęzyczne blogi, zwłaszcza ilustracje Ingi Moore wpadły mi jakiś czas temu w oko, bo oddawały urodę opisów autorki i trochę przypominały w swej maestrii filmową, mistrzowską adaptację w reżyserii Agnieszki Holland. Wydawnictwo Zysk i Spółka na szczęście również zauważyło dzieło Ingi Moore i oddało tuż przed świętami w ręce polskiego czytelnika, aby mógł obdarowywać klasyką w przepięknym wydaniu dzieciaki czytające i takie, które do czytania chciałoby się przekonać, (dorośli czytający wyciągający z pod choinki i wygrzebujący z ozdobnych papierów tę książkę powinni być równie zadowoleni :))

Co cieszy niezmiernie to...ilość obrazków, wydanie nie zawiera wrzuconych na odczepnego dziesięciu większych ilustracji i do widzenia, tylko jest naprawdę wypełnione po brzegi angielskimi ogrodami, roślinami, zwierzętami, postaciami. Piękne jest wnętrze Misselthwaite Manor, nawet obrazy na ciemnych korytarzach rezydencji przykuwają wzrok czytelnika na dłużej. A tajemniczy ogród początkowo pełen splątanych gałęzi, delikatnych kiełków wiosennych kwiatów, zaniedbany, zapomniany, ale piękny odcieniami brązów i rudości, splątanymi pędami róż, z kamiennymi altanami, masywnym murem, rudzikiem i Mary, jako jedynymi świadkami budzącego się wiosną z uśpienia ogrodu jest tak piękny, że mimo śniegu za oknem poczułam zew własnego ogrodu i wiosenny wilgotny, próchniczy aromat budzącej się do życia ziemi :) Potem przychodzi lato i paleta barw wręcz onieśmiela, przyglądanie się wyrysowanym przez ilustratorkę kwiatom, które sama sadzę we własnym ogrodzie to kolejna ogromna przyjemność, jaką oferuje książka.

Dobrze mieć tę książkę w rękach bez konieczności zamawiania anglojęzycznego, drogiego wydania. A jeżeli do tego dodać fakt otrzymania tej książki po choinkę to jej magia działa na wyobraźnię ze zdwojoną mocą, zwłaszcza że w styczniu ze śniegiem i mrozem za oknami, świecącą choinką i gorącą czekoladą bezkarnie i z przyjemnością wraca się do świata dziecinnych powieści :)

Tajemniczy ogród.  Frances Hodgson Burnett 
Zysk i Spółka 2015, 320 str.


niedziela, 1 listopada 2015

Pchnęła do góry klapę i znalazła się na strychu. Niemiecki bękart. Camilla Läckberg.

Camilla Läckberg w swoim domu/fot.znaleziona w internecie
Lubię mieć w torebce książkę na wypadek dłuższej jazdy komunikacją miejską, czy utknięcia w kolejce. Przemierzanie autobusami pięknego jesiennymi kolorami Krakowa nie jest uciążliwe, bo moje miasto nie może się znudzić, dlatego wypożyczyłam książkę możliwie najprostszą w swej konstrukcji i nie wymagającą jakiegoś przesadnego skupienia, żeby umożliwiała mi równoczesne kontemplowanie widoku za oknem i nie gubienie się w literkach ;)

To nie jest moje pierwsze spotkanie z autorką, czytałam już "Kamieniarza"  Camilli Läckberg, teraz przyszła kolej na "Niemieckiego bękarta". Konstrukcja obydwu powieści jest podobna, akcja biegnie dwutorowo, z domu pisarki Eriki Falck i policjanta Patrika oraz z ospałego komisariatu w niewielkim nadmorskim kurorcie Fjällbaca,  przenosimy się w przeszłość, poznając losy czwórki nastolatków przeżywających swoją młodość w latach II wojny światowej.

Camilla Läckberg trafiła w gust czytelników, o czym świadczy ilość przekładów i popularność jej powieści w bibliotekach i księgarniach. Każdy kolejny tom jest oczekiwany i chętnie kupowany, czy zamawiany w bibliotekach wiele miesięcy po premierze ( sama mam problem z wypożyczeniem "Pogromcy lwów", wyprzedza mnie jakichś pięciu innych chętnych, ech, ten zaczytany Kraków :) ), pomimo że jej książki to na pewno nie jest literatura wysokich lotów. Ot, najprostszym możliwie językiem drewniano-przewidywalni bohaterowie wygłaszają monotonne kwestie, których się po nich spodziewamy, jak w 500 odcinku jakiegoś serialu obyczajowego. Kilka tematów w szwedzkim mainstreamowym przekazie naczelnych, czyli walka z rasizmem, nazizmem, homofobią. Z jednej strony, tej złej, prymitywizm, agresja, żadnej głębi postaci, po drugiej, dobrej stronie, tolerancja i kompletna bezrefleksyjność. To jest książka pisana według jakiegoś wyuczonego schematu, po pisarskim kursie.

Teraz o zaletach, bo przecież mam ochotę sięgnąć po kolejne tomy :) Co najbardziej przyciąga mnie w książkach to wplatanie wątków historycznych w fabułę, wyszperane w kufrze amerykańskim ( starej drewnianej skrzyni wzmocnionej blachą, do której Szwedzi pakowali dobytek i emigrowali do Nowego Świata ) pamiątki po matce Eriki: pamiętnik i nazistowskie odznaczenie, zapoczątkują poszukiwania w bibliotekach, archiwach, brakujących elementów przeszłości matki głównej bohaterki. Zapomniana historia wpływa na współczesne wypadki i zdaje się mieć związek z popełnionymi współcześnie morderstwami.
  
Postawiła nogę na pierwszym stopniu. Z dołu dochodził radosny śmiech Mai. Patrik bawił się z nią w salonie. Te odgłosy ją uspokoiły, mogła wejść na następny stopień. Potem jeszcze pięć. Pchnęła do góry klapę i znalazła się na strychu. W powietrze uniósł się tuman kurzu. Rozmawiali z Patrikiem o tym, żeby w przyszłości, gdy Maja będzie starsza, urządzić sobie tutaj kącik. Ale na razie był to najzwyklejszy strych z podłogą z desek i spadzistym dachem z odsłoniętym belkowaniem. I z mnóstwem rozmaitych rupieci, zabawek na choinkę, ubranek, z których wyrosła Maja...

Znajomość z łączącymi wątki kryminalne z obyczajowymi powieściami Camilli Läckberg odświeżyłam za sprawą obejrzanego z wielką przyjemnością serialu z 2013 roku, zatytułowanego "Morderstwa w Fjällbace". Serial oddaje nieco ospały urok małego nadmorskiego miasteczka, a serialowa Erika, czyli Claudia Galli jest równie sympatyczna, jak ta książkowa. To chyba głównie Erika Falck i jej życie rodzinne wzbudzają zainteresowanie oraz ciepłe uczucia u czytelnika i chyba tylko z ciekawości, jak się chowa Maja i kiedy urodzą się tej parze kolejne dzieci, sięgnę kiedyś po następne tomy ;)

piątek, 2 października 2015

Jak w komiksie. Co nas nie zabije. David Lagercrantz.

Jesień w odsłonie deszczowej sprzyja sięganiu po kryminały, nie tylko blogowa brać potwierdza tę ludową mądrość, również podczas moich nieprofesjonalnych obserwacji socjologicznych w krakowskim MPK wychwytuję okładki lepiej i mniej znanych skandynawskich hitów eksportowych :) Właśnie dlatego, że sama nabrałam ochoty na mroczny kryminał skandynawski i trochę przez nachalną reklamę nie pozwalającą tytułu zapomnieć, kupiłam kontynuację Millenium Lagercrantza. Przez to bombardowanie reklamą, jakoś nie mam oporów przed napisaniem na wstępie: spokojnie poczekajcie na tą książkę w bibliotece, albo pożyczcie od znajomego, to przyzwoity produkt, ale nie w głowie mi powrót do lektury, więc nie ma potrzeby upychać jej na regałach, lepiej zostawić miejsce na powieść E. Cherezińskiej na przykład. Przy czym jedno zastrzeżenie jeżeli byliście/nadal jesteście fanami komiksów zakupu "Co nas nie zabije" nie będziecie żałować, ale o tym później.

Nie mam problemu z sięganiem po kontynuacje znanych powieści pisane ręką innego autora, przeczytałam kilka wariacji  na temat powieści J. Austen, zdarzyło mi się sięgnąć po "Dziwne losy Adelki" E. Tennant, zazwyczaj były to "potworki powieściopodobne", ale niczego więcej nie można spodziewać się po kontynuacji pisanej parę wieków później, wtedy faktycznie trudno o oddanie realiów epoki minionej. Pod tym względem wydaje się, że Lagercrantz miał łatwiejszą sytuację, mimo że historia w ostatnich kilku latach znacząco przyspieszyła.

Nie będę przesadnie dużo pisać o fabule, można ją odnaleźć w wielu zakątkach internetu, poza tym to jednak okrucieństwo zdradzać nieświadomemu czytelnikowi fragmenty kryminału. Napiszę tylko, że autor to na pewno bardzo inteligentny facet, oczytany, z dużą wiedzą o nowoczesnych technologiach, ta wiedza imponuje nawet takiemu czytelnikowi, który woli rozważania o kondycji społeczeństwa, prawnych i politycznych aspektach życia, które były mocną stroną trzech tomów napisanych przez S.Larssona. Powieść jest dobrze napisana, mroczna i trzymająca w napięciu i nie jest ślepym naśladownictwem S.Larssona. D.Lagercrantz podszedł do tematu bez kompleksu poprzednika, zaufał swojemu doskonałemu warsztatowi i dzięki temu czytamy świetny kryminał bez zgrzytania zębami na chciwość spadkobierców i wydawców. W pewnym momencie Lagercrantz puszcza oko do czytelników nadając powieści komiksowego wymiaru, gdzie przerysowani bohaterowie są karykaturalnie dobrzy lub karykaturalnie źli, przy czym zło ma wymiar absolutny i jest piękne dlatego tak niebezpieczne, a dobro jest mroczne i posługuje się w walce o sprawiedliwość metodami zła. Prawda, że zupełnie jak w komiksach Marvela? Jeżeli zaczytywaliście się w przeszłości komiksami, uśmiechniecie się szeroko do tej powieści, dla mnie to "ukomiksowienie" Millenium to najmocniejszy akcent książki. Jedyna rzecz, która drażniła to skupienie na nieszczęsnej rodzinie Lisbeth, czy tym razem to Blomqvist nie mógłby mieć jakiejś szalonej ciotki dla odmiany?

Jeżeli szukacie mrocznego kryminału z jesiennym podkładem sztormów, ulew i zimnym Sztokholmem, o którym zawsze dobrze się czyta, albo dobrego komiksu to jest to idealna książka na nadchodzące październikowe wieczory :) No chyba, że nadal uparcie chcecie poczytać Millenium wtedy dajcie sobie spokój z Lagercrantzem i odświeżcie trzy tomy Larssona, albo obejrzyjcie szwedzką adaptację ;)

"Co nas nie zabije." David Lagercrantz
Czarna Owca 2015, 499 str.


Ale teraz przyjdzie nam żyć w jakiejś zabitej dechami wiosze. Wiesz, jaka nuda? Kika z beskidzkiego lasu. Maja Ładyńska.

Jeżeli podczas ferii zimowych brak wam zimowej oprawy, nie mogliście wyruszyć w ukochane góry sięgnijcie po idealną na styczniowy czas ks...